poniedziałek, 22 września 2014

Czerwień - to, czego zwyczajne oczy nie widzą

Po dłuższym czasie dodaję kolejną część kolorków. Miłego czytania.



Tsunami


- Mógłbym – odpowiedziałem cicho, podając mu ubrania. Założył je w ciszy, nie komentując mojej decyzji. Jego ruchy były smętne, jakby obklejone smołą. Wymacałem przy pasku kaburę z masywnym, klockowatym glockiem. Mógłbym...
Seungri spojrzał na mnie błagalnie wychodząc z łazienki. Poszedłem za nim. Siadł na tej samej beżowej kanapie, a jego wzrok był bezmyślnie skierowany przed siebie.
- Oszczędź sobie ceregieli i mnie po prostu zastrzel – mówił bardziej do siebie, niż do mnie, ale mimowolnie pokiwałem głową. Włożyłem załadowany magazynek do pistoletu. Przeładowałem, ale palec nadal nie wylądował na spuście.
- Jesteś w zupełności pewien? - spytałem jeszcze raz. W życiu nie miałem aż tak wielkich oporów przed zabiciem. Nigdy nie było to problemem. A teraz nie mogłem nawet opanować drżących dłoni.
- Jiyong, do cholery! - syknął. Zamknąłem oczy. Delikatnie przesunąłem palec na spust, nadal jeszcze go nie przyciskając. Zawsze mi tak mówiono: pozwól broni się zaskoczyć. Nigdy nie wiesz kiedy wystrzeli, a jeśli ty nie wiesz, przeciwnik też nie.
Tyle, że tym razem ani ja, ani przeciwnik nie chcieliśmy być zaskoczeni. Ani troszkę.
***
              Uśmiechnąłem się smutno do odbicia w lustrze. Miało podkrążone oczy – oznaka nieprzespanej nocy. Przeczesałem palcami rozczochrane włosy, przywracając je do ładu. Przeciągnąłem się po usłyszeniu strzelających stawów. Podreptałem do kuchni, w celu zaparzenia kawy. Było cicho, słońce dopiero zaczynało się wznosić nad Seulem. Miałem stąd widok nawet na park Namsan, obecnie mieszający się z gęstą poranną mgłą. Nalałem wody do czajnika elektrycznego. Wyjąłem z szafki duży kubek i nasypałem do niego dwie łyżki kawy karmelowej. Spojrzałem na niebo, widząc lecący z dala samolot. Dosypałem jeszcze jedną łyżkę. Nalałem wodę i podszedłem do okna. Świat się dopiero budził, to miłe uczucie oglądać to wszystko. Delikatne chmury zaróżowione od świtu, blade, znużone słońce wynurzające się gdzieś zza horyzontu. Przejeżdżający samochód osobowy. Szum uśpionego miasta. Odbicie wschodu od lustrzanych okien ogromnych wysokościowców, górujących nad rozległym miastem. Jeszcze nie kolorowym – jeszcze śpiącym, spokojnym, cichym. A mówią, że Seul nigdy nie zasypia.
Może powinienem przeprowadzić się do Gwangju? Albo Busan? Miałbym może przez jakiś czas spokój i odpoczynek od tego wszystkiego. Władzę oddałbym w ręce CL, dałaby sobie na pewno radę, jest silna. Nie byłoby mi szkoda tego wszystkiego co mam tutaj, bo przecież pieniądze mogę mieć wszędzie, gdzie mam kartę. A zapewniam, na koncie nie brakuje mi środków, nie miałbym z niczym problemu.
             Umiałbym wszystko zostawić w czyiś rękach, zrzucić na niego odpowiedzialność i zwyczajnie wyjechać? Umiałbym w ogóle zacząć nowe życie, po tej ilości ludzi, którzy przeze mnie wąchają właśnie kwiatki od spodu? Umiałbym żyć, nie pamiętając, że ci ludzie mieli rodziny, marzenia i cele? Teraz jestem skurwysynem, to mój zawód. Nic nie poradzę, że czasami włącza mi się sumienie.
Chyba się wypalam. Zaśmiałem się na samą myśl. Mam tylko dwadzieścia sześć lat i już się wypalam. Inna sprawa, że pracuję już zbyt długo, nie dbając o siebie i swoje prywatne życie. To w końcu się na mnie jakoś odbije. Albo już to zrobiło.
Zwróciłem wzrok na leżący na podłodze pistolet. Leży tam od miesiąca, nie ruszyłem go o milimetr, omijałem jak największym łukiem. Tym razem zdecydowałem się go podnieść. Nadal przeładowany, powinienem wyjąć magazynek, żeby nic sobie nie zrobić. Oddałem próbny strzał, celując w drewniane panele. Nie było w środku żadnego naboju. Przeładowałem glocka ponownie i odłożyłem na blat w kuchni. Śmiesznie kontrastował z marmurową teksturą.
             Nadal było cicho, ale słońce zawędrowało już o wiele wyżej, a chmury przestały się rumienić. Wszystko powoli zaczynało się budzić, mimo że nadal dość ślamazarnie. Niebo było blado-błękitne, co zapowiadało pogodny dzień, jakich brakowało tej jesieni. Cisza od zawsze mnie denerwowała, włączyłem telewizor, chyba po raz pierwszy w tym mieszkaniu. Leciały poranne wiadomości, giełda, pogoda, sport. Nie oglądałem, chciałem żeby coś grało w tle. Usiadłem po turecku na kanapie, chwytając telefon leżący na szklanym stoliku, wyróżniającego się pośród drewnianych mebli. Dostałem wiadomość od Chaerin.
„Wiem, że prawdopodobnie dzisiaj też nie przyjdziesz,
ale przyszły jakieś dokumenty z Tokio i Londynu.
Jeśli chcesz mogę ci je dzisiaj przywieźć,
a jeżeli nie chcesz mnie widzieć, to wyślę pocztą”

Tak, to faktycznie minął już miesiąc odkąd byłem ostatnio w pracy. Mówiłem, że się wypaliłem. Nie umiałem już tam po prostu iść, użerać się z kolejnymi nowymi, patrzeć jak staczają się na samo dno, przez to co sam im sprzedaję. Albo patrzeć na twarze, które na swoim koncie mają setki dusz. Albo co gorzej, widzieć, że jestem dla tych wszystkich ludzi jakimś autorytetem. Ja mogłem sobie psuć życie, nie powinienem był wciągać w to gówno nikogo innego.

„Przynieś je, z chęcią się z tobą zobaczę”

Westchnąłem, lustrując całe pomieszczenie. Wszystkie meble zostały już pochłonięte przez delikatne światło chłodnego, lecz słonecznego poranka. Na niebie pojawiło się kilka mlecznobiałych chmur. Miasto nie było dłużej ciche, teraz zwyczajnie ożyło, zamieniając cichy szum w coraz głośniejszy hałas, pożerający spokój. Moja melancholia zniknęła, a ja stawałem jeszcze bardziej zmęczony.
Dopiłem kawę jednym łykiem. Poszedłem ubrać się w coś, co nie byłoby zużytym szlafrokiem. Założyłem grafitową, aksamitną koszulę i nowe, lecz wyglądające na zużyte dżinsy. Spojrzałem na swoja twarz, odbijającą się smętnie w lustrze. Sine worki pod oczami nie byłyby możliwe do ukrycia, nawet jakby najlepsza makijażystka na świecie się do nich dobrała. Wydawało mi się również, że schudłem. Obojczyki zaczęły mi mocniej wystawać, a nawet tatuaże na rękach wyglądały na wyblaknięte. Powinienem zafarbować włosy niedługo, ponieważ centymetrowe ciemne odrosty były już niechlujne. Zanim się zorientowałem, usłyszałem domofon. W małym okienku podglądowym stała uśmiechnięta Chaerin. Tym razem z blond włosami. Minęło kilka minut, kiedy zapukała do moich drzwi. Podbiegłem jej otworzyć.
- Cześć! - dziewczyna się uśmiechnęła i delikatnie przytuliła mnie ramieniem. Jej oczy promieniały wesoło.
- Hej, Chae – odwzajemniłem uśmiech. Nagle, poczułem jak bardzo niewyspany jestem. Natychmiast to zauważyła. Mimo, że była ode mnie niższa, próbowała mnie jakoś podtrzymać.
- Coś ci jest – powiedziała pewnym głosem, ciągnąc mnie w stronę salonu.
- Racja, ostatnio nie śpię najlepiej – odpowiedziałem szczerze. Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale nie skomentowała tego, co powiedziałem.
- Mam dla ciebie te papiery – wyciągnęła z torby od Gucciego dwie duże koperty z szarego papieru. Domyślałem się o co chodziło, pewnie znowu jakieś rachunki, albo kogoś znowu przyłapali i trzeba będzie wpłacić kaucje, czy coś takiego.
- Dzięki, że chciało ci się przyjechać – ścisnąłem jej dłoń.
- Nie ma sprawy – rozejrzała się po mieszkaniu. - Martwiłam się o ciebie, nie odzywałeś przez długi czas, myślałam, że coś mogło ci się stać.
- Nie tak łatwo mi coś zrobić – westchnąłem, opadając na kanapę. Dosiadła się.
- A co z...? - urwała, napotykając wzrokiem na pistolet leżący na blacie.
- Nic, wszystko w porządku – wydawało mi się, że moje oczy nagle zamieniły się w dwa kawałeczki lodu.
- Przepraszam, ale od tamtego – strzeliła z stawów dłoni – wydarzenia, nie było sposobności się z tobą zobaczyć, dogadać.
Spróbowałem ją zabić wzrokiem, ale uodporniła się na tego typu ataki w ciągu tych wielu lat życia ze mną. Jej ciepły wzrok pałał czułością, której nie umiałem znieść. Miałem ochotę warczeć. Ale wiedziałem, że robi to dla mnie, martwi się.
- Jest już dobrze – cedziłem każde słowo odpowiednią dawką jadu.
- Tak, właśnie widzę – nie wzruszyło jej to ani trochę. Jej postawa mówiła jedno „odpuść, Jiyong”.
Może faktycznie powinienem odpuścić? - Tak więc co się z nim stało?
- Jak widzisz, nie ma go tutaj – powiedziałem chłodno, powoli dając za wygraną.
- To, że nie ma go tutaj, nie znaczy, że nie ma go wcale – odpowiedziała, poprawiając czarny skórzany płaszcz.
- Skąd możesz wiedzieć, gdzie jest? - spytałem, układając rękaw w idealny kancik. Chaerin westchnęła. Pochyliła się i dotknęła, pomalowanym na złoto, paznokciem mojej lewej piersi, patrząc mi uważnie w oczy.
- Starczy, że widzę, że jest głęboko w twoim sercu – na moment zabrakło mi powietrza w płucach. Ale potem odetchnąłem głęboko, czując, że ogromny ciężar spada mi z ramion. - Nie zabiłeś go, prawda?
Chwila ciszy.
- Nie, nie zabiłem – powiedziałem na wydechu. Wybuchła nagłym śmiechem.
- Wiedziałam, że tak będzie – powiedziała w końcu. - Cieszę się.
- Nie powinnaś – odpowiedziałem, nadal smętnie.
- Czemu? - jej dobry humor nagle się ulotnił.
- Bo przez niego być może będę musiał oddać ci wszystko co mam.
- Czyli?
- Całą firmę.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz