piątek, 4 marca 2016

To the Dazzling Darkness 2/2

Długo wyczekiwany i świeżutki – skończony dzisiaj wieczorem. Dziękuje za namowy i wsparcie.
Miłego czytania.
Zespół: Bangtan Boys
Paring: yoonseok, resztę można dowolnie interpretować
Uwagi: śmierć, dużo śmierci






- Jimin powiedział, że jeśli w ciągu godziny nie wróci, mamy go nie szukać – Yoongi usiadł obok mnie, wtulając się w moją rękę.
- A co ty na to? - spytałem, głaszcząc go delikatnie po głowie. Mój głos był tak zgorzkniały, że sam go początkowo nie poznałem.
- Oczywiście się nie zgodziłem – powiedział, wypruty ze wszelkich emocji. Nagle westchnął ciężko . - Dał mi swoja kurtkę dżinsową.
- Po co? - zdziwiłem się. Spojrzałem na materiał, który miętosił w dłoniach.
- Hoseok, on chce się poświęcić – odrzekł poważnie, patrząc się na mnie surowo. - Myśli, że tak może nam pomóc.
- Ale to nie ma sensu, powinniśmy trzymać się razem! - tym razem prawie krzyknąłem.
- Przecież ja to wiem, ale ten idiota nie dał sobie wytłumaczyć. Sądzi, że jego śmierć uchroni kogoś innego. Nie chce być dla nas utrudnieniem i ciężarem – bezradność w jego głosie była straszliwie dobijająca...
- Chciałbym powiedzieć, żebyś się nie martwił, niestety, nie mam jak – przygarnąłem go znów do siebie. - Debilna sytuacja bez wyjścia.
- Faktycznie, dość chujowo – pokiwał głową. - Ty masz przeżyć, rozumiesz?
- Maknae ma przeżyć. I Taehyung – uciąłem krótko.
- A my? - spytał cicho.
- Oni mają przed sobą przyszłość – odpowiedziałem, patrząc na skuloną dwójkę, starszy siedział po turecku, a Jungkook leżał, opierając głowę na jego nodze.
- Uważasz, że my nie mamy? - to brzmiało bardziej jak stwierdzenie, niż jak pytanie.
- Tak, nie mamy. Wybacz Yoongi – potwierdziłem.
- Spokojnie, pewnie masz rację – ziewnął. - Obudź mnie za godzinę.
Położył się na mnie, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami.
            Czy faktycznie czeka nas już teraz tylko śmierć? Nic więcej? Będziemy siedzieli tu, zamknięci jak jakieś zwierzęta w klatce, tylko po to, żeby umrzeć? Ale po co? Komuś to sprawia radość? Patrzenie na nas, jak cierpimy, jak umierają nasi przyjaciele?
Po co cała ta niepotrzebna brutalność i śmierć? To nie czyni niczego dobrego, jedynie żałobę, smutek i ból ciążący gdzieś na dnie serca, nie pozwalający spać, ani myśleć racjonalnie.
Nie, nie chcę umierać. Nadal mam marzenia. Chciałem, żeby ktoś mnie pokochał, założył ze mną rodzinę, dzielił ze mną wszystkie momenty, w których był szczęśliwy. Żebyśmy byli szczęśliwi razem. Chciałem aż tak dużo? Ja tylko chcę dalej żyć.
Ale nie, gdybym miał na sumieniu wszystkich moich przyjaciół. Nie zniósłbym tego. Nie umiałbym funkcjonować, wiedząc, że poświęcili się dla mnie. Wolałbym sam umrzeć siedem razy, za nich wszystkich. Żeby to oni byli szczęśliwi. I mogliby być beze mnie, prawda?
             Yoongi usnął. W końcu. Taehyung mi mówił, że w przeciwieństwie do mnie, Suga nie mógł wcześniej nawet zmrużyć oka. Co prawda, ja też wolałbym spać, ale nie zostawię tej dwójki samej. Boję się o nich. Moim priorytetem jest teraz ich życie. Może uda mi się też ocalić życie hyunga. Oddam swoje za niego, z wielką chęcią. Jako pokutę za nieuratowanie Jina.
To dziwne, o jakich sprawach zaczyna myśleć człowiek, który widzi swoją śmierć. Zaczyna nagle żałować mnóstwa rzeczy, których nie zrobił, a mógł, i które zrobił, choć nie powinien. Robi sobie cały rachunek sumienia, wiedząc, ile w życiu popełnił błędów i jakie mógł naprawić. Beznadzieja, bo wtedy okazuje się, że życie było pasmem ciągłych niepowodzeń i upadków, którym można było zaradzić.
Nie chciałem tak myśleć, a mimo to, nawet ja straciłem swoją nadzieję. A przynajmniej na tak długo, jak długo zamknięte były oczy Sugi. To one były moją nadzieją i siłą. Od dawna tak było, sam głupi nie chciałem się sobie do tego przyznać. Tyle straconego czasu... Po raz drugi odkąd tu jesteśmy chciałem cofnąć czas. On owinął sobie mnie wokół palca tym pocałunkiem, tym spojrzeniem, tym głosem, tym dotykiem, tym sobą. To nie było w porządku, gdy ja nie miałem nic do zaoferowania w zamian. Czy ja kiedykolwiek w życiu mógłbym mu coś dać? Spełniłbym jego wymagania? Byłbym wystarczająco dobry dla niego? Yoongi był wybredny, to nie podlegało wątpliwości.
- Te, pobudka – szturchnąłem nim, ale lekko. Nie miałem najmniejszego zamiaru go skrzywdzić.
- Minęła już godzina? - spytał zaspanym głosem, przecierając oczy jak małe dziecko. Nie powinien tak robić, jego skóra pod oczami była i tak już wystarczająco podrażniona i bez tego. Martwiłem się. - Czyli nie wrócił?
- Niestety, przykro mi – uśmiechnąłem się smutno.
- Nie ma sprawy – zaczął się podnosić. - Wiedziałem, że tak będzie. Pójdziesz ze mną? Nie chcę być przy tym sam.
- Pewnie... - westchnąłem.
Yoongi obudził Taehyunga, żeby powiedzieć mu, gdzie idziemy. Tamten pokiwał rozumnie głową, patrząc jak w ciszy odchodzimy. Kamery nadal działały, nagrywając nasz każdy ruch, nawet spojrzenie. Sądzę, że ktoś, kto nas tu umieścił, musiał nas obserwować przez cały ten czas. Co więcej, jestem pewien, iż wiedział, że nam się uda przeżyć tamten pożar. Inaczej nie zesłał by nam wody.
Suga prowadził. Szliśmy dokładnie tą samą drogą, którą dzień wcześniej uciekaliśmy przed ogniem. Barierki były całe roztopione, nic nas praktycznie nie broniło przed upadkiem na tę ogromną halę. Płomienie sięgnęły aż ścian, co można było łatwo wywnioskować z osmalonych czarnych, tłustych plam.
Mijaliśmy kolejne zakręty, aż dotarliśmy w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Wyglądało na to, że ogień spalił też moje wymiociny. Mimo tego, śmierdziało tu niemiłosiernie. I niebezpiecznie.
- Lepiej niczego nie ruszaj – szepnąłem. Yoongi mruknął cicho. Zauważyłem zgrzewkę wody. A obok...
- Suga...tak mi cholernie przykro – powiedziałem, a mój głos zdawał się być na granicy płaczu. Tamten tylko szybko siorbnął nosem i przetarł przedramieniem oczy.
- Spodziewałem się tego. Mówił, że idzie umrzeć – jego głos brzmiał zupełnie beznamiętnie.- Kazał ci przekazać, żebyś w końcu przejrzał na oczy i otworzył się na innych. Dla każdego mam inną wiadomość.
- A tobie co powiedział? - spojrzałem na bezwładne ciało Jimina, ułożone na brzuchu. Nie było widać jego twarzy. Może to i lepiej.
- Żebym przestał się bać – odpowiedział sucho. - Weźmy wodę i chodźmy stąd.
Spojrzałem na zgrzewkę. Była czymś usmarowana. Czymś białym i niekoniecznie bezpiecznym. To coś śmierdziało.
- Zostaw to, po prostu idźmy sobie – stęknąłem.
- A woda?
- Mówię ci, chodź, Jimin bez przyczyny nie zginął!
- A niby co jest według ciebie przyczyną, Sherlocku?
- Yoongi, kurwa, nie zaczynaj – odetchnąłem, żeby się uspokoić. - Widzisz ten smar na folii? Trutka na myszy.
- Po co tutaj trutka na myszy? - spytał, nie wierząc mi.
- No nie wiem, może na myszy?! - krzyknąłem. - Wiesz, ile to chujostwo ma cyjanku w sobie? A żeby zabić człowieka, potrzeba jedynie jeden gram!
- To to zabiło Jimina? - jego głos zmieniał się z pozbawionego emocji, w przesiąknięty strachem.
- Tak myślę.
- Spierdalamy Hoseok! - wrzasnął, rzucając się do ucieczki. Biegłem tuż za nim, nie odnotowując nawet momentu, kiedy ruszyłem. To było automatyczne. Wcześniej ta droga wydawała się znacznie dłuższa, jednak teraz wszystko się zmieniło. Adrenalina znów przepełniła nasze żyły. Dobiegliśmy do wnęki, ledwo łapiąc oddech. Pozostała dwójka podniosła się natychmiastowo, z niepokojem wymalowanym na twarzach.
- Co z Jiminem? - zapytał niczego jeszcze nieświadomy Kookie.
- Później ci wyjaśnimy, teraz ruszcie dupy! - Yoongi był nie do opanowania. Nie czekając na nic biegł do najbliższych schodów. Znowu gdzieś do góry. Tam było znowu ciemno. Jednak jemu to nie przeszkadzało. Ciął przez kolejne korytarze, zapewne nie wiedząc nawet gdzie biegnie. Tym razem maknae był ostatni.
- Gdzie biegniemy i przed czym uciekamy?! - krzyknął gdzieś zza moich pleców Taehyung.
- Nie przejmuj się tym teraz, po prostu biegnij! - odpowiedział mu Yoongi, łapiąc rozpaczliwie oddech.
Minęliśmy kolejne, bardzo wysokie schody. Wydawało mi się, że jesteśmy na jeszcze wyższym piętrze, niż to, na którym nie obudziłem po raz pierwszy. Te korytarze wyglądały, jakby nigdy nie miały końca. Jeden kończył się skrętem i zaczynał tym samym następny. Nie było żadnych okien. Puste ściany, czasem przecinane przez metalowe, ogromne drzwi, i narastająca ciemność. Tylko pojedyncze lampy przeświecały nam drogę. Zostaliśmy zamknięci w niekończącym się labiryncie. Stąd nie było wyjścia.
Usłyszałem huk parę metrów za sobą. Potem urwany krzyk. Odwróciłem się najszybciej, jak tylko potrafiłem. Taehyung klęczał na podłodze, opierając się jedną ręką o podłogę. Jego spodnie, tuż nad kolanem, były rozdarte. A z dziury zaczynała wylewać się krew.
- Hyung! - Jungkook dopadł do niego natychmiastowo. Chwycił go mocno w tali i podniósł.
- Nic wielkiego, potknąłem się i o coś zahaczyłem kolanem – sapnął tamten. - Nic mi nie będzie.
Stanął na dwóch nogach i spojrzał stanowczo na Yoongiego. Ten wzrok wyrażał więcej niż jakiekolwiek słowa. Chłopak miał już dość tego wszystkiego. Nie wytrzymywał.
- Po drodze widziałem jakiś pokój, w którym moglibyśmy trochę odpocząć – powiedziałem cicho.
- Będziemy wiecznie uciekać i odpoczywać w jakichś dziurach? - Jungkook zaczynał się denerwować.
- A widzisz jakieś inne wyjście? - westchnąłem. Mi było już naprawdę obojętne, gdzie jesteśmy i jak staramy się przeżyć kolejne marne parę godzin. Młodszy ucichł.
Tym razem szedłem pierwszy, prowadząc pozostałych do owego pomieszczenia. Na podłodze leżała jeszcze jedna zgrzewka wody, wcześniej jej nie zauważyłem. Suga dokładnie sprawdził czy jest czysta, dopiero wtedy ją wziął. W sumie, zaoszczędziło nam to kłopotu szukania nowego picia. Bo te dwie butelki, które zachowaliśmy zostały w tamtej wnęce piętro niżej. Próbowałem wizualizować sobie mapę tego budynku. Miał ogromną ilość korytarzy, jednakże wydawało mi się, że jesteśmy dokładnie nad tą ogromną halą.
***
            Yoongi podał mi butelkę. Wcześniej już zdążył odkazić ranę Taehyunga. Nalałem sobie wody na dłonie i przetarłem. Praktycznie widziałem, jak spływa z nich brud i pot. Ochlapałem twarz i jako tako umyłem. Spróbowałem też chociaż trochę ogarnąć włosy, żeby nie były aż tak przetłuszczone. Z tego co zauważyłem, każdy próbował się chociaż trochę przywrócić do używalności. Mimo, że nasza skóra miała kolor brudnego papieru, fakturę też nawet podobną. Byliśmy tu około trzech dni i głód zaczynał już doskwierać. Oddałbym wszystko za miskę kimchi, albo bulgogi. Na samą myśl o jedzeniu skręcał mi się żołądek, a w przełyku coś mnie ściskało. Już nawet picie nie pomagało. Jeśli nawet tutaj wytrwamy, uciekając przed pułapkami, to prędzej czy później zdechniemy z głodu.
- Jimin umarł, tak?- spytał bezpośrednio Tae. Jego głos był poważny, surowy, zupełnie do niego niepodobny.
- Tak – odpowiedział bezosobowo Yoongi.
Spotkało się to tylko z głośnym westchnięciem. Jungkook nie miał siły płakać, jedynie oparł głowę o ścianę, wpatrując się w pustkę przed sobą. Nawet nie mrugał.
- Idźcie spać, ja zostanę na warcie – powiedziałem cicho, klepiąc Sugę po ramieniu. Usiadłem przy otwartych drzwiach. Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie się teraz ciągle przemieszczać, żeby nie byli w stanie nas czymś zaskoczyć. Jeśli będziemy siedzieć w jednym miejscy, łatwo nas namierzą.
- Chłopaki przenieśli się w kąt i poszli spać – usłyszałem nad głową głos Yoongiego. - Ja sam nie zasnę.
- To siadaj ze mną - poklepałem miejsce obok siebie.
- Chyba nie uda nam się ich ochronić, co? - spytał, opierając się o moje ramię.
- Wątpię, ale będę dalej próbować. Przecież nic mi innego nie zostało – chwyciłem jego dłoń i splotłem nasze palce.
- Boisz się, Hoseok? -przybliżył się nawet jeszcze bardziej.
- Boję się jak kurwa mać – odpowiedziałem. Prawda, nigdy w życiu nie bałem się bardziej. Uśmiechnął się zrezygnowanie.
- Nigdy tak dużo nie przeklinałeś – zauważył.
- Być może, ale nigdy nie byłem w takiej sytuacji – westchnąłem.
Popatrzył się na mnie przez długą chwilę, jakby bijąc się z myślami.
- Przyrzekam, jeżeli stąd wyjdziemy, mam zamiar spędzić z tobą całe moje życie – powiedział, uśmiechając się do siebie. Chwyciłem jego twarz w obie dłonie. Jego oczy błyszczały się niczym miliony gwiazd, z czego jedna, najmocniej bijąca była moim uczuciem. Nadal średnio umiałem je nazwać, ale zaczynałem powoli do tego dochodzić. To była miłość?
- A co, jeżeli nie? - spytałem.
- Idź spać, Hoseok.
- Dobra, dobra.
Ułożyłem się wygodniej, plecy oparłem o ścianę, a głowę o ramię Yoongiego. Pogładził mnie po włosach, potem po dłoni.
***

Kiedy ponownie otworzyłem oczy, byłem pewien tego, że nie mogłem stwierdzić, jaka jest pora dnia. Już wcześniej zupełnie straciłem rachubę. Za to, pozytywną stroną było obudzenie się w ramionach Yoongiego. Jego klatka piersiowa unosiła mnie lekko. Mimo, że nie mogłem zobaczyć jego twarzy, byłem przekonany, że już nie śpi. Jakimś cudem cały czas był na straży, z bardzo krótkim drzemkami. Jeśli chce jeszcze odpocząć, powinien spać, bo to jedyne co nam zostało.
              Spojrzałem w bok i ledwie dostrzegłem skulone sylwetki dwóch przytulonych chłopaków. Wyblakłe w świetle lampy, czerwone włosy Kookiego mieszały się z bladopomarańczowymi włosami Taehyunga. Gdyby nie sytuacja, w której się znajdowaliśmy, uznałbym to za całkiem urocze.
Wstałem, przeciągając się zamaszyście. Suga uśmiechnął się jedynie, w dodatku bardzo smutnym uśmiechem, którego bardzo nie lubiłem. Kookie i Tae już nie spali, rozmawiali cicho, nie mogłem usłyszeć o czym. Nagle zemdliło mnie niemiłosiernie. Czułem, jakby żołądek wywracał mi się na drugą stronę, mieszając przy okazji z jelitami i przełykiem, może i nawet dwunastnicą, tak na zapas.
Głód, to było jedyną sprawą, o której byłem w stanie myśleć. Zsunąłem się bezsilnie po ścianie, zwijając gdzieś po drodze w mały kłębek boleści. Yoongi natychmiastowo do mnie dopadł, nawet nie zdążyłem dopaść do ziemi. Jungkook też od razu zareagował, robiąc dziwne oczy, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
- Hoseok, wyglądasz jak śmierć - powiedział głęboko przestraszonym głosem. Suga uniósł mój podbródek. Nie wiedziałem o co chodzi, ale jego oczy też się powiększyły, a mina zrzedła.
- On ma rację, wyglądasz jakby ktoś cię właśnie z grobu wyciągnął – przejechał dłonią po moim policzku, kiwając w niedowierzaniu głową. - Masz czarne wory pod oczami. Nie sine, czarne. I kredowobiałą skórę. I dziwnie puste spojrzenie. Hoseok, powiedz coś!
Ja bardzo chciałem coś powiedzieć, ale wtedy ciało przestało się mnie słuchać. Zwiotczałem, opadając na Yoongiego bezwładnie. Zaczął coś krzyczeć, trzymając mnie silnie. Nie mogłem nawet zrozumieć co, słyszałem jedynie głuche dudnienie jego głosu o moją klatkę piersiową. Poczułem coś chłodniejszego na twarzy, ale nie mogłem zrozumieć co to było. W oczach najpierw rozbłysł mi miliard jasnych iskierek, a potem zgasł, zostawiając mnie ślepego.
A potem zabrał mi świadomość.
****
- Długo już jest nieprzytomny – usłyszałem w pustce zniekształcony głos.
- Zbyt długo – potwierdził następny.
- Przecież żyje, czuć puls, klatka się unosi, żyje – zaprzeczył kolejny, jakby zdenerwowany. Wszystko było takie przytłumione, jakby dźwięk dochodził z końca ogromnego tunelu – Dajcie mu jeszcze chwile, przecież nikt z nas nie chce uśmiercać żywych, prawda?
Odetchnąłem głęboko jakby po wyskoczeniu z wody. Wydawało mi się, że moje płuca nagle zwiększyły dwukrotnie powierzchnię, napełniając się suchym, żrącym dla skóry, tlenem. Moje ciało zachowywało się tak, jakby ktoś nagle wstrzyknął mi do ciała zbyt silną odtrutkę. Miałem wrażenie, że pojedyncze komórki oddzielają się od siebie i łączą na nowo. Ktoś uniósł mi głowę, żebym się nie krztusił. Miał zimne, lepkie dłonie. Rozluźniłem się i spróbowałem skupić się na oddychaniu, bo przychodziło mi ono z wielkim trudem.
             Po nie wiem jak długim czasie, w końcu otworzyłem oczy. Dookoła panował półmrok, nie widziałem nikogo niedaleko siebie. Serce zaczęło bić mi szybciej. Dużo szybciej. Więc jednak mnie zostawili?
- Yoongi!- wrzasnąłem na całe gardło, nie poznając własnego głosu. - Jungkook! Taehyung!
Przez chwilę nie słyszałem nic innego prócz echa własnych krzyków. Po momencie jednak usłyszałem oddalony tupot butów. Biegli.
- Hoseok! Żyjesz! - Yoongi wpadł do pokoju, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Zaraz za nim do pomieszczenia wtoczyła się pozostała dwójka.
- Myśleliśmy, że umarłeś – powiedział Jungkook, przejęty. - Nie dawałeś znaku życia już od trzech dni.
- Byłem nieprzytomny aż tak długo? - spytałem z niedowierzaniem.
- Bałem się, że cię już straciłem! - Suga złapał mnie za oburącz za dłoń.
- Skoro jednak okazało się, że Hoseok żyje, to możemy zmienić miejsce pobytu? - zignorował mnie Taehyung.
- Wyjaśnisz mi proszę, o co ci chodzi? - Yoongi naskoczył na niego natychmiastowo. Gdyby tylko mógł, zabiłby go wzrokiem.
- Opóźnia nas – odpowiedział lodowatym tonem, tak, że Kookie odsunął się chyba na metr od niego.
- Przesadziłeś – powiedział, pomagając mi wstać.
- Dajcie spokój, to nie ma sensu – wtrąciłem się. Teraz z kolei Taehyung mordował mnie wzrokiem. - Nic ci nie zrobiłem, więc się ogarnij, siedzimy w tym gównie razem. Masz jednak rację, opóźniałem was. Więc skoro już jestem, jako tako, przytomny, możemy się faktycznie ruszyć.
Yoongi spojrzał na mnie z troską, ale nie skomentował mojej wypowiedzi. Chwycił mnie mocno w talii i pomógł mi wstać. Opierając się o ścianę powoli wyszedłem z tego pomieszczenia. Gdy tylko stanąłem o własnych nogach, usłyszałem potężny huk i straszliwy krzyk go następujący. Obejrzałem się i pierwsze co zobaczyłem,to kałużę krwi wypływającą z praktycznie rozdartej na pół nogi Taehyunga. Od połowy uda, aż za kolano, zdobiła go ciemnoczerwona wstęga. Metaliczny, trochę rdzawy zapach rozniósł się w powietrzu, przyprawiając mnie o mdłości. Rozejrzałem się dookoła z narastającą mgłą przed oczami. Zobaczyłem, że tytanowe, ciężkie drwi były zamknięte. Ale po mojej ich stronie, razem ze mną, były tylko trzy osoby. Nagle, cała ta mgła rozpłynęła się. Poczułem dziwną siłę rozpierającą mnie od środka. Dopadłem do małego okienka umieszczonego w nich. Po drugiej stronie zobaczyłem Jungkooka. Coś było nie tak. Szarpnąłem za klamkę, ale nie chciała puścić. Coś się zaklinowało. Jungkook nagle złapał się jedną ręką za szyję i pomachał mi przez okienko. Potem zaczął się krztusić. Dusił się. A ja nie mogłem nic z tym robić. Przypomniały mi się dwie informacje: po dwóch minutach bez tlenu w mózgu zachodzą nieodwracalne zmiany, po czterech mózg umiera. Chłopakowi błysnęły białka, a sam opadł na ziemię. Pociągnąłem desperacko za klamkę, ale nadal nie odpuszczała. Szarpałem ją z całych sił. Spojrzałem jeszcze raz rzez okienko. Ciało Jungkooka wiło się w przeraźliwych drgawkach.
- Kurwa – syknąłem. Kątem oka zauważyłem, że Yoongi z trudem usiłuje zatrzymać krwotok z nogi Taehyunga. Stanąłem z przerażeniem w miejscu, słysząc jedynie ogłuszające bicie serca w uszach. Łopotało niezdrowym, szaleńczym tempem. Jakby mimowolnie szarpnąłem za ogromną klamkę drzwi, ale te nie ruszyły. Obok mnie Yoongi w szaleńczych ruchach próbował pomóc rozhisteryzowanemu Taehyungowi, blednącemu w oczach. Rzuciłem chaotyczne spojrzenie przez okienko – Jungkook przestał drgać, nie licząc chwilowych zrywów mięśni. Dotarło do mnie. Już po wszystkim, on także nie żyje. Opuściłem ręce bezsilnie, nie próbując nawet hamować łez.
           Opadłem obok rannego chłopaka. Oglądnąłem jego ranę. Była szkaradna. Rozcięcie sięgało od kolana, aż do prawie samej pachwiny. Nie było mowy, żeby udało się zatamować tak duży wylew krwi. Nie mówiłem tego. Yoongi rozdarł kurtkę Jimina i skrupulatnie owiązał dookoła uda Tae. Tamten ledwo kojarzył. Patrzył an nas nieprzytomnie, pewnie nieświadom swojej okropnej sytuacji. Dźwignęliśmy go resztką sił. Nikt nic nie mówił.
             Szliśmy z Taehyungiem na ramionach prosto przed siebie. Korytarze się zlewały w jeden, czarno-szary tunel, zdający się nie mieć końca. A może takie miałem tylko złudzenie. Dotarliśmy do schodów. To były te same schody co na początku.
- I co teraz? - spytałem. Mój głos rozbił się echem po całej hali. Byliśmy w punkcie wyjścia.
- Nie wiem, nie mam pojęcia – odpowiedział Suga.
Spojrzałem na Tae. Był biały niczym kreda. Cały opatrunek już przesiąkł. Yoongi schylił się, żeby go zmienić.
- Nie, zostaw – ranny złapał go za rękę. - Nie ma sensu.
- Ale...- zaczął.
- Po prostu zostaw – przewał mu. Yoongi odsunął się o metr.
- Zdechniemy tu wszyscy – odezwał się po długiej chwili. Jego głos odbił się echem po hali. Potem dodał po jeszcze dłuższej chwili. - Chodźmy w miejsce, gdzie ja się obudziłem.
***
            Kiedy weszliśmy do pomieszczenia, mało co nie oślepłem. Zobaczyłem tak jasne, białe światło, że przewróciłem się z wrażania. Po tak długim czasie nie miałem pojęcia, który dzień już tam byliśmy. A w tym pokoju było okienko. Malutkie, tuż przy samym suficie. Ale było. A na zewnątrz właśnie panowało samo południe.
            Jak tylko oczy przyzwyczaiły mi się do światła, zobaczyłem w jak złym stanie jesteśmy. Cali w strupach, brudni, śmierdzący. Najgorzej było z Taehyungiem. Nie był w stanie nic zrobić. Ułożyliśmy go w kącie najdalej od drzwi. Patrzył na nas nieobecnie zza półprzymkniętych powiek. Dookoła jego nogi w przerażającym tempie rosła purpurowa plama gęstej krwi. To była tylko kwestia czasu. Robił się siny.
            Usiadłem prawie naprzeciw niego, wpatrując się w okno. Było bardzo wysoko. Może gdybym podniósł Yoongiego, wtedy mogłoby nam się udać dać jakiś znak, że tu jesteśmy. Spojrzałem na niego. Odchlił głowę do tyłu i wpatrywał się w sufit. Jego spojrzenie było rozmyte. Spróbowałem się do niego przysunąć, ale dotarło do mnie jak bardzo wykończony już jestem. On ma rację, wszyscy tu zdechniemy i nikt się nawet o tym nie dowie.
             Cudem, bo inaczej tego nazwać nie można, doczołgałem się do niego. Wyglądał na ledwo przytomnego. Nie wiem nawet, czy mnie widział. Dotknąłem jego policzka dłonią. Jego skóra była jak papier – cienka i przeźroczysta. Uśmiechnął się smutno, z dużym wysiłkiem. Ręka osunęła mi się bezwładnie na jego tors.
            Po jakiś czasie, kiedy słońce zaczęło już zachodzić, zrobiło się potwornie zimno. Byłem w cienkiej, przeciwdeszczowej kurtce i ziąb od razu przeżarł mnie do kości. Był niczym zalewająca cały pokój fala albo mgła mrozu. Taehyung nie dawał żadnych znaków życia. Mną drgania mięśni z zimna prawie rzucały po podłodze. Wszystko mnie bolało.
- Chodź – odezwał się w końcu Yoongi, zduszonym przez zaciśnięte zęby, głosem. Rozpiął kurtkę. Szybko podpełznąłem do niego. Od jego ciała buchało ciepło, tak kontrastujące z ogarniającym mrozem. Przylgnąłem do niego najciaśniej jak mogłem. Położyłem głowę na klatce piersiowej. Oczy zaczęły mi się same zamykać. Pochłaniała mnie ciemność – może po prostu zmierzchało. Było mi jednak coraz lżej i lżej. Byłem lekki niczym pióro, a jedyną trzymającą mnie przy ziemi rzeczą było daleki bicie serca. W końcu i ono ustało.
***
             Było zimno, ciemno i pusto. Bez żadnych bodźców. Czeluść. Czeluść piekła. Otchłań nicości. Ja. Pozbawiony myśli. Pozbawiony ciała. Pozbawiony oparcia. Materii. Chwili, czasu, dotyku, zmysłu. Nie było mnie.
***
             Pierwsza wróciła materia. Byłem. Miałem myśli. Miałem ciało. Potem wrócił dotyk i zmysły. Czułem, że leżę, że mi ciepło, że mi miękko. Słyszałem tykanie zegara, kroki i stłumione głosy. Następny nadszedł ból – przerażający, uderzający pulsująco w tył czaszki i pochłaniający skórę na łydce. Potem wróciła przytomność, a z nią prawie, że za rękę świadomość.
             Spróbowałem otworzyć oczy, posklejane ropą. Byłem w zaciemnionym pokoju. Czystym, schludnym. W szpitalu. Obok mnie słyszałem kapanie zawartości kroplówki. Próbowałem się podnieść, ale moje ciało było bez sił. Rozejrzałem się. Byłem sam, ale na kanapie pod zasłoniętym oknem leżała torba i jakieś kurtki. Może nie byłem sam. Może nie tylko ja przeżyłem.
***
- I czemu tylko on przeżył?!
- To podejrzane. Gdyby to faktycznie byli terroryści, nie zostawili by nikogo żywego.
- Czy pani nie rozumie, że do szpitala trafiło dwóch? On nikogo nie zabił!
- Skąd pan może to wiedzieć?! Był pan tam?
- A pani?
- Uspokójcie się, przecież chłopak był an granicy życia, nie mógłby zabić swoich przyjaciół!
- Może psychol.
- Jeszcze jedno słowo o moim synu i popamięta mnie pani!
            Głosy zlewały mi się w jedną, ciągłą całość. Nie wiedziałem już nawet, kto mnie oskarża, a kto nie. Miałem dość. Przykuty do łóżka szpitalnego, od tygodnia odpowiadam na pytania mediów, rodzin, wytwórni, lekarzy, policji i prokuratury.
            To był zamach terrorystyczny. Zorganizowana grupa z Busan napadła na lotnisko parę godzin wcześniej i przygotowała całą operację. Wybrano nas na cel ze względu na naszą rozpoznawalność i możliwość uzyskania dużego okupu. Policja jest w trakcie śledztwa. Przesłuchują wszystkich pracowników lotniska.
Znaleziono nas w oddalonym o trzydzieści dwa kilometry od Busan magazynie, służącym kiedyś firmom komputerowym. O dziwnych zdarzeniach na tamtym terenie, policję powiadomił jakiś rolnik, posiadający niedaleko pole. Byliśmy przetrzymywani tam blisko dwóch tygodni. Po odwołaniu koncertów z niewiadomego powodu i nieaktywności w mediach społecznych, fani zaczęli się irytować i martwić. Podobno cały kraj nas szukał, a nasze porwanie zostało obwieszczone już po tygodniu.
            Do szpitala przewieziono mnie i Yoongiego. Oboje byliśmy w stanie krytycznym. Odwodnienie i głód zaczęły wyniszczenie organizmu. Po blisko dziesięciu dniach śpiączki, wybudziłem się. Yoongi leży w sali obok. Nie ma żadnych prognoz, żeby miał się kiedykolwiek wybudzić.
            Ciało Seokjina było tak zmasakrowane, że można było je potwierdzić dopiero przez badanie DNA. Nadal szukają jakichkolwiek śladów Namjoona. Jimin i Jungkook zostali już pochowani – wypuszczono mnie na pogrzeby. Ciało Taehyunga znajduje się jeszcze chyba w kostnicy. Nie mam pewności, rodzina odmawia udzielenia informacji.
            Zostałem sam. Jedyny ocalały. Szczęśliwiec, przeklęty. Zastanawiałem się, czemu mnie to nie boli. Czemu nic nie czuję. Czemu wszystko mi jest zupełnie obojętne. Czy cieszyłem się, że się wydostałem? Bardzo, nie widać? Przecież śmiałem się. Przecież na testach psychologicznych podobno nie ma większych zagrożeń. Czemu więc jestem pusty? Jakby ktoś wyrwał mi serce i zostawił mózg do suchych kalkulacji. Ale po co mi mózg, skoro nie podejmuję żadnych działań?
***
            Po roku, dokładnie w dzień pogrzebu Yoongiego, wróciło też serce. Wróciło z rozmachem. Uderzyło nagle, jakby piorun. Rozbiło się na milion kawałeczków po całych żebrach i posklejało natychmiastowo, wybuchając nagłym, przyspieszonym rytmem. Zaparło dech i wycisnęło łzy z oczu. Rozedrgało dłonie i zatkało krtań.
***
            Było już późno. W pośpiechu wsiadałem do samochodu. Musiałem już jechać na spotkanie. Odkąd napisałem książkę, stałem się nawet popularniejszy niż jako raper. Bestseller. Hasła „wzruszające i przerażające!”, „jedyna prawda!”, „poruszające” gościły prawie na każdym billboardzie.
Nie taki był mój cel. Chciałem, żeby cała Korea dowiedziała się, jak zginęli moi najlepsi przyjaciele.
Zadzwonił telefon. Odebrałem, odpalając silnik.
- Panie Jung, media już czekają – odezwał się miły, ale ponaglający głos asystentki.
- Tak, tak, już jadę – rozłączyłem się.
Szybko wyjechałem ze strzeżonego parkingu. Ulice były puste. Wszyscy siedzieli w domach i czekali na transmisję wywiadu ze mną. A ja dopiero jechałem. Docisnąłem gazu. Nie mogłem się spóźnić.
***
- Z przykrością musimy powiadomić państwa, że wielokrotnie nagradzany, młody autor książki „Powrót”, Jung Hoseok, zginął dzisiejszego wieczora w wypadku samochodowym. Artysta, wcześniejszy członek popularnego zespołu Bangtan Boys, tak brutalnie zamordowanego ponad rok temu, wpadł w poślizg i uderzył w ciężarówkę przewożącą materiały łatwopalne. Jechał na spotkanie z mediami. Jego ciało zostało odnalezione. Oparzenia wynosiły ponad 86% ciała. Mężczyzna nie miał szansy przeżyć. Z miejsca wypadku, Kim Jeorin.


5 komentarzy :

  1. To opowiadanie... zniszczyło mnie doszczętnie, chwilę mi zajmie pozbieranie się... pomimo, że to "tylko" opowiadanie... tak ciężko jest mi znaleźć słowa. Po pierwsze, dziękuję za kontynuację. Ale poza tym... jak czułaś się, pisząc to? Skoro ja od czytania kiszę w sobie łzy, to co siedziało w Twojej głowie?
    Przerażające. Przerażające i cudowne. Nie czytałam czegoś takiego... nigdy. Nie kłamię, mam teraz w głowie chaos. Już na samym początku, kiedy umarł Jin... wyobrażenie sobie jego krzyku to najokropniejsza rzecz na świecie. A wycie spalonego Namjoona... to brzmi okropnie w mojej głowie. Nie umiem się pozbierać.
    Mam tylko dwa pytania, możliwe, że przez późną godzinę coś przeoczyłam. Jakim cudem (?) Kook znalazł się w tym dziwnym pokoju i co się tam właściwie stało, oraz co Tae zrobił w nogę.
    Dziękuję za dokończenie tego, chociaż umiejscawianie sobie tych sytuacji w głowie było traumatyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będąc z tym opowiadaniem już ponad rok, zdążyłam się przyzwyczaić do okropieństwo tego, co piszę. To źle brzmi, ale naprawdę, jak myślisz o czymś tak długo, to emocje na ten temat zaczynają po prostu uciekać. Na początku jednak czułam, że coś musi być ze mną nie tak, że piszę takie opowiadania. Potem pisałam dalej i tak jak wspominałam, oddała łam się emocjonalnie od fabuły. Czasem jednak mam takie uderzenie "jak ja mogłam coś tak bolesnego napisać?". Musisz wiedzieć, że autor czasami przeżywa wszystko zanim to napisze. Pomysł rodzi się w głowie i tam ewoluuje, zanim zostanie spisany.

      Nie wiem, może nie do końca jasno wyjaśniłam, ale wszyscy byli w tym pokoju, żeby odpocząć. Uznali to za bezpieczne miejsce. Kook miła wyjść ostatni, kiedy nagle zatrzasnęły się mosiężne drzwi. One też poszerzyły ranę Tae nodze. Zahaczyły o nogę i pociągnęły skórę.

      Dziękuję bardzo za komentarz.

      Usuń
    2. Rozumiem... chociaż z jednej strony nie do końca, bo moje fanfiction zawsze ociekają miodem i tęczą ;-; napisanie tak mrocznego ficka z jednej strony nie mogło być łatwe, racja?
      Przy okazji, nie przeglądałam jeszcze całego bloga, choć mam go gdzieś tam w kolejce. Napisałaś jeszcze inne ficki o podobnej tematyce? Twój styl jest ogólnie genialny, więc chętnie zobaczę wszystko

      Usuń
    3. Nie umiem pisać takich ociekających toczą i miodem i słodkością. Lubię przedstawiać świat brutalny, tak z którym mam styczność. Z takim słodkim niestety nie mam.
      Czy ja wiem. Na pewno podobny klimat, to znajdziesz w mnóstwie moich ff. Ale tematyka... chyba niezbyt. Jeżeli będzie odpowiednia chęć, to mogłabym napisać coś takiego. Chociaż aktualnie mam trochę inny pomysł.

      Usuń
  2. Nie wiem czy to kwestia tego, że to yoonseok, tego, że ta historia jest tak cudowna, czy tego, że kocham Twój styl pisania.
    Płakałam bardzo (w sumie nadal to robię)
    Wszystkie te yoonseokowe sceny są takie kochane i słodkie. I to, gdy Yoongi mówi, że chce z Hobim resztę życia spędzić, boże. Rozpływałam się.
    Przewidywałam, że wszyscy zginą w dość brutalny sposób, jednak nadal to było dla mnie za wiele.
    Cudowne opisy, mega łatwo było to sobie wszystko wyobrazić. To jak Suga przeżywał przyszłość Kookiego i Tae jest takie aww. Potem oni giną, a ja płaczę (mimo, iż normalnie nienawidzę Kooka)
    Zbyt długo przeżywałam pierwszy rozdział: krzyki Jina i Namjoona to coś okropnego, dlatego ulżyło mi, że tutaj opisy śmierci nie były aż tak dokładne, ale nadal strasznie brutalne.
    Chciałabym, że Yoongi też przeżył (w końu ub) i stworzył cos z Hoseokiem, ale to było tak bardzo niemożliwe, że ech.
    Tak mnie coś w przełyku i żołądku ściska, zbyt się chyba wczułam.
    Jesteś świetna, a to ff to wygryw i często będę do jie wracała. Fabuła świetna, ale też ogólnie całość: zabiły mnie.
    Dziękuję bardzo za tak świetne opowiadanie i za wzbudzenie we mnie tak ogromnych pokładów uczuć.
    Ściskam i życzę weny♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń