Długo wyczekiwany i świeżutki –
skończony dzisiaj wieczorem. Dziękuje za namowy i wsparcie.
Miłego czytania.
Zespół: Bangtan Boys
Paring: yoonseok, resztę można
dowolnie interpretować
Uwagi: śmierć, dużo śmierci
- Jimin
powiedział, że jeśli w ciągu godziny nie wróci, mamy go nie
szukać – Yoongi usiadł obok mnie, wtulając się w moją rękę.
- A co
ty na to? - spytałem, głaszcząc go delikatnie po głowie. Mój
głos był tak zgorzkniały, że sam go początkowo nie poznałem.
-
Oczywiście się nie zgodziłem – powiedział, wypruty ze wszelkich
emocji. Nagle westchnął ciężko . - Dał mi swoja kurtkę
dżinsową.
- Po
co? - zdziwiłem się. Spojrzałem na materiał, który miętosił w
dłoniach.
-
Hoseok, on chce się poświęcić – odrzekł poważnie, patrząc
się na mnie surowo. - Myśli, że tak może nam pomóc.
- Ale
to nie ma sensu, powinniśmy trzymać się razem! - tym razem prawie
krzyknąłem.
-
Przecież ja to wiem, ale ten idiota nie dał sobie wytłumaczyć.
Sądzi, że jego śmierć uchroni kogoś innego. Nie chce być dla
nas utrudnieniem i ciężarem – bezradność w jego głosie była
straszliwie dobijająca...
-
Chciałbym powiedzieć, żebyś się nie martwił, niestety, nie mam
jak – przygarnąłem go znów do siebie. - Debilna sytuacja bez
wyjścia.
-
Faktycznie, dość chujowo – pokiwał głową. - Ty masz przeżyć,
rozumiesz?
-
Maknae ma przeżyć. I Taehyung – uciąłem krótko.
- A my?
- spytał cicho.
- Oni
mają przed sobą przyszłość – odpowiedziałem, patrząc na
skuloną dwójkę, starszy siedział po turecku, a Jungkook leżał,
opierając głowę na jego nodze.
-
Uważasz, że my nie mamy? - to brzmiało bardziej jak stwierdzenie,
niż jak pytanie.
- Tak,
nie mamy. Wybacz Yoongi – potwierdziłem.
-
Spokojnie, pewnie masz rację – ziewnął. - Obudź mnie za
godzinę.
Położył
się na mnie, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami.
Czy
faktycznie czeka nas już teraz tylko śmierć? Nic więcej? Będziemy
siedzieli tu, zamknięci jak jakieś zwierzęta w klatce, tylko po
to, żeby umrzeć? Ale po co? Komuś to sprawia radość? Patrzenie
na nas, jak cierpimy, jak umierają nasi przyjaciele?
Po co
cała ta niepotrzebna brutalność i śmierć? To nie czyni niczego
dobrego, jedynie żałobę, smutek i ból ciążący gdzieś na dnie
serca, nie pozwalający spać, ani myśleć racjonalnie.
Nie,
nie chcę umierać. Nadal mam marzenia. Chciałem, żeby ktoś mnie
pokochał, założył ze mną rodzinę, dzielił ze mną wszystkie
momenty, w których był szczęśliwy. Żebyśmy byli szczęśliwi
razem. Chciałem aż tak dużo? Ja tylko chcę dalej żyć.
Ale
nie, gdybym miał na sumieniu wszystkich moich przyjaciół. Nie
zniósłbym tego. Nie umiałbym funkcjonować, wiedząc, że
poświęcili się dla mnie. Wolałbym sam umrzeć siedem razy, za
nich wszystkich. Żeby to oni byli szczęśliwi. I mogliby być beze
mnie, prawda?
Yoongi
usnął. W końcu. Taehyung mi mówił, że w przeciwieństwie do
mnie, Suga nie mógł wcześniej nawet zmrużyć oka. Co prawda, ja
też wolałbym spać, ale nie zostawię tej dwójki samej. Boję się
o nich. Moim priorytetem jest teraz ich życie. Może uda mi się też
ocalić życie hyunga. Oddam swoje za niego, z wielką chęcią. Jako
pokutę za nieuratowanie Jina.
To
dziwne, o jakich sprawach zaczyna myśleć człowiek, który widzi
swoją śmierć. Zaczyna nagle żałować mnóstwa rzeczy, których
nie zrobił, a mógł, i które zrobił, choć nie powinien. Robi
sobie cały rachunek sumienia, wiedząc, ile w życiu popełnił
błędów i jakie mógł naprawić. Beznadzieja, bo wtedy okazuje
się, że życie było pasmem ciągłych niepowodzeń i upadków,
którym można było zaradzić.
Nie
chciałem tak myśleć, a mimo to, nawet ja straciłem swoją
nadzieję. A przynajmniej na tak długo, jak długo zamknięte były
oczy Sugi. To one były moją nadzieją i siłą. Od dawna tak było,
sam głupi nie chciałem się sobie do tego przyznać. Tyle
straconego czasu... Po raz drugi odkąd tu jesteśmy chciałem cofnąć
czas. On owinął sobie mnie wokół palca tym pocałunkiem, tym
spojrzeniem, tym głosem, tym dotykiem, tym sobą. To nie było w
porządku, gdy ja nie miałem nic do zaoferowania w zamian. Czy ja
kiedykolwiek w życiu mógłbym mu coś dać? Spełniłbym jego
wymagania? Byłbym wystarczająco dobry dla niego? Yoongi był
wybredny, to nie podlegało wątpliwości.
- Te,
pobudka – szturchnąłem nim, ale lekko. Nie miałem najmniejszego
zamiaru go skrzywdzić.
-
Minęła już godzina? - spytał zaspanym głosem, przecierając oczy
jak małe dziecko. Nie powinien tak robić, jego skóra pod oczami
była i tak już wystarczająco podrażniona i bez tego. Martwiłem
się. - Czyli nie wrócił?
-
Niestety, przykro mi – uśmiechnąłem się smutno.
- Nie
ma sprawy – zaczął się podnosić. - Wiedziałem, że tak będzie.
Pójdziesz ze mną? Nie chcę być przy tym sam.
-
Pewnie... - westchnąłem.
Yoongi
obudził Taehyunga, żeby powiedzieć mu, gdzie idziemy. Tamten
pokiwał rozumnie głową, patrząc jak w ciszy odchodzimy. Kamery
nadal działały, nagrywając nasz każdy ruch, nawet spojrzenie.
Sądzę, że ktoś, kto nas tu umieścił, musiał nas obserwować
przez cały ten czas. Co więcej, jestem pewien, iż wiedział, że
nam się uda przeżyć tamten pożar. Inaczej nie zesłał by nam
wody.
Suga
prowadził. Szliśmy dokładnie tą samą drogą, którą dzień
wcześniej uciekaliśmy przed ogniem. Barierki były całe
roztopione, nic nas praktycznie nie broniło przed upadkiem na tę
ogromną halę. Płomienie sięgnęły aż ścian, co można było
łatwo wywnioskować z osmalonych czarnych, tłustych plam.
Mijaliśmy
kolejne zakręty, aż dotarliśmy w miejsce, gdzie wszystko się
zaczęło. Wyglądało na to, że ogień spalił też moje wymiociny.
Mimo tego, śmierdziało tu niemiłosiernie. I niebezpiecznie.
-
Lepiej niczego nie ruszaj – szepnąłem. Yoongi mruknął cicho.
Zauważyłem zgrzewkę wody. A obok...
-
Suga...tak mi cholernie przykro – powiedziałem, a mój głos
zdawał się być na granicy płaczu. Tamten tylko szybko siorbnął
nosem i przetarł przedramieniem oczy.
-
Spodziewałem się tego. Mówił, że idzie umrzeć – jego głos
brzmiał zupełnie beznamiętnie.- Kazał ci przekazać, żebyś w
końcu przejrzał na oczy i otworzył się na innych. Dla każdego
mam inną wiadomość.
- A
tobie co powiedział? - spojrzałem na bezwładne ciało Jimina,
ułożone na brzuchu. Nie było widać jego twarzy. Może to i
lepiej.
- Żebym
przestał się bać – odpowiedział sucho. - Weźmy wodę i chodźmy
stąd.
Spojrzałem
na zgrzewkę. Była czymś usmarowana. Czymś białym i niekoniecznie
bezpiecznym. To coś śmierdziało.
-
Zostaw to, po prostu idźmy sobie – stęknąłem.
- A
woda?
- Mówię
ci, chodź, Jimin bez przyczyny nie zginął!
- A
niby co jest według ciebie przyczyną, Sherlocku?
-
Yoongi, kurwa, nie zaczynaj – odetchnąłem, żeby się uspokoić.
- Widzisz ten smar na folii? Trutka na myszy.
- Po co
tutaj trutka na myszy? - spytał, nie wierząc mi.
- No
nie wiem, może na myszy?! - krzyknąłem. - Wiesz, ile to chujostwo
ma cyjanku w sobie? A żeby zabić człowieka, potrzeba jedynie jeden
gram!
- To to
zabiło Jimina? - jego głos zmieniał się z pozbawionego emocji, w
przesiąknięty strachem.
- Tak
myślę.
-
Spierdalamy Hoseok! - wrzasnął, rzucając się do ucieczki. Biegłem
tuż za nim, nie odnotowując nawet momentu, kiedy ruszyłem. To było
automatyczne. Wcześniej ta droga wydawała się znacznie dłuższa,
jednak teraz wszystko się zmieniło. Adrenalina znów przepełniła
nasze żyły. Dobiegliśmy do wnęki, ledwo łapiąc oddech.
Pozostała dwójka podniosła się natychmiastowo, z niepokojem
wymalowanym na twarzach.
- Co z
Jiminem? - zapytał niczego jeszcze nieświadomy Kookie.
-
Później ci wyjaśnimy, teraz ruszcie dupy! - Yoongi był nie do
opanowania. Nie czekając na nic biegł do najbliższych schodów.
Znowu gdzieś do góry. Tam było znowu ciemno. Jednak jemu to nie
przeszkadzało. Ciął przez kolejne korytarze, zapewne nie wiedząc
nawet gdzie biegnie. Tym razem maknae był ostatni.
- Gdzie
biegniemy i przed czym uciekamy?! - krzyknął gdzieś zza moich
pleców Taehyung.
- Nie
przejmuj się tym teraz, po prostu biegnij! - odpowiedział mu
Yoongi, łapiąc rozpaczliwie oddech.
Minęliśmy
kolejne, bardzo wysokie schody. Wydawało mi się, że jesteśmy na
jeszcze wyższym piętrze, niż to, na którym nie obudziłem po raz
pierwszy. Te korytarze wyglądały, jakby nigdy nie miały końca.
Jeden kończył się skrętem i zaczynał tym samym następny. Nie
było żadnych okien. Puste ściany, czasem przecinane przez
metalowe, ogromne drzwi, i narastająca ciemność. Tylko pojedyncze
lampy przeświecały nam drogę. Zostaliśmy zamknięci w
niekończącym się labiryncie. Stąd nie było wyjścia.
Usłyszałem
huk parę metrów za sobą. Potem urwany krzyk. Odwróciłem się
najszybciej, jak tylko potrafiłem. Taehyung klęczał na podłodze,
opierając się jedną ręką o podłogę. Jego spodnie, tuż nad
kolanem, były rozdarte. A z dziury zaczynała wylewać się krew.
-
Hyung! - Jungkook dopadł do niego natychmiastowo. Chwycił go mocno
w tali i podniósł.
- Nic
wielkiego, potknąłem się i o coś zahaczyłem kolanem – sapnął
tamten. - Nic mi nie będzie.
Stanął
na dwóch nogach i spojrzał stanowczo na Yoongiego. Ten wzrok
wyrażał więcej niż jakiekolwiek słowa. Chłopak miał już dość
tego wszystkiego. Nie wytrzymywał.
- Po
drodze widziałem jakiś pokój, w którym moglibyśmy trochę
odpocząć – powiedziałem cicho.
-
Będziemy wiecznie uciekać i odpoczywać w jakichś dziurach? -
Jungkook zaczynał się denerwować.
- A
widzisz jakieś inne wyjście? - westchnąłem. Mi było już
naprawdę obojętne, gdzie jesteśmy i jak staramy się przeżyć
kolejne marne parę godzin. Młodszy ucichł.
Tym
razem szedłem pierwszy, prowadząc pozostałych do owego
pomieszczenia. Na podłodze leżała jeszcze jedna zgrzewka wody,
wcześniej jej nie zauważyłem. Suga dokładnie sprawdził czy jest
czysta, dopiero wtedy ją wziął. W sumie, zaoszczędziło nam to
kłopotu szukania nowego picia. Bo te dwie butelki, które
zachowaliśmy zostały w tamtej wnęce piętro niżej. Próbowałem
wizualizować sobie mapę tego budynku. Miał ogromną ilość
korytarzy, jednakże wydawało mi się, że jesteśmy dokładnie nad
tą ogromną halą.
***
Yoongi
podał mi butelkę. Wcześniej już zdążył odkazić ranę
Taehyunga. Nalałem sobie wody na dłonie i przetarłem. Praktycznie
widziałem, jak spływa z nich brud i pot. Ochlapałem twarz i jako
tako umyłem. Spróbowałem też chociaż trochę ogarnąć włosy,
żeby nie były aż tak przetłuszczone. Z tego co zauważyłem,
każdy próbował się chociaż trochę przywrócić do używalności.
Mimo, że nasza skóra miała kolor brudnego papieru, fakturę też
nawet podobną. Byliśmy tu około trzech dni i głód zaczynał już
doskwierać. Oddałbym wszystko za miskę kimchi, albo bulgogi. Na
samą myśl o jedzeniu skręcał mi się żołądek, a w przełyku
coś mnie ściskało. Już nawet picie nie pomagało. Jeśli nawet
tutaj wytrwamy, uciekając przed pułapkami, to prędzej czy później
zdechniemy z głodu.
- Jimin
umarł, tak?- spytał bezpośrednio Tae. Jego głos był poważny,
surowy, zupełnie do niego niepodobny.
- Tak –
odpowiedział bezosobowo Yoongi.
Spotkało
się to tylko z głośnym westchnięciem. Jungkook nie miał siły
płakać, jedynie oparł głowę o ścianę, wpatrując się w pustkę
przed sobą. Nawet nie mrugał.
-
Idźcie spać, ja zostanę na warcie – powiedziałem cicho, klepiąc
Sugę po ramieniu. Usiadłem przy otwartych drzwiach.
Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie się teraz ciągle
przemieszczać, żeby nie byli w stanie nas czymś zaskoczyć. Jeśli
będziemy siedzieć w jednym miejscy, łatwo nas namierzą.
-
Chłopaki przenieśli się w kąt i poszli spać – usłyszałem nad
głową głos Yoongiego. - Ja sam nie zasnę.
- To
siadaj ze mną - poklepałem miejsce obok siebie.
- Chyba
nie uda nam się ich ochronić, co? - spytał, opierając się o moje
ramię.
-
Wątpię, ale będę dalej próbować. Przecież nic mi innego nie
zostało – chwyciłem jego dłoń i splotłem nasze palce.
- Boisz
się, Hoseok? -przybliżył się nawet jeszcze bardziej.
- Boję
się jak kurwa mać – odpowiedziałem. Prawda, nigdy w życiu nie
bałem się bardziej. Uśmiechnął się zrezygnowanie.
- Nigdy
tak dużo nie przeklinałeś – zauważył.
- Być
może, ale nigdy nie byłem w takiej sytuacji – westchnąłem.
Popatrzył
się na mnie przez długą chwilę, jakby bijąc się z myślami.
-
Przyrzekam, jeżeli stąd wyjdziemy, mam zamiar spędzić z tobą
całe moje życie – powiedział, uśmiechając się do siebie.
Chwyciłem jego twarz w obie dłonie. Jego oczy błyszczały się
niczym miliony gwiazd, z czego jedna, najmocniej bijąca była moim
uczuciem. Nadal średnio umiałem je nazwać, ale zaczynałem powoli
do tego dochodzić. To była miłość?
- A co, jeżeli nie? - spytałem.
- A co, jeżeli nie? - spytałem.
- Idź
spać, Hoseok.
-
Dobra, dobra.
Ułożyłem
się wygodniej, plecy oparłem o ścianę, a głowę o ramię
Yoongiego. Pogładził mnie po włosach, potem po dłoni.
***
Kiedy
ponownie otworzyłem oczy, byłem pewien tego, że nie mogłem
stwierdzić, jaka jest pora dnia. Już wcześniej zupełnie straciłem
rachubę. Za to, pozytywną stroną było obudzenie się w ramionach
Yoongiego. Jego klatka piersiowa unosiła mnie lekko. Mimo, że nie
mogłem zobaczyć jego twarzy, byłem przekonany, że już nie śpi.
Jakimś cudem cały czas był na straży, z bardzo krótkim
drzemkami. Jeśli chce jeszcze odpocząć, powinien spać, bo to
jedyne co nam zostało.
Spojrzałem
w bok i ledwie dostrzegłem skulone sylwetki dwóch przytulonych
chłopaków. Wyblakłe w świetle lampy, czerwone włosy Kookiego
mieszały się z bladopomarańczowymi włosami Taehyunga. Gdyby nie
sytuacja, w której się znajdowaliśmy, uznałbym to za całkiem
urocze.
Wstałem,
przeciągając się zamaszyście. Suga uśmiechnął się jedynie, w
dodatku bardzo smutnym uśmiechem, którego bardzo nie lubiłem.
Kookie i Tae już nie spali, rozmawiali cicho, nie mogłem usłyszeć
o czym. Nagle zemdliło mnie niemiłosiernie. Czułem, jakby żołądek
wywracał mi się na drugą stronę, mieszając przy okazji z
jelitami i przełykiem, może i nawet dwunastnicą, tak na zapas.
Głód,
to było jedyną sprawą, o której byłem w stanie myśleć.
Zsunąłem się bezsilnie po ścianie, zwijając gdzieś po drodze w
mały kłębek boleści. Yoongi natychmiastowo do mnie dopadł, nawet
nie zdążyłem dopaść do ziemi. Jungkook też od razu zareagował,
robiąc dziwne oczy, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
-
Hoseok, wyglądasz jak śmierć - powiedział głęboko
przestraszonym głosem. Suga uniósł mój podbródek. Nie wiedziałem
o co chodzi, ale jego oczy też się powiększyły, a mina zrzedła.
- On ma
rację, wyglądasz jakby ktoś cię właśnie z grobu wyciągnął –
przejechał dłonią po moim policzku, kiwając w niedowierzaniu
głową. - Masz czarne wory pod oczami. Nie sine, czarne. I
kredowobiałą skórę. I dziwnie puste spojrzenie. Hoseok, powiedz
coś!
Ja
bardzo chciałem coś powiedzieć, ale wtedy ciało przestało się
mnie słuchać. Zwiotczałem, opadając na Yoongiego bezwładnie.
Zaczął coś krzyczeć, trzymając mnie silnie. Nie mogłem nawet
zrozumieć co, słyszałem jedynie głuche dudnienie jego głosu o
moją klatkę piersiową. Poczułem coś chłodniejszego na twarzy,
ale nie mogłem zrozumieć co to było. W oczach najpierw rozbłysł
mi miliard jasnych iskierek, a potem zgasł, zostawiając mnie
ślepego.
A potem
zabrał mi świadomość.
****
- Długo
już jest nieprzytomny – usłyszałem w pustce zniekształcony
głos.
- Zbyt
długo – potwierdził następny.
-
Przecież żyje, czuć puls, klatka się unosi, żyje – zaprzeczył
kolejny, jakby zdenerwowany. Wszystko było takie przytłumione,
jakby dźwięk dochodził z końca ogromnego tunelu – Dajcie mu
jeszcze chwile, przecież nikt z nas nie chce uśmiercać żywych,
prawda?
Odetchnąłem
głęboko jakby po wyskoczeniu z wody. Wydawało mi się, że moje
płuca nagle zwiększyły dwukrotnie powierzchnię, napełniając się
suchym, żrącym dla skóry, tlenem. Moje ciało zachowywało się
tak, jakby ktoś nagle wstrzyknął mi do ciała zbyt silną
odtrutkę. Miałem wrażenie, że pojedyncze komórki oddzielają się
od siebie i łączą na nowo. Ktoś uniósł mi głowę, żebym się
nie krztusił. Miał zimne, lepkie dłonie. Rozluźniłem się i
spróbowałem skupić się na oddychaniu, bo przychodziło mi ono z
wielkim trudem.
Po nie
wiem jak długim czasie, w końcu otworzyłem oczy. Dookoła panował
półmrok, nie widziałem nikogo niedaleko siebie. Serce zaczęło
bić mi szybciej. Dużo szybciej. Więc jednak mnie zostawili?
-
Yoongi!- wrzasnąłem na całe gardło, nie poznając własnego
głosu. - Jungkook! Taehyung!
Przez
chwilę nie słyszałem nic innego prócz echa własnych krzyków. Po
momencie jednak usłyszałem oddalony tupot butów. Biegli.
-
Hoseok! Żyjesz! - Yoongi wpadł do pokoju, patrząc na mnie z
niedowierzaniem. Zaraz za nim do pomieszczenia wtoczyła się
pozostała dwójka.
-
Myśleliśmy, że umarłeś – powiedział Jungkook, przejęty. -
Nie dawałeś znaku życia już od trzech dni.
- Byłem
nieprzytomny aż tak długo? - spytałem z niedowierzaniem.
- Bałem
się, że cię już straciłem! - Suga złapał mnie za oburącz za
dłoń.
- Skoro
jednak okazało się, że Hoseok żyje, to możemy zmienić miejsce
pobytu? - zignorował mnie Taehyung.
-
Wyjaśnisz mi proszę, o co ci chodzi? - Yoongi naskoczył na niego
natychmiastowo. Gdyby tylko mógł, zabiłby go wzrokiem.
-
Opóźnia nas – odpowiedział lodowatym tonem, tak, że Kookie
odsunął się chyba na metr od niego.
-
Przesadziłeś – powiedział, pomagając mi wstać.
-
Dajcie spokój, to nie ma sensu – wtrąciłem się. Teraz z kolei
Taehyung mordował mnie wzrokiem. - Nic ci nie zrobiłem, więc się
ogarnij, siedzimy w tym gównie razem. Masz jednak rację, opóźniałem
was. Więc skoro już jestem, jako tako, przytomny, możemy się
faktycznie ruszyć.
Yoongi
spojrzał na mnie z troską, ale nie skomentował mojej wypowiedzi.
Chwycił mnie mocno w talii i pomógł mi wstać. Opierając się o
ścianę powoli wyszedłem z tego pomieszczenia. Gdy tylko stanąłem
o własnych nogach, usłyszałem potężny huk i straszliwy krzyk go
następujący. Obejrzałem się i pierwsze co zobaczyłem,to kałużę
krwi wypływającą z praktycznie rozdartej na pół nogi Taehyunga.
Od połowy uda, aż za kolano, zdobiła go ciemnoczerwona wstęga.
Metaliczny, trochę rdzawy zapach rozniósł się w powietrzu,
przyprawiając mnie o mdłości. Rozejrzałem się dookoła z
narastającą mgłą przed oczami. Zobaczyłem, że tytanowe, ciężkie
drwi były zamknięte. Ale po mojej ich stronie, razem ze mną, były
tylko trzy osoby. Nagle, cała ta mgła rozpłynęła się. Poczułem
dziwną siłę rozpierającą mnie od środka. Dopadłem do małego
okienka umieszczonego w nich. Po drugiej stronie zobaczyłem
Jungkooka. Coś było nie tak. Szarpnąłem za klamkę, ale nie
chciała puścić. Coś się zaklinowało. Jungkook nagle złapał
się jedną ręką za szyję i pomachał mi przez okienko. Potem
zaczął się krztusić. Dusił się. A ja nie mogłem nic z tym
robić. Przypomniały mi się dwie informacje: po dwóch minutach bez
tlenu w mózgu zachodzą nieodwracalne zmiany, po czterech mózg
umiera. Chłopakowi błysnęły białka, a sam opadł na ziemię.
Pociągnąłem desperacko za klamkę, ale nadal nie odpuszczała.
Szarpałem ją z całych sił. Spojrzałem jeszcze raz rzez okienko.
Ciało Jungkooka wiło się w przeraźliwych drgawkach.
- Kurwa
– syknąłem. Kątem oka zauważyłem, że Yoongi z trudem usiłuje
zatrzymać krwotok z nogi Taehyunga. Stanąłem z przerażeniem w
miejscu, słysząc jedynie ogłuszające bicie serca w uszach.
Łopotało niezdrowym, szaleńczym tempem. Jakby mimowolnie
szarpnąłem za ogromną klamkę drzwi, ale te nie ruszyły. Obok
mnie Yoongi w szaleńczych ruchach próbował pomóc
rozhisteryzowanemu Taehyungowi, blednącemu w oczach. Rzuciłem
chaotyczne spojrzenie przez okienko – Jungkook przestał drgać,
nie licząc chwilowych zrywów mięśni. Dotarło do mnie. Już po
wszystkim, on także nie żyje. Opuściłem ręce bezsilnie, nie
próbując nawet hamować łez.
Opadłem
obok rannego chłopaka. Oglądnąłem jego ranę. Była szkaradna.
Rozcięcie sięgało od kolana, aż do prawie samej pachwiny. Nie
było mowy, żeby udało się zatamować tak duży wylew krwi. Nie
mówiłem tego. Yoongi rozdarł kurtkę Jimina i skrupulatnie owiązał
dookoła uda Tae. Tamten ledwo kojarzył. Patrzył an nas
nieprzytomnie, pewnie nieświadom swojej okropnej sytuacji.
Dźwignęliśmy go resztką sił. Nikt nic nie mówił.
Szliśmy
z Taehyungiem na ramionach prosto przed siebie. Korytarze się
zlewały w jeden, czarno-szary tunel, zdający się nie mieć końca.
A może takie miałem tylko złudzenie. Dotarliśmy do schodów. To
były te same schody co na początku.
- I co
teraz? - spytałem. Mój głos rozbił się echem po całej hali.
Byliśmy w punkcie wyjścia.
- Nie
wiem, nie mam pojęcia – odpowiedział Suga.
Spojrzałem
na Tae. Był biały niczym kreda. Cały opatrunek już przesiąkł.
Yoongi schylił się, żeby go zmienić.
- Nie,
zostaw – ranny złapał go za rękę. - Nie ma sensu.
-
Ale...- zaczął.
- Po
prostu zostaw – przewał mu. Yoongi odsunął się o metr.
-
Zdechniemy tu wszyscy – odezwał się po długiej chwili. Jego głos
odbił się echem po hali. Potem dodał po jeszcze dłuższej chwili.
- Chodźmy w miejsce, gdzie ja się obudziłem.
***
Kiedy
weszliśmy do pomieszczenia, mało co nie oślepłem. Zobaczyłem tak
jasne, białe światło, że przewróciłem się z wrażania. Po tak
długim czasie nie miałem pojęcia, który dzień już tam byliśmy.
A w tym pokoju było okienko. Malutkie, tuż przy samym suficie. Ale
było. A na zewnątrz właśnie panowało samo południe.
Jak
tylko oczy przyzwyczaiły mi się do światła, zobaczyłem w jak
złym stanie jesteśmy. Cali w strupach, brudni, śmierdzący.
Najgorzej było z Taehyungiem. Nie był w stanie nic zrobić.
Ułożyliśmy go w kącie najdalej od drzwi. Patrzył na nas
nieobecnie zza półprzymkniętych powiek. Dookoła jego nogi w
przerażającym tempie rosła purpurowa plama gęstej krwi. To była
tylko kwestia czasu. Robił się siny.
Usiadłem
prawie naprzeciw niego, wpatrując się w okno. Było bardzo wysoko.
Może gdybym podniósł Yoongiego, wtedy mogłoby nam się udać dać
jakiś znak, że tu jesteśmy. Spojrzałem na niego. Odchlił głowę
do tyłu i wpatrywał się w sufit. Jego spojrzenie było rozmyte.
Spróbowałem się do niego przysunąć, ale dotarło do mnie jak
bardzo wykończony już jestem. On ma rację, wszyscy tu zdechniemy i
nikt się nawet o tym nie dowie.
Cudem,
bo inaczej tego nazwać nie można, doczołgałem się do niego.
Wyglądał na ledwo przytomnego. Nie wiem nawet, czy mnie widział.
Dotknąłem jego policzka dłonią. Jego skóra była jak papier –
cienka i przeźroczysta. Uśmiechnął się smutno, z dużym
wysiłkiem. Ręka osunęła mi się bezwładnie na jego tors.
Po
jakiś czasie, kiedy słońce zaczęło już zachodzić, zrobiło się
potwornie zimno. Byłem w cienkiej, przeciwdeszczowej kurtce i ziąb
od razu przeżarł mnie do kości. Był niczym zalewająca cały
pokój fala albo mgła mrozu. Taehyung nie dawał żadnych znaków
życia. Mną drgania mięśni z zimna prawie rzucały po podłodze.
Wszystko mnie bolało.
- Chodź
– odezwał się w końcu Yoongi, zduszonym przez zaciśnięte zęby,
głosem. Rozpiął kurtkę. Szybko podpełznąłem do niego. Od jego
ciała buchało ciepło, tak kontrastujące z ogarniającym mrozem.
Przylgnąłem do niego najciaśniej jak mogłem. Położyłem głowę
na klatce piersiowej. Oczy zaczęły mi się same zamykać.
Pochłaniała mnie ciemność – może po prostu zmierzchało. Było
mi jednak coraz lżej i lżej. Byłem lekki niczym pióro, a jedyną
trzymającą mnie przy ziemi rzeczą było daleki bicie serca. W
końcu i ono ustało.
***
Było
zimno, ciemno i pusto. Bez żadnych bodźców. Czeluść. Czeluść
piekła. Otchłań nicości. Ja. Pozbawiony myśli. Pozbawiony ciała.
Pozbawiony oparcia. Materii. Chwili, czasu, dotyku, zmysłu. Nie było
mnie.
***
Pierwsza
wróciła materia. Byłem. Miałem myśli. Miałem ciało. Potem
wrócił dotyk i zmysły. Czułem, że leżę, że mi ciepło, że mi
miękko. Słyszałem tykanie zegara, kroki i stłumione głosy.
Następny nadszedł ból – przerażający, uderzający pulsująco w
tył czaszki i pochłaniający skórę na łydce. Potem wróciła
przytomność, a z nią prawie, że za rękę świadomość.
Spróbowałem
otworzyć oczy, posklejane ropą. Byłem w zaciemnionym pokoju.
Czystym, schludnym. W szpitalu. Obok mnie słyszałem kapanie
zawartości kroplówki. Próbowałem się podnieść, ale moje ciało
było bez sił. Rozejrzałem się. Byłem sam, ale na kanapie pod
zasłoniętym oknem leżała torba i jakieś kurtki. Może nie byłem
sam. Może nie tylko ja przeżyłem.
***
- I
czemu tylko on przeżył?!
- To
podejrzane. Gdyby to faktycznie byli terroryści, nie zostawili by
nikogo żywego.
- Czy
pani nie rozumie, że do szpitala trafiło dwóch? On nikogo nie
zabił!
- Skąd
pan może to wiedzieć?! Był pan tam?
- A
pani?
-
Uspokójcie się, przecież chłopak był an granicy życia, nie
mógłby zabić swoich przyjaciół!
- Może
psychol.
-
Jeszcze jedno słowo o moim synu i popamięta mnie pani!
Głosy
zlewały mi się w jedną, ciągłą całość. Nie wiedziałem już
nawet, kto mnie oskarża, a kto nie. Miałem dość. Przykuty do
łóżka szpitalnego, od tygodnia odpowiadam na pytania mediów,
rodzin, wytwórni, lekarzy, policji i prokuratury.
To był
zamach terrorystyczny. Zorganizowana grupa z Busan napadła na
lotnisko parę godzin wcześniej i przygotowała całą operację.
Wybrano nas na cel ze względu na naszą rozpoznawalność i
możliwość uzyskania dużego okupu. Policja jest w trakcie
śledztwa. Przesłuchują wszystkich pracowników lotniska.
Znaleziono
nas w oddalonym o trzydzieści dwa kilometry od Busan magazynie,
służącym kiedyś firmom komputerowym. O dziwnych zdarzeniach na
tamtym terenie, policję powiadomił jakiś rolnik, posiadający
niedaleko pole. Byliśmy przetrzymywani tam blisko dwóch tygodni. Po
odwołaniu koncertów z niewiadomego powodu i nieaktywności w
mediach społecznych, fani zaczęli się irytować i martwić.
Podobno cały kraj nas szukał, a nasze porwanie zostało
obwieszczone już po tygodniu.
Do
szpitala przewieziono mnie i Yoongiego. Oboje byliśmy w stanie
krytycznym. Odwodnienie i głód zaczęły wyniszczenie organizmu. Po
blisko dziesięciu dniach śpiączki, wybudziłem się. Yoongi leży
w sali obok. Nie ma żadnych prognoz, żeby miał się kiedykolwiek
wybudzić.
Ciało
Seokjina było tak zmasakrowane, że można było je potwierdzić
dopiero przez badanie DNA. Nadal szukają jakichkolwiek śladów
Namjoona. Jimin i Jungkook zostali już pochowani – wypuszczono
mnie na pogrzeby. Ciało Taehyunga znajduje się jeszcze chyba w
kostnicy. Nie mam pewności, rodzina odmawia udzielenia informacji.
Zostałem
sam. Jedyny ocalały. Szczęśliwiec, przeklęty. Zastanawiałem się,
czemu mnie to nie boli. Czemu nic nie czuję. Czemu wszystko mi jest
zupełnie obojętne. Czy cieszyłem się, że się wydostałem?
Bardzo, nie widać? Przecież śmiałem się. Przecież na testach
psychologicznych podobno nie ma większych zagrożeń. Czemu więc
jestem pusty? Jakby ktoś wyrwał mi serce i zostawił mózg do
suchych kalkulacji. Ale po co mi mózg, skoro nie podejmuję żadnych
działań?
***
Po
roku, dokładnie w dzień pogrzebu Yoongiego, wróciło też serce.
Wróciło z rozmachem. Uderzyło nagle, jakby piorun. Rozbiło się
na milion kawałeczków po całych żebrach i posklejało
natychmiastowo, wybuchając nagłym, przyspieszonym rytmem. Zaparło
dech i wycisnęło łzy z oczu. Rozedrgało dłonie i zatkało krtań.
***
Było
już późno. W pośpiechu wsiadałem do samochodu. Musiałem już
jechać na spotkanie. Odkąd napisałem książkę, stałem się
nawet popularniejszy niż jako raper. Bestseller. Hasła „wzruszające
i przerażające!”, „jedyna prawda!”, „poruszające”
gościły prawie na każdym billboardzie.
Nie
taki był mój cel. Chciałem, żeby cała Korea dowiedziała się,
jak zginęli moi najlepsi przyjaciele.
Zadzwonił
telefon. Odebrałem, odpalając silnik.
- Panie
Jung, media już czekają – odezwał się miły, ale ponaglający
głos asystentki.
- Tak,
tak, już jadę – rozłączyłem się.
Szybko
wyjechałem ze strzeżonego parkingu. Ulice były puste. Wszyscy
siedzieli w domach i czekali na transmisję wywiadu ze mną. A ja
dopiero jechałem. Docisnąłem gazu. Nie mogłem się spóźnić.
***
- Z
przykrością musimy powiadomić państwa, że wielokrotnie
nagradzany, młody autor książki „Powrót”, Jung Hoseok, zginął
dzisiejszego wieczora w wypadku samochodowym. Artysta, wcześniejszy
członek popularnego zespołu Bangtan Boys, tak brutalnie
zamordowanego ponad rok temu, wpadł w poślizg i uderzył w
ciężarówkę przewożącą materiały łatwopalne. Jechał na
spotkanie z mediami. Jego ciało zostało odnalezione. Oparzenia
wynosiły ponad 86% ciała. Mężczyzna nie miał szansy przeżyć. Z
miejsca wypadku, Kim Jeorin.

To opowiadanie... zniszczyło mnie doszczętnie, chwilę mi zajmie pozbieranie się... pomimo, że to "tylko" opowiadanie... tak ciężko jest mi znaleźć słowa. Po pierwsze, dziękuję za kontynuację. Ale poza tym... jak czułaś się, pisząc to? Skoro ja od czytania kiszę w sobie łzy, to co siedziało w Twojej głowie?
OdpowiedzUsuńPrzerażające. Przerażające i cudowne. Nie czytałam czegoś takiego... nigdy. Nie kłamię, mam teraz w głowie chaos. Już na samym początku, kiedy umarł Jin... wyobrażenie sobie jego krzyku to najokropniejsza rzecz na świecie. A wycie spalonego Namjoona... to brzmi okropnie w mojej głowie. Nie umiem się pozbierać.
Mam tylko dwa pytania, możliwe, że przez późną godzinę coś przeoczyłam. Jakim cudem (?) Kook znalazł się w tym dziwnym pokoju i co się tam właściwie stało, oraz co Tae zrobił w nogę.
Dziękuję za dokończenie tego, chociaż umiejscawianie sobie tych sytuacji w głowie było traumatyczne.
Będąc z tym opowiadaniem już ponad rok, zdążyłam się przyzwyczaić do okropieństwo tego, co piszę. To źle brzmi, ale naprawdę, jak myślisz o czymś tak długo, to emocje na ten temat zaczynają po prostu uciekać. Na początku jednak czułam, że coś musi być ze mną nie tak, że piszę takie opowiadania. Potem pisałam dalej i tak jak wspominałam, oddała łam się emocjonalnie od fabuły. Czasem jednak mam takie uderzenie "jak ja mogłam coś tak bolesnego napisać?". Musisz wiedzieć, że autor czasami przeżywa wszystko zanim to napisze. Pomysł rodzi się w głowie i tam ewoluuje, zanim zostanie spisany.
UsuńNie wiem, może nie do końca jasno wyjaśniłam, ale wszyscy byli w tym pokoju, żeby odpocząć. Uznali to za bezpieczne miejsce. Kook miła wyjść ostatni, kiedy nagle zatrzasnęły się mosiężne drzwi. One też poszerzyły ranę Tae nodze. Zahaczyły o nogę i pociągnęły skórę.
Dziękuję bardzo za komentarz.
Rozumiem... chociaż z jednej strony nie do końca, bo moje fanfiction zawsze ociekają miodem i tęczą ;-; napisanie tak mrocznego ficka z jednej strony nie mogło być łatwe, racja?
UsuńPrzy okazji, nie przeglądałam jeszcze całego bloga, choć mam go gdzieś tam w kolejce. Napisałaś jeszcze inne ficki o podobnej tematyce? Twój styl jest ogólnie genialny, więc chętnie zobaczę wszystko
Nie umiem pisać takich ociekających toczą i miodem i słodkością. Lubię przedstawiać świat brutalny, tak z którym mam styczność. Z takim słodkim niestety nie mam.
UsuńCzy ja wiem. Na pewno podobny klimat, to znajdziesz w mnóstwie moich ff. Ale tematyka... chyba niezbyt. Jeżeli będzie odpowiednia chęć, to mogłabym napisać coś takiego. Chociaż aktualnie mam trochę inny pomysł.
Nie wiem czy to kwestia tego, że to yoonseok, tego, że ta historia jest tak cudowna, czy tego, że kocham Twój styl pisania.
OdpowiedzUsuńPłakałam bardzo (w sumie nadal to robię)
Wszystkie te yoonseokowe sceny są takie kochane i słodkie. I to, gdy Yoongi mówi, że chce z Hobim resztę życia spędzić, boże. Rozpływałam się.
Przewidywałam, że wszyscy zginą w dość brutalny sposób, jednak nadal to było dla mnie za wiele.
Cudowne opisy, mega łatwo było to sobie wszystko wyobrazić. To jak Suga przeżywał przyszłość Kookiego i Tae jest takie aww. Potem oni giną, a ja płaczę (mimo, iż normalnie nienawidzę Kooka)
Zbyt długo przeżywałam pierwszy rozdział: krzyki Jina i Namjoona to coś okropnego, dlatego ulżyło mi, że tutaj opisy śmierci nie były aż tak dokładne, ale nadal strasznie brutalne.
Chciałabym, że Yoongi też przeżył (w końu ub) i stworzył cos z Hoseokiem, ale to było tak bardzo niemożliwe, że ech.
Tak mnie coś w przełyku i żołądku ściska, zbyt się chyba wczułam.
Jesteś świetna, a to ff to wygryw i często będę do jie wracała. Fabuła świetna, ale też ogólnie całość: zabiły mnie.
Dziękuję bardzo za tak świetne opowiadanie i za wzbudzenie we mnie tak ogromnych pokładów uczuć.
Ściskam i życzę weny♡♡♡♡