niedziela, 22 września 2013

Uroczy kelner, likantropia, kilogramy apapu i litry americano, czyli miłość wg. Kim Himchana.

Dzień dobry! Jak tam się miewacie?
Znowu zapewne myślicie „Tak ostrzegała, że zamknie bloga, a wraca po dwóch tygodniach”. No cóż, jestem uzależniona od pisania, i nic na to nie poradzę. Dziękuję pewnej osobie, która ciągle namawiała mnie, żebym pisała. Zapewne dzięki niej będziecie mogli przeczytać poniższa notkę. I chce jeszcze jej powiedzieć, żeby nie popełniała moich błędów. Ale i tak zawsze będę z nią.
Ah, jeszcze co do GazettE. Nie jestem pewna, czy będę pisac jeszcze ficki z tego zespołu, zmęczyłam się nimi. Postaram się dokończyć Lęk, ale potem nie spodziewajcie się niczego innego.
A teraz zapraszam do lektury i proszę was o komentarze, chociażby jedno zdanie.



Zespół: B.A.P
Paring: Himup
Uwagi: lalalalala, żadne, chyba że komuś robi się niedobrze od zbytniej słodkości.

Enjoy!
                                                                    ***
           Zaniosłem ostatnie pudło z rzeczami do nieumeblowanego jeszcze salonu. Zlustrowałem pokój dokładnie. Był mały, przytulny, ale całkiem dobrze naświetlony, co było tylko jego atutem. Pod jasnobeżową ścianą stał mur zbudowany z pudeł, w których znajdowały się obecnie wszystkie moje meble. Czekało mnie skręcanie tego wszystkiego...
Tak, przeprowadziłem się dokładnie dzisiaj do malutkiego domku na obrzeżach Seulu. Miałem dość życia w mieszkaniu (całkiem nieźle urządzonym, jak na mój gust) w wielopiętrowcu, niedaleko centrum. Wiem, że to może się wydać dziwne, wszyscy chcą mieszkać w stolicy, a tym bardziej w centrum, a ja się dobrowolnie wyprowadzam na peryferia. No, tym ludziom, którzy nigdy nie mają na nic czasu, bo pracują, bardziej niż mnie zapewne przyda się fast food przy klatce schodowej. Gdyż otóż, ja pracowałem w domu. Byłem redaktorem w młodym, dopiero wschodzącym, wydawnictwie. Mi ten wieczny szum samochodów i nigdy nie gasnące światło latarni za oknem przeszkadzało. Nie mogłem pracować w takich warunkach, a wiadomo, jeść trzeba.
Dlatego też chwyciłem za instrukcję montowania pierwszego lepszego mebla. Sofa. O, to się może przydać...
          Po paru godzinach miałem jasny obraz tego, że złota rączka to ze mnie żaden. Z trudnością jakoś umeblowałem sobie salon. Stwierdziłem, że na tym pozostanę, bo nie mam sił, żeby brać się za skręcanie łózka w sypialni. Rzuciłem jakiś koc na sofę. Poszedłem się umyć. Łazienkę dostałem już z wyposażeniem, więc nie musiałem się przejmować. To samo było z kuchnią. Trzeba było kupić tylko jakieś naczynia i sztućce, ogółem zapełnić ten pusty domek.
Z przykrością stwierdziłem, że nie mam jeszcze ciepłej wody w kranie, dlatego również mój prysznic nie należał do najdłuższych. Przebrałem się w najgrubszy dres jaki tylko znalazłem i od razu położyłem się spać na kanapie. Ciężko jest się przeprowadzać w pojedynkę.
                                                                   ***
          Obudziło mnie intensywne pukanie w drzwi wejściowe. Spojrzałem na telefon, który wskazywał 10:35. To mi się pospało. Na szczęście nie mogłem się nigdzie spóźnić, gdyż redakcją książki mogłem się zająć na miejscu. Ponad to, poprosiłem szefową, żeby mi odpuściła parę dni z terminu, bo się przeprowadzam.
Wstałem, przeciągając zastałe mięśnie. Poczułem jak kolana mi strzelają. Stanowczo muszę dzisiaj zmontować łóżko, bo nie wytrzymam następnej nocy. Podszedłem do drzwi, do których nadal się ktoś dobijał. Kto to mógł być? Przecież nikt mnie tu jeszcze nie zna, a ja nikogo nie zapraszałem. Nie zastanawiając się jednakże, otworzyłem drzwi. Przed oczami ukazał mi się mężczyzna, na oko w moim wieku, może nieco starszy. Uśmiechał się szeroko, a jego ciemne oczy błyszczały wesoło. Na głowie miał czapkę, która częściowo zakrywała jego jasno brązowe włosy. Zapewne farbowane, już ja się na tym znałem.
- Emm... Dzień dobry?- powiedział przeraźliwe niskim głosem. Otworzyłem szerzej oczy. Można osiągnąć aż tak niski głos zwyczajnie mówiąc?- Nazywam się Bang Yongguk, mieszkam dom dalej.
Chłopak podał prawą dłoń, a lewą trzymał w kieszeni dżinsów.
- Kim Himchan, miło mi.- uśmiechnąłem się delikatnie, kłaniając się delikatnie głową.
- Mamy tutaj na osiedlu taki zwyczaj, że zawsze jak ktoś nowy się wprowadza, to najbliżsi sąsiedzi przychodzą się przywitać.- Yongguk wskazał okrężnym ruchem palca najbliżej znajdujące się nas domy.- ale z tego co widzę, wszyscy są w pracy. Może potem przyjdą.
- Ty nie chodzisz do pracy?- zapytałem nie myśląc jeszcze zbyt trzeźwo po obudzeniu.
- Dzisiaj mam wolne.- chłopak zaśmiał się serdecznie. - No cóż, chciałem się tylko przywitać, i powiedzieć, że jakbyś czegoś, czegokolwiek potrzebował, to mieszkam dziesięć metrów dalej. Miło było cię poznać, Himchan.
- Ze wzajemnością.-ukłoniłem się, a chłopak potruchtał do swojego domu.
Zamknąłem drzwi. Miło z jego strony, naprawdę. Coraz bardziej zaczynało mi się tutaj podobać. Wszedłem w głąb mieszkania, a dokładniej do kuchni. W odruchu sięgnąłem do szafki w poszukiwaniu kawy, której oczywiście nie znalazłem. Pacnąłem się w twarz otwartą dłonią, chwaląc się za swoją głupotę. Jak ja mam pracować, jak ja kawy nie mam?!
Wyjąłem z torby laptopa i włączyłem go. Wszedłem na pocztę, ale tam czekał na mnie tylko spam z reklamami nowych kosmetyków, ewentualnie ubezpieczenia na życie.
Stwierdziłem, że nie mam nic do roboty, bo nie chciało mi się zabierać ani za ponowne skręcanie mebli, ani z poprawianie tego durnego tekstu. Naprawdę nie wiem, kto wymyśla taką fabułę dla książki. Nie dość, że fabuła jest taka sobie, to jeszcze sam gatunek powinien odstraszyć. Dramat obyczajowy, no pewnie!
Zamknąłem laptopa i z powrotem zapakowałem go do futerału. Przebrałem się w czarne spodnie i jakiś szary t-shirt, na który zarzuciłem dżinsową kurtkę. Zabrałem torbę z komputerem i wyszedłem z domu, uprzednio zamykając go dokładnie. Postanowiłem, że poszukam tu jakieś kawiarni, a przy okazji może i sklepu spożywczego. Szedłem chodnikiem wzdłuż linii domów, żaden nie wyróżniał się zbytnio, były do siebie podobne. Utrzymane w podobnym stylu. Skręciłem w jakąś większą ulicę, co doprowadziło mnie do parku. Ku mojej uciesze, znalazłem tam również małą kawiarenkę utrzymaną w starym stylu. Gdy wszedłem do niej, nad głową zabrzęczał mi cichutko dzwoneczek.
- Witamy w naszej kawiarni!- jakaś wesoła blondynka powitała mnie uśmiechem. W kawiarni na szczęście było w miarę pusto. Siedziało tu kilka osób, z czego większość to starsi ludzie. Usiadłem przy stoliku pod ścianą. Wyjąłem ponownie laptopa, i czekając na to aż się włączy, spojrzałem w menu. Mieli mrożoną americano, jak dobrze.
- Co panu podać?- z góry dobiegł mnie cichy, ciepły i spokojny męski głos. Podniosłem głowę, spoglądając w oczy kelnerowi. Czarne jak świeżo zaparzona kawa.
- Mrożoną americano. Dużą. Litrową najlepiej.- chłopaczek zapisał na karteczce zamówienie.
- Coś jeszcze?
Przyjrzałem się dokładniej menu. Zainteresowała mnie jedna z pozycji w dziale z ciastami.
- I „moon cake”.- dodałem. Keler zaśmiał się cicho, po czym odszedł na zaplecze pospiesznie.
Zastanawiałem się, o co mogło też mu chodzić, gdy moja uwagę przykuł ekran laptopa. Wyświetliła mi się informacja: Hyoseung napisał(a) do ciebie!
Otworzyłem okienko zaskoczony, że współpracowniczka napisała do mnie, chociaż powinna właśnie siedzieć w papierkowych sprawach naszego wydawnictwa.

Hyoseung: Jak tam po przeprowadzce? Ładna okolica chociaż?

Napisałem odpowiedź zgrabnym ruchem. Otworzyłem dokument zawierający tekst, który właśnie sprawdzałem. Ble.

Ja: Nawet bardzo ładna, szczególnie kawiarenka, w której obecnie siedzę.
Hyoseung: To w domu internetu nie masz, że musisz łazić po osiedlu w poszukiwaniu wifi?

Zaśmiałem się pod nosem.

Ja: Internet mam, owszem. Ale kawy nie.
Hyoseung: To zmienia nam postać rzeczy... Ty przecież bez kawy nie napiszesz ani słówka.
Ja: No wreszcie ktoś mnie tutaj rozumie!
Hyoseung: kkkkk. Jak ci idzie z tą książka?

Westchnąłem przeciągle, rzucając okiem na dwie ostatnie linijki sprawdzonego ostatnio tekstu.
Skopiowałem je.

Ja: „(...) Nie wiedziałam co mam zrobić. Nie mogłam uwierzyć w to, że mój ukochany był wilkołakiem! Nie wyglądał na niego! Nie był nadmiernie owłosiony!(...)”. Rozumiesz mój ból?
Hyoseung: …
Ja: Dziękuję, naprawdę. Przecież to nie ja to piszę, ja tylko sprawdzam gramatykę i literówki. No i ogólny sens książki. Ale obawiam się, że ten ostatni warunek akurat nie został spełniony...
Hyoseung: Czasem cieszę się, że jestem tylko asystentką i siedzę w papierkach, to serio łatwiejsze. Właśnie, szefowa idzie. Muszę zmykać! Annyeong!
Użytkownik Hyoseung jest offline.
Zamknąłem przeglądarkę dokładnie w tym samym momencie, gdy ku mnie zbliżył się kelner niosąc moje zamówienie. Postawił przede mną ogromny przeźroczysty kubek kawy, a obok bardziej lub mniej zidentyfikowany obiekt, który podobno był ciastem.
Przyjrzałem się dokładniej twarzy chłopaka, gdy pochylał się nad moim stolikiem, ustawiając na nim zamówienie. Miał czarne oczy, co już wcześniej wspominałem, lekko opaloną cerę i miły wyraz twarzy, z której nie schodził uśmiech. Po lewej stronie grzbietu nosa miał delikatny pieprzyk. Brązowe, przygolone po bokach, za to przydługawe na czubku głowy, włosy opadały mu na oczy, skutecznie ograniczając pole widzenia. Był niewątpliwie przystojny. Wstał, a ja odwróciłem wzrok od jego twarzy, przenosząc go na plakietkę z jego imieniem. Warto zapamiętać.
- Dziękuję bardzo.- uśmiechnąłem się jednym z moich najbardziej czarujących uśmiechów. Podziałało, on również uśmiechnął się jeszcze szerzej. Podreptał do barku na środku kawiarni, a ja odprowadziłem do spojrzeniem. Gdy stanął przed blatem dopadły go jakieś koleżanki, które chichrając się głupkowato, spoglądały raz na mnie, raz na niego. Usłyszałem również jego śmiech, perlisty, powodujący, że po twoim ciele rozlewało się ciepło, a serce zaczynało bić mocniej.
Potrząsnąłem głową próbując się jakoś ogarnąć. Himchan, to że ty jesteś gejem, nie znaczy, że każdy mężczyzna, który cię zainteresuje, również nim jest. Westchnąłem, powracając do tej durnej książki.

(…) czy to możliwe, że był postacią z tych wszystkich durnych filmów fantasy, które tak maniakalnie oglądał mój ojciec i brat? Zastanawiałam się, czy pełnie księżyca wymykał się z domu i wył, tak jak to robili w ostatnim filmie, którego wyrywki widziałam. Czy również unikał srebra? Czy w takim razie, wampiry też istniały? A jeśli tak, to w jakich byli stosunkach?

Nie mogłem powstrzymać wybuchu śmiechu, który natychmiastowo wstrząsnął moim ciałem, po przeczytaniu tych paru pytań retorycznych. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś naprawdę to napisał. Otarłem łzy śmiechu z policzków, uświadamiając sobie czyjeś spojrzenie na twarzy. Prawie odruchowo skierowałem wzrok na młodego kelnera. Wpatrywał się we mnie z powoli rosnącym uśmiechem. Nie byłem pewien, czy on kiedykolwiek przestawał się uśmiechać.
Nadal nie kontrolując mojego rozbawienia, chwyciłem mały widelczyk. Ukroiłem kawałek ciastopodobnego tworu. Przyjrzałem mu się dokładniej. Wyglądał jakby zwierał w sobie czekoladowe ciasto przełożone waniliowym, albo śmietankowym kremem. Na wierzchu można było ujrzeć lukier jogurtowy, nadający ciastku biały kolor. Ponadto w niektórych miejscach było widać wgniecenia, co przypominało kratery księżycowe. Włożyłem kawałek do ust. Zamknąłem oczy, jakbym czekał na uderzenie jakiegoś nieprzyjemnego smaku, co, o dziwno, nie nastąpiło. Z przyjemnością pochłonąłem całe ciasto, które miałem na talerzu.
Wyjąłem z torby mały notatnik, w którym zawsze zapisywałem sobie uwagi dotyczące tekstu, który akurat tłumaczyłem. Zapisałem koślawym pismem krótką notatkę:

  1. Częściej kupować „moon cake”.
  2. Dowiedzieć się więcej o likantropii
  3. Dowiedzieć się od Banga, gdzie tu jest sklep.

Zamknąłem zeszyt i dopiłem kawę. Bateria w laptopie była na ostatnich oparach, więc nadszedł czas powrotu do domu i kontynuację pracy. Mój ulubiony kelner (bo tak postanowiłem go sobie nazywać) przyniósł rachunek. 2335 wonów. Mało jak za taką perfekcyjną americano i wyborne ciasto. Wyciągając portfel, spojrzałem na chłopaka. Patrzył się na spod lekko przymrużonych powiek. Dałem mu 5000 wonów.
- Reszty nie trzeba.- odpowiedziałem szybko. Gdy odchodził, rzuciłem jeszcze okiem na plakietkę na jego lewej piersi, na której zapisane było jego imię.
Szybkim ruchem dopisałem kolejny podpunkt do dzisiejszej notatki.

  1. JONGUP!
                                                 ***
           Po drodze do domu zapukałem do Banga. Musiałem się dowiedzieć gdzie tu jest jakikolwiek sklep, bo zacząłem robić się głodny.
Stanąłem przed drzwiami domu, w których zniknął mężczyzna dzisiaj rano. Zapukałem trzy razy. Nie musiałem długo czekać, jakiś wyrośnięty, srebrnowłosy dzieciak otworzył mi po parunastu sekundach. Zdziwiłem się na jego widok, spodziewałem się, że to jednak Yongguk mi otworzy.
- Ugh, pan zapewne do hyunga~- młodszy pokazał równiutkie ząbki.
- No tak, po części.-odpowiedziałem nieco zakłopotany.
- Gukkie-hyung! Masz gościa!- wydarł się chłopak. Miał bardzo intensywny głos, stworzony wręcz do pracy w przemyśle muzycznym.
Zniknął w głębi domu, zostawiając mnie na progu. Po chwili przyszedł Yongguk.
- No to w czym potrzebujesz mojej pomocy?- zapytał śmiejąc się. Zawtórowałem mu.
- Byłoby mi niezwykle miło, jakbyś pokazał mi, gdzie jest jakiś sklep.
- Tylko tyle?
- Dla ciebie może tylko, ale ja zaczynam głodować.
Chłopak zaśmiał się ponownie, i zaprowadził mnie do sklepu. Kupiłem to co uważałem za niezbędne do życia. Znaczy się, największe opakowanie kawy, jakie tylko znalazłem, mleko, parę jogurtów naturalnych, chleb i ser żółty. I zgrzewkę napojów energetycznych, gdyż najlepiej pracowało mi się w nocy, a na złość, organizm chciał wtedy spać. Niedoczekanie jego!
Bang pomógł mi zanieść zakupy do domu.
- Nie uważasz, że trzeba zmontować jakieś meble prócz kanapy? - wskazał podbródkiem na kartony stojące pod ścianą.
- Eh... Trzeba byłoby...-podrapałem się po głowie.- Tylko, jak się jest samemu, to składanie tych śmieci trwa wieki.
- To czego mnie o pomoc nie prosisz?- Yongguk pokiwał głową. Zabrał się za rozpakowywanie kartonu. Los chciał, że trafiliśmy na łóżko.
Z Bangiem składanie tego wszystkiego szło znacznie szybciej. Przy okazji, dużo rozmawialiśmy. Dowiedziałem się, że ten chłopak, który otworzył mi drzwi nazywa się Junhong. Oficjalnie, Yongguk jest jego dalekim krewnym, a Junhong mieszka z nim dlatego, że w Seulu jest lepszy poziom edukacji, niż tam, gdzie wcześniej młodszy mieszkał. Ale ja domyślałem się, że powodem ich wspólnego mieszkania niekoniecznie musi być edukacja Zelo, bo tak mówiono na młodego. Może to takie moje małe zboczenie, ale tak coś przewidywałem.
W odwecie opowiedziałem Yonggukowi o mojej pracy w wydawnictwie. O tym, że firma się dopiero rozwija i potrzebuje jeszcze dużo czasu i wysiłku do osiągnięcia zaplanowanego poziomu. Powiedziałem, również o tym, że redaguję obecnie beznadziejną książkę o wilkołakach. Dziwnym trafem, skomentował to tylko gromkim śmiechem.
Z jego pomocą, skończyliśmy składać wszystko do wieczora. Bang opuścił mój dom zaraz po tym jak skończyliśmy, bo podobno obiecał Zelo, że postara się wrócić jak najszybciej.
Tak więc, nie mając nic innego do roboty, zaparzyłem kawę i poszedłem pracować.
                                                                  ***
              Przewróciłem się na lewy bok, nakrywając głowę kołdrą. Nie chciałem wstawać, oj nie. Wczoraj zabalowałem z tekstem do trzeciej nad ranem, co teraz dało się boleśnie we znaki w okolicy moich skroni. Nie chciałem wstawać, ale był jeden powód, dla którego wlokłem się właśnie do łazienki. Uroczy kelner małej kawiarenki niedaleko parku, Jongup. Samo wspomnienie jego imienia wywoływało u mnie uśmiech. Tak więc, umyłem się, ubrałem i wyszedłem z domu, kierując kroki w stronę przytulnego miejsca pracy chłopaka.
Wszedłem, znowu słysząc dzwoneczek nad głową. Udałem się do tego samego stolika co wczoraj. Usiadłem tak, by móc cały czas patrzyć na barek, przy którym nieustannie kręcili się kelnerzy i kelnerki. Jedna z nich zauważyła mnie i chciała podejść, ale uprzedził ją Jongup, wyrywając jej z rąk notatnik i długopis. Podszedł do mnie szybkim krokiem.
- Dzień dobry~-usłyszałem jego piękny głos. Mógłbym go słuchać wieki.- Mogę zebrać zamówienie?
- Mrożona americano i „moon cake”.-powiedziałem, nie otwierając nawet menu. Chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Litrowa? -zapytał spoglądając mi w w oczy. Kiwnąłem potwierdzająco głową.
To było naprawdę słodkie, że zapamiętał, że wczoraj zamówiłem litr kawy. Zapewne mają dużo klientów, więc poczułem się wyróżniony.
Obserwowałem dokładnie każdy jego ruch przy barze. To jak wsypywał ziarna kawy do ekspresu. Również, gdy sięgał po szklankę. Uśmiechnąłem się, gdy wyjął z małej lodówki dwa kawałki księżycowego ciasta. Położył je obok siebie i przez parę dobrych minut zastanawiał się, który jest większy. Najbardziej rozśmieszające i rozbrajające zarazem, było jego wielkie skupienie na twarzy. W końcu wybrał ten po prawej, a drugi schował do lodówki. Kawę ktoś przygotował za niego, akurat w tym samym czasie, gdy on wybierał, który kawałek ciasta mi dać. Zebrał to wszystko na tacę i przyniósł do mojego stolika. Położył talerzyk i szklankę na drewnianym stoliku.
- Jesteś Jongup, prawda? - zapytałem, gdy tamten miał już odchodzić.
- Skąd pan wie?- zdziwił się. Popukałem palcem w metalową przypinkę na jego lewej piersi.- Ugh, no tak, jaki ja jestem głupi.
- No nie głupi od razu... Po prostu zamyślony.- zaśmiałem się cicho.- Nie mów do mnie per pan, nie postarzaj mnie.
- To jak mam mówić?
- Himchan~
Wstałem, by podać mu rękę. Na siedząco to tak nie ładnie. Okazało się, że jestem od niego o pół głowy wyższy. Uścisnęliśmy dłonie. Miał delikatną skórę. Cały czas patrzył się w moje oczy, a ja w jego. Wydawało mi się, że mógłbym zatonąć w jego czarnych tęczówkach. W końcu odchrząknął porozumiewawczo, więc z powrotem usiadłem, a on wrócił do obowiązków pracownika.
Zabrałem się za jedzenie tego nieziemskiego ciastka. Usiadłem wygodniej na krzesełku, wciąż obserwując Jongupa. Przemykał między stolikami zgrabnie, niczym tancerz na scenie. Poruszał się z dziwną gracją, jakby faktycznie tańczył, a nie roznosił zamówienia. Zauważyłem się, że uśmiech nie znikał z jego ust, nawet pomimo tego, że był spory ruch w kawiarni, przez co miał dużo roboty i bieganiny. Czasem spoglądał na mnie, ale odwracał wzrok za każdym razem, gdy zauważył, że się w niego wpatruję.
W końcu udało mu się iść na przerwę. Odwiązał fartuch, który spoczywał na jego udach i rozpiął pierwszy guzik białej koszuli, która miło opinała się na jego mięśniach ramion. Podszedł do mojego stolika.
- Mogę się dosiąść na czas przerwy? - zapytał nieśmiało.
- Pewnie!- podszedłem do tej propozycji aż nazbyt optymistycznie.
- Tak więc, Himchan-hyung...- Jongup wziął w ręce chusteczkę, i zaczął się nią bawić, zginając ją we wszystkie możliwe strony.- Niedawno się wprowadziłeś, prawda?
- Em... tak. Całkiem niedaleko stąd.
- Ha!- chłopak wydał z siebie okrzyk triumfu.- Wiedziałem. Nigdy wcześniej cię tutaj nie widziałem, a pracuje w tej kawiarence od dwóch lat. Pamiętam prawie każdego stałego klienta, mam pamięć wzrokową.
- Ugh miło mi. Zapamiętałeś nawet moje wczorajsze zamówienie.
- A to dlatego, że było dość nietypowe.- Jongup zaśmiał się głośno.- Nikt jeszcze nie zamówił u nas litra kawy. I w dodatku „moon cake”.
-Ehhh? Nie rozumiem, co takiego jest nie tak w tej nazwie...- ściągnąłem brwi, sygnalizując tym samym, że mam zamiar myśleć.
- Ty hyung może nie, ale ja tak.- młodszy wstał, po czy dodał kłaniając się: Nazywam się Moon Jongup.
- Już rozumiem!- zakryłem dłonią usta, żeby powstrzymać śmiech.
- Pewnego dnia kierownik przyniósł nam nowy produkt do sprzedaży, którym właśnie było to ciasto, ale nikt nie miał pomysłu na nazwę dla niego.- kelner ponownie usiadł i rozglądał się po pomieszczeniu kawiarni.- Ciasto nie wyglądało jakoś zachęcająco, ani nadzwyczajnie. Mi, niestety, przypadło odebranie go cukierni. Po drodze się trochę poobijało i stworzyły się w nim takie fajne wgniecenia. Dlatego nazwali to ciastko księżycowym, bo przypomina kratery na księżycu. No i, na cześć mojego nazwiska oczywiście!
Chłopak śmiał się sam z siebie. Nie mogłem oderwać wzroku od jego przepięknych ciemnych oczu. Wiadomo, że czarne oczy są normą w Korei, ale w jego tęczówkach widziałem coś więcej. Jakieś miłe ciepło i dobroć, których nie zauważyłem wcześniej u żadnego człowieka.
- Hyung?- Jongup potrząsnął moją ręką. Zagapiłem się.- Mogę cię o coś spytać?
- No pewnie.- przytaknąłem.
- Przychodzisz tutaj...w jakimś konkretnym celu?- chłopak spytał nieśmiało. Unikał kontaktu wzrokowego.
- Sam nie wiem...- odpowiedziałem żartobliwym tonem.- To wszystko zależy od pewnego czynnika. Ponadto, robicie wspaniałą kawę.
Młodszy spuścił wzrok, jakby zawiedziony moją odpowiedzią. Tego się nie spodziewałem. Ale po chwili na jego ustach zawitał uśmiech. Ale nawet ja umiałem powiedzieć, że był on niezwykle wymuszony.
- Wybacz, Himchan-hyung. Przerwa mi się kończy.- chłopak wstał, i odszedł. Zaraz potem uśmiech spełzł z jego twarzy, i stał się naburmuszony i może trochę przygnębiony. Zajął się pracą i w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Zostawiłem na stoliku 5000 wonów, tak jak poprzednio, i wyszedłem z kawiarni, nie żegnając się młodszym. Najwyraźniej, nie zauważył nawet kiedy poszedłem.
Wróciłem do domu i ponownie zanurzyłem się w znienawidzonej lekturze. Jednak zanim włączył się laptop, poprawiłem notatkę z wczorajszego dnia.

  1. Częściej kupować „moon cake”
  2. Dowiedzieć się więcej o likantropii
  3. Dowiedzieć się od Banga, gdzie tu jest sklep.
  4. JONGUP Moon Jongup

                                                                    ***
           Budząc się rano, stwierdziłem, że tym razem z łóżka nie wyciągnie mnie nawet uśmiech Jongupa. Czułem się przeraźliwie, jak na kacu, chociaż ja tylko przeczytałem parędziesiąt stron jakiegoś marnego dramatu. Za jakie grzechy dostałem właśnie tę lekturę do zredagowania? No co ja takiego zrobiłem? Jestem gejem, o to chodzi? Wybaczcie, że się taki urodziłem.
A no właśnie... Owa orientacja czasem utrudniała mi życie. Szczególnie, gdy na przykład zakochałem się w homofobie. To było naprawdę nieprzyjemne doświadczenie. Bałem się, że coś takiego może się powtórzyć z Jongupem. Kiedy wyznam... czekaj, co? Znam go dwa dni, nie mam co wyznawać. Nie jestem napaloną gimnazjalistką, która swoją największa miłość stwierdza po tygodniu znajomości z obiektem westchnień. Może nią nie jestem, ale dokładnie się tak czuję.
           Rzuciłem poduszką w zegarek, który zaczął pikać, ze względu na południe. Nie obchodziła mnie godzina, ja mógłbym cały dzień przeleżeć. Czułem się wyjątkowo beznadziejnie, co było u mnie rzadkością.
Chociaż... Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to często byłem taki przybity. Może to dlatego, że od dawna mieszkam samotnie? Sam nie wiem.
Postanowiłem, że z łóżka wstanę dzisiaj tylko pod jakimś niezwykle ważnym pretekstem, typu jedzenie, albo wizyta w toalecie. Nic mi się zupełnie nie chciało. Czego nie mogłem powiedzieć o osobie, która właśnie dobijała się do moich biednych drzwi.
- Himchan-ssi? Jesteś tam?!- głos Yongguka dobiegł aż do mnie.
- Tak, jestem!- próbowałem krzyknąć na tyle głośno, żeby mężczyzna mnie usłyszał.- Drzwi są otwarte, możesz wejść!
Usłyszałem trzask klamki, a potem stukot butów o drewnianą podłogę. Bang najpierw sprawdził czy nie siedzę w salonie, potem kuchni.
- Sypialnia.-powiedziałem na tyle głośno, żeby usłyszał mnie w łazience, do której właśnie wchodził. Wszedł do mojego pokoju, nieco zaskoczony stanem, w którym się obecnie znajdowałem. Leżałem skulony na łóżku, gdyż, za przeproszeniem, napierdalała mnie głowa, a
tabletek żadnych nie miałem. Cały byłem jakiś taki... wypluty.
- Dobrze się czujesz?- zapytał zaniepokojony Bang, kucając przed łóżkiem.
- Nie.- odrzekłem.
- Pomóc ci jakoś...? No nie wiem, przynieść coś, czy kupić?
- Apap, Yongguk. Tylko apap.
- Robi się!- chłopak wyszedł, zostawiając mnie samego. Nie musiałem długo czekać, wrócił może po parunastu minutach z pudełeczkiem leku w ręce. Podał mi je, a ja wyjąłem z niego od razu dwie tabletki. Chwyciłem wodę stojącą na parapecie, i połknąłem lek. Położyłem się z powrotem i poprosiłem Yongguka, by zaczekał z rozmową do momentu, kiedy będę w stanie myśleć. Nie protestował. Zaparzył sobie herbatę i czekał w moim pokoju, czytając jedną ze zredagowanych przeze mnie książę leżących na półce koło łóżka.
Kiedy lek zaczął działać, usiadłem na materacu. A obiecywałem sobie, że nie będę wstawać...
- Chciałeś mi o czymś powiedzieć...? A tak przy okazji, wielkie dzięki, umarłbym bez ciebie.
- Eh, nie ma sprawy!- chłopak uśmiechnął się swoim szerokim uśmiechem.- Co, impreza jakaś była?
- Tak, ja i laptop. Całą noc.- odparłem z przekąsem.
- Człowieku, zdrowie sobie zniszczysz z tą pracą. Nie lepie przenieść się na coś bardziej... no nie wiem, regularnego?
- Po studiach humanistycznych? Nie ma szans, chyba że praca w McDonaldzie.
Zaśmialiśmy się wesoło.
- Tak więc, co chciałeś mi powiedzieć?- zagadnąłem po chwili.
- A właśnie.- Yongguk podrapał się po głowie.- Dzisiaj wieczorem jest festiwal, na którym młodzież z pobliskiej szkoły prezentuje swoje talenty. W sensie, nie tylko oni. Zelo bierze w tym udział, i prosił mnie, żebym przyszedł. Ale nie chce mi się siedzieć samemu, kiedy tamten będzie się przygotowywał do występu. Miałbyś ochotę pójść?
- Hm...- udałem, że się zamyślam.- Tak... jeśli kupisz mi więcej apapu.
- No dobra, przyjdę po ciebie przed festiwalem, bo ty tam sam nie trafisz zapewne.- Bang zaśmiał się gromkim śmiechem.
- Bardzo śmieszne, Yongguk!- odpowiedziałem rzucając w niego poduszką.- Idź już sobie, bo muszę zacząć się ogarniać!
- Tak, już idę, spokojnie.- mężczyzna wyszedł, nadal się śmiejąc.
Obiecałem Bangowi, więc musiałem się jakoś ogarnąć. Zacznijmy więc od zaparzenia kawy, i zakrycia worów po oczami.
                                                               ***
            Za dużo kolorów, za dużo ludzi, za dużo hałasu, za dużo wszystkiego. Miałem tego ciut dość. Siedziałem tu tylko i wyłącznie dlatego, że Bang mnie o to poprosił. Sam nigdy bym się nie wybrał do takiego miejsca. W uszach dźwięczała mi chwytliwa melodyjka z prostym bitem, rozlegająca się na całym terenie festiwalu. Zastanawiałem się, kiedy Zelo będzie miał występ, i czy uda mi się tutaj wysiedzieć przez ten cały czas. Yongguk na szczęście kupił mi jakiś antybiotykowo-nie-wiadomo-co, więc nie czułem się aż tak źle jak wcześniej.
Teraz niestety to ja musiałem siedzieć sam, gdyż okazało się, że dzieciak, który miał wstępować z Junhongiem, nagle się rozchorował, a biedny chłopak nie miał co zrobić. Tak więc, Bang zaoferował się do pomocy. Sam dokładnie nie wiedziałem co przygotowali, dlatego czekałem tutaj, aby zobaczyć efekt ich pracy. Siedziałem na ławce naprzeciw małej sceny, której reflektory biły mnie po oczach. Niech oni już, do cholery jasnej, wystąpią!
Jak na zawołanie, właśnie pokazali się na scenie. Puszczono muzykę i rozległy się pierwsze słowa rapu Zelo. A nie mówiłem, że chłopak stworzony jest do branży muzycznej? Ja to mam nos do talentów. A dokładnie to samo tyczy się Yongguka. Nie miałem pojęcia, że on tak dobrze rapuje.
Do what you like, like what you do. Czy to było do mnie?
Piosenka podobała mi się, wpadała w ucho i w odróżnieniu od pozostałych, nie wwiercała się w mózg swoją głupotą. Szczerze mówiąc, byłem z nich dumny. Gdy muzyka ucichła, jako pierwszy zacząłem klaskać, pobudzając tym innych. Dostali nawet owacje na stojąco.
Zziajani po występie, podbiegli do mnie. Na twarzy Junhonga malował się zachwyt, pomieszany z bezgraniczną euforią.
- Jak było hyung?! Jak, jak, jak?!- młody napadł mnie od razu. - powiedz, prooooszę, proszę, pliiiiis!
- Ne, Yongguk- trąciłem ramię starszego chłopaka, w duecie, który postanowiłem nazwać Banglo.- Co ty mu dałeś przed występem?
- Ja nic, ale być może sam sobie wziął.- zaśmiał się.
- Hyung, nooo.- Zelo uwiesił mi się na ręce.- Powiedz!
- Było bardzo dobrze.- powiedziałem uśmiechając się szeroko.- Wy, tak wy. Skrywaliście przede mną talenty. Tak się nie godzi! Jam jest łowca talentów!
Oboje wybuchli śmiechem. Tak właściwie, było już po ich występie... Mogłem już wrócić do domu.
Mógłbym, ale usłyszałem pewien stary kawałek, którego słuchałem lata temu. Swego czasu, uwielbiałem go. Koordynator festiwalu zapowiedział właśnie jakąś grupę taneczną. Usiadłem z powrotem na ławeczce. Szczerze, byłem ciekawy jak zatańczą do Teach me how to dougie. Na same bity chciało mi się tańczyć, ale nie byłem zbytnio utalentowany w tym kierunku, więc wolałem pooglądać innych. Banglo przyłączyło się do mnie.
Na scenie pokazało się sześciu chłopaków, mniej więcej podobnego wzrostu. Mieli na sobie czarne bluzy z kapturami i maski na twarzach. Naprawdę bardzo dobrze się ruszali. Jeden szczególnie. Ten w zielonej masce. Tańczył najładniej z nich wszystkich, zwracał na siebie uwagę i dodatkowo doskonale to wiedział. I wykorzystywał. Popisywał się umiejętnościami. Miał podobny styl do tych ludzi, którzy tańczą na ulicy. Świetnie to wyglądało. Chłopak bez żadnego problemu zrobił salto. Był świetny. Ale niestety, piosenka się skończyła. Zespół skończył tańczyć i ukłonił się. Wtedy zza kaptura chłopaka, który tak cudownie tańczył ukazały się jasnobrązowe, przygolone po bokach włosy. Miałem uporczywe wrażenie, że doskonale je skądś znam. Nie mogłem dopatrzeć się twarzy chłopaka, byłem za daleko, a mój wzrok nie był jakiś wybitny. Jednak, męczyło mnie uczucie, że doskonale znam tą osobę.

                                                               ***
           Stałem w przedługaśnej kolejce do kawiarni. No tak, był weekend, dokładniej niedziela, ludzie powyłazili z nor. Ale czemu musieli poprzyłazić do MOJEJ kawiarenki? Innych na tym osiedlu nie ma, czy co? Nie było wolnych miejsc, więc zostałem zmuszony do wzięcia kawy na wynos.
Mimo, że kolejka była długa, szła w miarę szybko. Stanąłem przed kasjerką. Rozglądnąłem się podejrzliwie. Co to, nie ma Jongupa?
- Dzień dobry! Wybrał pan już zamówienie?- sprzedawczyni uśmiechnęła się przesadliwie słodko. Automatycznie włączył się u mnie odruch wymiotny, ale postanowiłem się jakoś powstrzymać.
- Tak, poproszę cappucino. Na wynos.
- Proszę chwilkę poczekać.
- Przepraszam...- zaczepiłem ją, zanim odeszła, by wykonać zamówienie.- Jongupa nie ma?
Zaśmiała się cicho, zakrywając dłonią usta.
- Nie, w weekendy ma zawsze wolne.
- Ah... Dziękuję.- postanowiłem, że obdarzę ją jednym z moich olśniewających uśmiechów, tak za fatygę.
Zrobiła kawę i podała mi ją, razem z rachunkiem. Na jego odwrocie zapisała swój numer. Ugh, serio?
Wyszedłem pośpiesznie z kawiarni. Byłem nieco dobity, nie widziałem Jongupa już ponad dwa dni. Niby nic wielkiego, 48 godzin. Potrafiłem przeżyć bez niego 23 lata, a nie umiem dwóch dni. Co się dzieje z tym światem...
Poszedłem okrężną drogą, nie chciało mi się jeszcze wracać do domu. Robiło się późno i zaczęło zachodzić słońce. Wyglądało wyjątkowo ładnie, jako tło dla tych małych, jasnych domków, które pod wpływem zachodu zmieniły kolor na pomarańczowy.
Byłem w połowie drogi, kiedy usłyszałem głośną muzykę dochodzącą zza zakrętu. Oczywiście, poszedłem w jej kierunku, bo nie byłbym sobą gdybym tego nie zrobił. Okazało się, że na ulicy tańczyła grupa chłopaków, w około której zebrał się nie mały tłum gapiów. Bez głębszego zastanowienia dołączyłem do nich. Z tego co zauważyłem, ludzie naprawdę lubią tu tańczyć. Wmieszałem się w tłum, i zgrabnie przedarłem się na sam początek widowni, by mieć najlepszy możliwy widok. Była to ta sama grupa, która tańczyła wczoraj na festiwalu. Oczy mi się zaświeciły. Miałem nadzieję, że znowu zobaczę tamtego chłopaka i odkryję kim jest, i czy faktycznie go znam. Moje życzenia cudem zostały spełnione. Ten chłopak był naprawdę niesamowity. Stanął na jednej ręce, trzymając nogi w idealnym pionie. Ruszał się zgodnie z każdym rytmu. Podobało mi się to, jak się ruszał. Ta, w pewnym sensie, gracja każdego ruchu, który wykonywał. Biło od niego street dance'm. Piosenka się skończyła. Nie poszedł się nawet napić, tylko zaczął tańczyć solo. Jak dla mnie, był znacznie lepszy od pozostałych tancerzy. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Nawet najmniejszy gest dłoni był perfekcyjny. Jedyne co mi przeszkadzało, to fakt, że nie mogłem złapać jego wzroku, ciągle był w ruchu. Nie zatrzymywał się praktycznie w ogóle, a gdy już ewentualnie to zrobił, stawał tyłem do mnie. Skończyli występ, na który dotarłem zapewne, gdy był już w połowie. Żałowałem, że przyszedłem tak późno... I w dodatku nie udało mi się dowiedzieć kim jest ten wspaniały tancerz...
- Zdejmijcie maski!- rozległ się krzyk jakiś nastolatek. W głębi serca, dziękowałem im. Ja bym tego w życiu nie zrobił, one ułatwiły mi zadanie. Wszyscy potwierdzili ich propozycję. Grupa tancerzy namówiła się tyłem do nas. Tłum zamilkł, czekając na ich decyzję. Po chwili odwrócili się do nas z powrotem.
Ustawili się w równej linii. Najpierw zdjęli kaptury. Pokazały się włosy tego chłopaka, i zacząłem znów je z kimś kojarzyć, ale za cholerę nie mogłem go do nikogo dopasować. Potem zdjęli maski, a ja sam nie mogłem uwierzyć kogo mam przed oczami. Zamrugałem gwałtownie, jakby coś wpadło mi do oka. Nie mogłem uwierzyć, że Jongup był tym nieziemskim tancerzem. Stałem jak wmurowany, wpatrując się w jego rozbawioną twarz. Wszyscy wokoło wiwatowali wesoło, niektóre fanki piszczały z zachwytu. A ja stałem tam, i gapiłem się na niego. To stąd wzięła ta płynność ruchów. Wszystko się poskładało, jak puzzle. Jongup zauważył mnie, stałem może i trochę z boku, ale nadal z przodu. Obdarował mnie chyba najpiękniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek udało mi się zobaczyć i pomachał do mnie. Odmachałem niepewnie. Pokazał mi na migi, żebym zaczekał aż tłum się rozejdzie. Nie musiał tego robić, nigdzie nie miałem zamiaru się wybierać.
Gdy tłum prawie się rozszedł, chłopak zdjął czarną bluzę, pod którą, jak się okazało, nie było nic innego. On doprowadzał mnie do szaleństwa! Jak mógł pokazywać mi ten jego umięśniony tors, barki, ręce, plecy... Jak mógł? Moje nogi zaprowadziły mnie do niego, trochę bez kontroli.
- Przeziębisz się, jak będziesz taki goły łaził.- szturchnąłem go lekko za ramie.- Ubieraj się, no już!
- Tak tak, hyung.- młody śmiał się głośno, ale zgodnie z moim poleceniem włożył na siebie koszulkę.- Skąd ty tutaj?
- Egh, wracam do domu, tylko tak jakoś na około. Nudziło mi się.
- Mieszkasz daleko?
- Nie jakoś specjalnie, może pół kilometra stąd.
- Mogę cię odprowadzić, sam nie mam nic do roboty.
- Nie odmówię.
- To poczekaj chwilkę, powiem pozostałym, że już idę. Dae, Jae! - krzyknął podbiegając do dwóch chłopaków stojących przy sprzęcie. Wymienili kilka zdań, Jongup wskazał na mnie palcem uśmiechając się, tamci zwrócili na mnie uwagę, również uśmiechając się. Potem Up pomachał do nich, i wrócił do mnie. Zauważyłem, że owi DaeJae również zebrali się i poszli. Trzymając się za ręce. Słodkie.
- Nie wspominałeś, że tańczysz.- rzuciłem z pretensją w stronę Uppiego. Roześmiał się.
- Wybacz. Nie miałem okazji.
Szliśmy w kierunku mojego domu. Dowiedziałem się, że on mieszka całkiem niedaleko. Jakieś sto metrów dalej, naprzeciw. Było już ciemno, szliśmy po chodniku, byliśmy niedaleko domów.
- Wiem, że to może głupie pytanie...- zacząłem dziwnym głosem.- Ale ci Dae i Jae są... ekhm, razem?
- Co?- Jongup zmarszczył brwi, a ja pomyślałem, że palnąłem jakąś niewyobrażalną głupotę.- A, chodzi ci o Daehyuna i Youngjae? Tak, są razem. Już jakiś czas.
- Nie przeszkadza ci to?- spytałem cicho.
- W sensie homoseksualizm?- upewnił się, na co ja tylko kiwnąłem głową.- Nie, ani trochę. Jak się kochają, to co mi do tego?
W myślach odetchnąłem z ulgą. Victory! Momentalnie się rozluźniłem.
- A ty?- spytał Uppie.- Co sądzisz o homoseksualistach?
Mówiłem, że się rozluźniłem, prawda? Błąd.
- Emm... Ja w zasadzie...no... nic nie sądzę...- wydukałem jakoś. Poczułem jego podejrzliwe spojrzenie. Westchnąłem ciężko, decydując się na powiedzenie prawdy. W końcu, kiedyś i tak będzie musiał się dowiedzieć.- Sam nim jestem, mam więc dość dobre zdanie o nich...
- No wreszcie...- chłopak odetchnął. Łejt... co? Spojrzałem na niego tak, jakby właśnie oświadczył mi, że Ziemia jest kwadratowa, i w około niej kręci się cały Układ Słoneczny.- Myślałeś, że nie widziałem tego, w jaki sposób na mnie patrzysz?
Myślałem, że zapadnę się zaraz pod ziemię. Moje policzki zapewne biły po oczach swoją czerwienią, bo czułem jak pieką. Jongup zaśmiał się słodko, chwytając mnie za dłoń. Spojrzałem na niego zaskoczony.
- Więc, skoro jesteś gejem, to nie powinieneś być zły za to, co zaraz zrobię.- powiedział zatrzymując się na środku chodnika. Stanął na palcach, by zrównać się ze mną wzrostem. Wpatrywał się w moje oczy, po czym delikatnie musnął górną wargą moje usta. Chciał się odsunąć, ale nie pozwoliłem mu na to i przejąłem kontrole nad pocałunkiem. Nie mogłem pozwolić, żeby chłopak myślał, że może dominować. Przybliżyłem się do niego bliżej, kładąc dłonie na jego policzkach. Pogłębiłem pocałunek, przygryzając lekko wargę młodszego. Poczułem, że uśmiecha się. Nie mógł dużej utrzymać się na palcach, więc zawiesił sobie rękę na mojej szyi, przyciągając moją twarz do swojej, powodując, to, że musiałem się teraz lekko pochylać. Staliśmy pod latarnią, która słabo oświetlała nasze twarze. Odsunąłem się delikatnie od Jongupa, by przyglądnąć mu się lepiej. W jego zawsze wesołych oczach, pojawiło się coś więcej niż zwykłe szczęście. Jakieś uczucie, którego sam nie potrafiłem opisać, a tym bardziej nazwać.
Dalej wracaliśmy trzymając się za ręce, gadając o jakiś pierdołach. Zatrzymaliśmy się przed moim domem.
- Powiedz mi, Himchan-hyung, odwiedzisz mnie jutro w kawiarni?- spytał młodszy, gdy staliśmy przed drzwiami od mojego domu.- Jutro ja otwieram kawiarnię. O szóstej. Nie chcę tam siedzieć sam.
- Pewnie, spróbuję wstać o tej barbarzyńskiej porze.
- To do jutra!- zawołał, gdy odchodził. Pomachał mi, a potem pobiegł do domu. Poczekałem aż zniknął mi z widoku, i dopiero sam dostałem się do domu.
                                                                 ***
          Październik, o godzinie 5:58 wcale nie jest ciepły. Ani troszeczkę. Niestety, ja dowiedziałem się o tym trochę za późno, czekając na Uppiego przed kawiarnią. Za dwie minuty ma otwierać lokal, bo zamarznę!
Na szczęście, pojawił się w ciągu następnych paru godzin.
- Długo czekasz, hyung?- zapytał dysząc ciężko. Biegł.
- Nie, parę minut. - skłamałem. W rzeczywistości ślęczałem tutaj już pół godziny. Jongup otworzył drzwi kawiarni i wpuścił mnie do środka, zaraz po tym jak wystukał kod. Poszedł po fartuch, a ja usadowiłem się na wysokim krześle przy barze, gdzie Jongup zazwyczaj parzył kawę.
- Nie będziesz siedział tam gdzie zwykle?- spytał się młodszy wychodząc zza zaplecza.
- Nie, chcę cię poobserwować.- zaśmiałem się. Uppie pochylił się nad blatem baru, i pocałował mnie słodko.
- Jakbyś nie robił tego i bez siedzenia tuż przede mną. - prychnął żartobliwie.- To co zawsze?
- Jeśli można.
Z czasem zaczęli się zbierać pozostali pracownicy, ale nie przeszkadzało nam to jakoś specjalnie. Nadal zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy byli razem. Inni postanowili to zwyczajnie ignorować. Nawet napływ śpieszących się klientów nam jakoś nie zaimponował. Pozostały personel zajął się tym doskonale. Przesiedziałem tam dobre parę godzin. Niestety, Jongup zaczął być potrzebny w pracy, ale nadal przychodził do mnie, gdy tylko znalazł chwilkę wolnego. Całowaliśmy się właśnie, kiedy poczułem klepnięcie na ramieniu. Obejrzałem się, a przy mnie stali Bang i Zelo, śmiejąc się w najlepsze.
- A więc, to tutaj znikasz na całe dnie.- pokręcił z udawanym rozczarowaniem głową Yongguk.- Ja myślałem, że ty pracujesz i nie chciałem ci przeszkadzać, a ty na randki chodzisz!
- A ty to co?- wskazałem na rękę, która obejmował Junhonga w tali.- Wcale nie lepszy.
- Gukkie-hyung może.- Zelo pokazał mi język.
- Nie udzieliłem młodzieży głosu.- wszyscy roześmialiśmy się.
- Tak więc, co podać, Yongguk-hyung?- zapytał Jongup.
- Czekaj. To wy się znacie? - wskazałem palcem najpierw na Banga, a potem na Moona. Oni tylko się zaśmiali.
                                                                    ***
           Może na tym osiedlu nie było ogromnych galerii handlowych, wielu restauracji czy też sklepów, ale była taka mała kawiarenka, którą pokochałem.
I w gruncie rzeczy, ciesze się, że tu mieszkam, w końcu z kimś.
                                                                    ***
Linki do występów, jakby chciał ktoś zobaczyć:
1. Bang&Zelo http://www.youtube.com/watch?v=qLap8kJb8xU
2. Jongup http://www.youtube.com/watch?v=BgUpX6FyAMw

6 komentarzy :

  1. Przesłodkie <3
    Z wielką przyjemnością czytałam to opowiadanie a uśmiech nie schodził mi z ust :)
    Jest świetne !

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze będę Ci mówiła, żebyś nie przestawała pisać. I... dziękuję. Za to, że jesteś.

    To teraz musze Cię trochę skrytykowac... a więc

    Jejujejujejciaaaaaaaaaaaa, JAKIE TO BYŁO UROCZE I SŁODKIE I WGL AWWWWWWWWWWWWWWWWWWW
    Styl pisania, oczywiście doskonały. Bardzo dobrze mi sie czytało. I zaraz... Czy Ty nie mówiłaś, że to jest nudne? Mówiłaś... Jak mogłas tak kłamac, co? Nie wolno tak... nieładnie Nikki! Ani grama nudy w tym nie było!

    Tak sobie myślę.... czy ja Tobie przypadkiem za bardzo nie słodzę? To chyba nie dobrze...

    A i tak baaaardzo ładnie piszesz! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak mówiłam świetnie piszesz i dziękuje za trochę Banglo *cieszy się bardzo*

    A co do opowiadania to cudowne i słodkie, miło się czytało. Co raz bardziej zaczynam lubieć Himup *o*. Lubię takie codzienne opowiadania, gdzie B.A.P nie jest zespołem, po za tym ciekawe wykorzystanie faktu, że Himchan uwielbia kawe i ten pomysł z ciastem *o* xD
    Pisz dalej, chcę więcej!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ómarłam...
    ♥(
    Q.Q tagie piękne że aż mi przeszedł ból ;;
    Chce jeszcze jeszcze qq pls potrzeboje tego....
    Kurde mam ochotę na kawę qq najlepsze to ta świetna książka XD
    ★ ÓMARŁAM
    Kocham cię za to ♥
    Weny/Wena życzę
    ♥
    Ps przeprasza ale pisze to z telefonu i moze popelniam literowki XD i jestem za leniwa by pisac polskie znaki
    Sorry sorry :3

    OdpowiedzUsuń
  5. No to ja mogę zrobić tylko takie wielkie AWWWWWWWWWWWW ^^
    Dokładnie tak jak się spodziewałam gdy zaczęłam czytać, jest IDEALNIE Pamkętniczku

    OdpowiedzUsuń
  6. To opowiadanie było takie słodkie <3
    Twoje opowiadania czyta się z ogromną przyjemnością~
    Ach chcę więcej! Potrzebuję więcej! Uzależniłam się od twoich HimUp X'D
    Życzę ci dużo, dużo weny i więcej pomysłów na HimUp'y <3

    OdpowiedzUsuń