Po dłuższym czasie dodaję kolejną
część kolorków. Miłego czytania.
Tsunami
- Mógłbym – odpowiedziałem cicho,
podając mu ubrania. Założył je w ciszy, nie komentując mojej
decyzji. Jego ruchy były smętne, jakby obklejone smołą. Wymacałem
przy pasku kaburę z masywnym, klockowatym glockiem. Mógłbym...
Seungri spojrzał na mnie błagalnie
wychodząc z łazienki. Poszedłem za nim. Siadł na tej samej
beżowej kanapie, a jego wzrok był bezmyślnie skierowany przed
siebie.
- Oszczędź sobie ceregieli i mnie po
prostu zastrzel – mówił bardziej do siebie, niż do mnie, ale
mimowolnie pokiwałem głową. Włożyłem załadowany magazynek do
pistoletu. Przeładowałem, ale palec nadal nie wylądował na
spuście.
- Jesteś w zupełności pewien? -
spytałem jeszcze raz. W życiu nie miałem aż tak wielkich oporów
przed zabiciem. Nigdy nie było to problemem. A teraz nie mogłem
nawet opanować drżących dłoni.
- Jiyong, do cholery! - syknął.
Zamknąłem oczy. Delikatnie przesunąłem palec na spust, nadal
jeszcze go nie przyciskając. Zawsze mi tak mówiono: pozwól broni
się zaskoczyć. Nigdy nie wiesz kiedy wystrzeli, a jeśli ty nie
wiesz, przeciwnik też nie.
Tyle, że tym razem ani ja, ani
przeciwnik nie chcieliśmy być zaskoczeni. Ani troszkę.
***
Uśmiechnąłem się smutno do odbicia
w lustrze. Miało podkrążone oczy – oznaka nieprzespanej nocy.
Przeczesałem palcami rozczochrane włosy, przywracając je do ładu.
Przeciągnąłem się po usłyszeniu strzelających stawów.
Podreptałem do kuchni, w celu zaparzenia kawy. Było cicho, słońce
dopiero zaczynało się wznosić nad Seulem. Miałem stąd widok
nawet na park Namsan, obecnie mieszający się z gęstą poranną
mgłą. Nalałem wody do czajnika elektrycznego. Wyjąłem z szafki
duży kubek i nasypałem do niego dwie łyżki kawy karmelowej.
Spojrzałem na niebo, widząc lecący z dala samolot. Dosypałem
jeszcze jedną łyżkę. Nalałem wodę i podszedłem do okna. Świat
się dopiero budził, to miłe uczucie oglądać to wszystko.
Delikatne chmury zaróżowione od świtu, blade, znużone słońce
wynurzające się gdzieś zza horyzontu. Przejeżdżający samochód
osobowy. Szum uśpionego miasta. Odbicie wschodu od lustrzanych okien
ogromnych wysokościowców, górujących nad rozległym miastem.
Jeszcze nie kolorowym – jeszcze śpiącym, spokojnym, cichym. A
mówią, że Seul nigdy nie zasypia.
Może powinienem przeprowadzić się do
Gwangju? Albo Busan? Miałbym może przez jakiś czas spokój i
odpoczynek od tego wszystkiego. Władzę oddałbym w ręce CL, dałaby
sobie na pewno radę, jest silna. Nie byłoby mi szkoda tego
wszystkiego co mam tutaj, bo przecież pieniądze mogę mieć
wszędzie, gdzie mam kartę. A zapewniam, na koncie nie brakuje mi
środków, nie miałbym z niczym problemu.
Umiałbym wszystko zostawić w czyiś
rękach, zrzucić na niego odpowiedzialność i zwyczajnie wyjechać?
Umiałbym w ogóle zacząć nowe życie, po tej ilości ludzi, którzy
przeze mnie wąchają właśnie kwiatki od spodu? Umiałbym żyć,
nie pamiętając, że ci ludzie mieli rodziny, marzenia i cele? Teraz
jestem skurwysynem, to mój zawód. Nic nie poradzę, że czasami
włącza mi się sumienie.
Chyba się wypalam. Zaśmiałem się na
samą myśl. Mam tylko dwadzieścia sześć lat i już się wypalam.
Inna sprawa, że pracuję już zbyt długo, nie dbając o siebie i
swoje prywatne życie. To w końcu się na mnie jakoś odbije. Albo
już to zrobiło.
Zwróciłem wzrok na leżący na
podłodze pistolet. Leży tam od miesiąca, nie ruszyłem go o
milimetr, omijałem jak największym łukiem. Tym razem zdecydowałem
się go podnieść. Nadal przeładowany, powinienem wyjąć
magazynek, żeby nic sobie nie zrobić. Oddałem próbny strzał,
celując w drewniane panele. Nie było w środku żadnego naboju.
Przeładowałem glocka ponownie i odłożyłem na blat w kuchni.
Śmiesznie kontrastował z marmurową teksturą.
Nadal było cicho, ale słońce
zawędrowało już o wiele wyżej, a chmury przestały się rumienić.
Wszystko powoli zaczynało się budzić, mimo że nadal dość
ślamazarnie. Niebo było blado-błękitne, co zapowiadało pogodny
dzień, jakich brakowało tej jesieni. Cisza od zawsze mnie
denerwowała, włączyłem telewizor, chyba po raz pierwszy w tym
mieszkaniu. Leciały poranne wiadomości, giełda, pogoda, sport. Nie
oglądałem, chciałem żeby coś grało w tle. Usiadłem po turecku
na kanapie, chwytając telefon leżący na szklanym stoliku,
wyróżniającego się pośród drewnianych mebli. Dostałem
wiadomość od Chaerin.
„Wiem, że prawdopodobnie dzisiaj też
nie przyjdziesz,
ale przyszły jakieś dokumenty z Tokio
i Londynu.
Jeśli chcesz mogę ci je dzisiaj
przywieźć,
a jeżeli nie chcesz mnie widzieć, to
wyślę pocztą”
Tak, to faktycznie minął już miesiąc
odkąd byłem ostatnio w pracy. Mówiłem, że się wypaliłem. Nie
umiałem już tam po prostu iść, użerać się z kolejnymi nowymi,
patrzeć jak staczają się na samo dno, przez to co sam im
sprzedaję. Albo patrzeć na twarze, które na swoim koncie mają
setki dusz. Albo co gorzej, widzieć, że jestem dla tych wszystkich
ludzi jakimś autorytetem. Ja mogłem sobie psuć życie, nie
powinienem był wciągać w to gówno nikogo innego.
„Przynieś je, z chęcią się z tobą
zobaczę”
Westchnąłem, lustrując całe
pomieszczenie. Wszystkie meble zostały już pochłonięte przez
delikatne światło chłodnego, lecz słonecznego poranka. Na niebie
pojawiło się kilka mlecznobiałych chmur. Miasto nie było dłużej
ciche, teraz zwyczajnie ożyło, zamieniając cichy szum w coraz
głośniejszy hałas, pożerający spokój. Moja melancholia
zniknęła, a ja stawałem jeszcze bardziej zmęczony.
Dopiłem kawę jednym łykiem.
Poszedłem ubrać się w coś, co nie byłoby zużytym szlafrokiem.
Założyłem grafitową, aksamitną koszulę i nowe, lecz wyglądające
na zużyte dżinsy. Spojrzałem na swoja twarz, odbijającą się
smętnie w lustrze. Sine worki pod oczami nie byłyby możliwe do
ukrycia, nawet jakby najlepsza makijażystka na świecie się do nich
dobrała. Wydawało mi się również, że schudłem. Obojczyki
zaczęły mi mocniej wystawać, a nawet tatuaże na rękach wyglądały
na wyblaknięte. Powinienem zafarbować włosy niedługo, ponieważ
centymetrowe ciemne odrosty były już niechlujne. Zanim się
zorientowałem, usłyszałem domofon. W małym okienku podglądowym
stała uśmiechnięta Chaerin. Tym razem z blond włosami. Minęło
kilka minut, kiedy zapukała do moich drzwi. Podbiegłem jej
otworzyć.
- Cześć! - dziewczyna się
uśmiechnęła i delikatnie przytuliła mnie ramieniem. Jej oczy
promieniały wesoło.
- Hej, Chae – odwzajemniłem uśmiech.
Nagle, poczułem jak bardzo niewyspany jestem. Natychmiast to
zauważyła. Mimo, że była ode mnie niższa, próbowała mnie jakoś
podtrzymać.
- Coś ci jest – powiedziała pewnym
głosem, ciągnąc mnie w stronę salonu.
- Racja, ostatnio nie śpię najlepiej
– odpowiedziałem szczerze. Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale
nie skomentowała tego, co powiedziałem.
- Mam dla ciebie te papiery –
wyciągnęła z torby od Gucciego dwie duże koperty z szarego
papieru. Domyślałem się o co chodziło, pewnie znowu jakieś
rachunki, albo kogoś znowu przyłapali i trzeba będzie wpłacić
kaucje, czy coś takiego.
- Dzięki, że chciało ci się
przyjechać – ścisnąłem jej dłoń.
- Nie ma sprawy – rozejrzała się po
mieszkaniu. - Martwiłam się o ciebie, nie odzywałeś przez długi
czas, myślałam, że coś mogło ci się stać.
- Nie tak łatwo mi coś zrobić –
westchnąłem, opadając na kanapę. Dosiadła się.
- A co z...? - urwała, napotykając
wzrokiem na pistolet leżący na blacie.
- Nic, wszystko w porządku –
wydawało mi się, że moje oczy nagle zamieniły się w dwa
kawałeczki lodu.
- Przepraszam, ale od tamtego –
strzeliła z stawów dłoni – wydarzenia, nie było sposobności
się z tobą zobaczyć, dogadać.
Spróbowałem ją zabić wzrokiem, ale
uodporniła się na tego typu ataki w ciągu tych wielu lat życia ze
mną. Jej ciepły wzrok pałał czułością, której nie umiałem
znieść. Miałem ochotę warczeć. Ale wiedziałem, że robi to dla
mnie, martwi się.
- Jest już dobrze – cedziłem każde
słowo odpowiednią dawką jadu.
- Tak, właśnie widzę – nie
wzruszyło jej to ani trochę. Jej postawa mówiła jedno „odpuść,
Jiyong”.
Może faktycznie powinienem odpuścić?
- Tak więc co się z nim stało?
- Jak widzisz, nie ma go tutaj –
powiedziałem chłodno, powoli dając za wygraną.
- To, że nie ma go tutaj, nie znaczy,
że nie ma go wcale – odpowiedziała, poprawiając czarny skórzany
płaszcz.
- Skąd możesz wiedzieć, gdzie jest?
- spytałem, układając rękaw w idealny kancik. Chaerin westchnęła.
Pochyliła się i dotknęła, pomalowanym na złoto, paznokciem mojej
lewej piersi, patrząc mi uważnie w oczy.
- Starczy, że widzę, że jest głęboko
w twoim sercu – na moment zabrakło mi powietrza w płucach. Ale
potem odetchnąłem głęboko, czując, że ogromny ciężar spada mi
z ramion. - Nie zabiłeś go, prawda?
Chwila ciszy.
- Nie, nie zabiłem – powiedziałem
na wydechu. Wybuchła nagłym śmiechem.
- Wiedziałam, że tak będzie –
powiedziała w końcu. - Cieszę się.
- Nie powinnaś – odpowiedziałem,
nadal smętnie.
- Czemu? - jej dobry humor nagle się
ulotnił.
- Bo przez niego być może będę
musiał oddać ci wszystko co mam.
- Czyli?
- Całą firmę.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz