Dzień dobry! Jak tam się miewacie?
Znowu zapewne myślicie „Tak
ostrzegała, że zamknie bloga, a wraca po dwóch tygodniach”. No
cóż, jestem uzależniona od pisania, i nic na to nie poradzę.
Dziękuję pewnej osobie, która ciągle namawiała mnie, żebym
pisała. Zapewne dzięki niej będziecie mogli przeczytać poniższa
notkę. I chce jeszcze jej powiedzieć, żeby nie popełniała moich
błędów. Ale i tak zawsze będę z nią.
Ah, jeszcze co do GazettE. Nie jestem
pewna, czy będę pisac jeszcze ficki z tego zespołu, zmęczyłam
się nimi. Postaram się dokończyć Lęk, ale potem nie
spodziewajcie się niczego innego.
A teraz zapraszam do lektury i proszę
was o komentarze, chociażby jedno zdanie.
Zespół: B.A.P
Paring: Himup
Uwagi: lalalalala, żadne, chyba że
komuś robi się niedobrze od zbytniej słodkości.
Enjoy!
***
Zaniosłem ostatnie pudło z rzeczami
do nieumeblowanego jeszcze salonu. Zlustrowałem pokój dokładnie.
Był mały, przytulny, ale całkiem dobrze naświetlony, co było
tylko jego atutem. Pod jasnobeżową ścianą stał mur zbudowany z
pudeł, w których znajdowały się obecnie wszystkie moje meble.
Czekało mnie skręcanie tego wszystkiego...
Tak, przeprowadziłem się dokładnie
dzisiaj do malutkiego domku na obrzeżach Seulu. Miałem dość życia
w mieszkaniu (całkiem nieźle urządzonym, jak na mój gust) w
wielopiętrowcu, niedaleko centrum. Wiem, że to może się wydać
dziwne, wszyscy chcą mieszkać w stolicy, a tym bardziej w centrum,
a ja się dobrowolnie wyprowadzam na peryferia. No, tym ludziom,
którzy nigdy nie mają na nic czasu, bo pracują, bardziej niż mnie
zapewne przyda się fast food przy klatce schodowej. Gdyż otóż, ja
pracowałem w domu. Byłem redaktorem w młodym, dopiero wschodzącym,
wydawnictwie. Mi ten wieczny szum samochodów i nigdy nie gasnące
światło latarni za oknem przeszkadzało. Nie mogłem pracować w
takich warunkach, a wiadomo, jeść trzeba.
Dlatego też chwyciłem za instrukcję
montowania pierwszego lepszego mebla. Sofa. O, to się może
przydać...
Po paru godzinach miałem jasny obraz
tego, że złota rączka to ze mnie żaden. Z trudnością jakoś
umeblowałem sobie salon. Stwierdziłem, że na tym pozostanę, bo
nie mam sił, żeby brać się za skręcanie łózka w sypialni.
Rzuciłem jakiś koc na sofę. Poszedłem się umyć. Łazienkę
dostałem już z wyposażeniem, więc nie musiałem się przejmować.
To samo było z kuchnią. Trzeba było kupić tylko jakieś naczynia
i sztućce, ogółem zapełnić ten pusty domek.
Z przykrością stwierdziłem, że nie
mam jeszcze ciepłej wody w kranie, dlatego również mój prysznic
nie należał do najdłuższych. Przebrałem się w najgrubszy dres
jaki tylko znalazłem i od razu położyłem się spać na kanapie.
Ciężko jest się przeprowadzać w pojedynkę.
***
Obudziło mnie intensywne pukanie w
drzwi wejściowe. Spojrzałem na telefon, który wskazywał 10:35. To
mi się pospało. Na szczęście nie mogłem się nigdzie spóźnić,
gdyż redakcją książki mogłem się zająć na miejscu. Ponad to,
poprosiłem szefową, żeby mi odpuściła parę dni z terminu, bo
się przeprowadzam.
Wstałem, przeciągając zastałe
mięśnie. Poczułem jak kolana mi strzelają. Stanowczo muszę
dzisiaj zmontować łóżko, bo nie wytrzymam następnej nocy.
Podszedłem do drzwi, do których nadal się ktoś dobijał. Kto to
mógł być? Przecież nikt mnie tu jeszcze nie zna, a ja nikogo nie
zapraszałem. Nie zastanawiając się jednakże, otworzyłem drzwi.
Przed oczami ukazał mi się mężczyzna, na oko w moim wieku, może
nieco starszy. Uśmiechał się szeroko, a jego ciemne oczy
błyszczały wesoło. Na głowie miał czapkę, która częściowo
zakrywała jego jasno brązowe włosy. Zapewne farbowane, już ja się
na tym znałem.
- Emm... Dzień dobry?- powiedział
przeraźliwe niskim głosem. Otworzyłem szerzej oczy. Można
osiągnąć aż tak niski głos zwyczajnie mówiąc?- Nazywam się
Bang Yongguk, mieszkam dom dalej.
Chłopak podał prawą dłoń, a lewą
trzymał w kieszeni dżinsów.
- Kim Himchan, miło mi.- uśmiechnąłem
się delikatnie, kłaniając się delikatnie głową.
- Mamy tutaj na osiedlu taki zwyczaj,
że zawsze jak ktoś nowy się wprowadza, to najbliżsi sąsiedzi
przychodzą się przywitać.- Yongguk wskazał okrężnym ruchem
palca najbliżej znajdujące się nas domy.- ale z tego co widzę,
wszyscy są w pracy. Może potem przyjdą.
- Ty nie chodzisz do pracy?- zapytałem
nie myśląc jeszcze zbyt trzeźwo po obudzeniu.
- Dzisiaj mam wolne.- chłopak zaśmiał
się serdecznie. - No cóż, chciałem się tylko przywitać, i
powiedzieć, że jakbyś czegoś, czegokolwiek potrzebował, to
mieszkam dziesięć metrów dalej. Miło było cię poznać, Himchan.
- Ze wzajemnością.-ukłoniłem się,
a chłopak potruchtał do swojego domu.
Zamknąłem drzwi. Miło z jego strony,
naprawdę. Coraz bardziej zaczynało mi się tutaj podobać. Wszedłem
w głąb mieszkania, a dokładniej do kuchni. W odruchu sięgnąłem
do szafki w poszukiwaniu kawy, której oczywiście nie znalazłem.
Pacnąłem się w twarz otwartą dłonią, chwaląc się za swoją
głupotę. Jak ja mam pracować, jak ja kawy nie mam?!
Wyjąłem z torby laptopa i włączyłem
go. Wszedłem na pocztę, ale tam czekał na mnie tylko spam z
reklamami nowych kosmetyków, ewentualnie ubezpieczenia na życie.
Stwierdziłem, że nie mam nic do
roboty, bo nie chciało mi się zabierać ani za ponowne skręcanie
mebli, ani z poprawianie tego durnego tekstu. Naprawdę nie wiem, kto
wymyśla taką fabułę dla książki. Nie dość, że fabuła jest
taka sobie, to jeszcze sam gatunek powinien odstraszyć. Dramat
obyczajowy, no pewnie!
Zamknąłem laptopa i z powrotem
zapakowałem go do futerału. Przebrałem się w czarne spodnie i
jakiś szary t-shirt, na który zarzuciłem dżinsową kurtkę.
Zabrałem torbę z komputerem i wyszedłem z domu, uprzednio
zamykając go dokładnie. Postanowiłem, że poszukam tu jakieś
kawiarni, a przy okazji może i sklepu spożywczego. Szedłem
chodnikiem wzdłuż linii domów, żaden nie wyróżniał się
zbytnio, były do siebie podobne. Utrzymane w podobnym stylu.
Skręciłem w jakąś większą ulicę, co doprowadziło mnie do
parku. Ku mojej uciesze, znalazłem tam również małą kawiarenkę
utrzymaną w starym stylu. Gdy wszedłem do niej, nad głową
zabrzęczał mi cichutko dzwoneczek.
- Witamy w naszej kawiarni!- jakaś
wesoła blondynka powitała mnie uśmiechem. W kawiarni na szczęście
było w miarę pusto. Siedziało tu kilka osób, z czego większość
to starsi ludzie. Usiadłem przy stoliku pod ścianą. Wyjąłem
ponownie laptopa, i czekając na to aż się włączy, spojrzałem w
menu. Mieli mrożoną americano, jak dobrze.
- Co panu podać?- z góry dobiegł
mnie cichy, ciepły i spokojny męski głos. Podniosłem głowę,
spoglądając w oczy kelnerowi. Czarne jak świeżo zaparzona kawa.
- Mrożoną americano. Dużą. Litrową
najlepiej.- chłopaczek zapisał na karteczce zamówienie.
- Coś jeszcze?
Przyjrzałem się dokładniej menu.
Zainteresowała mnie jedna z pozycji w dziale z ciastami.
- I „moon cake”.- dodałem. Keler
zaśmiał się cicho, po czym odszedł na zaplecze pospiesznie.
Zastanawiałem się, o co mogło też
mu chodzić, gdy moja uwagę przykuł ekran laptopa. Wyświetliła mi
się informacja: Hyoseung napisał(a) do ciebie!
Otworzyłem okienko
zaskoczony, że współpracowniczka napisała do mnie, chociaż
powinna właśnie siedzieć w papierkowych sprawach naszego
wydawnictwa.
Hyoseung: Jak tam po przeprowadzce?
Ładna okolica chociaż?
Napisałem
odpowiedź zgrabnym ruchem. Otworzyłem dokument zawierający tekst,
który właśnie sprawdzałem. Ble.
Ja: Nawet bardzo ładna, szczególnie
kawiarenka, w której obecnie siedzę.
Hyoseung: To w domu internetu nie
masz, że musisz łazić po osiedlu w poszukiwaniu wifi?
Zaśmiałem się
pod nosem.
Ja: Internet mam, owszem. Ale kawy
nie.
Hyoseung: To zmienia nam postać
rzeczy... Ty przecież bez kawy nie napiszesz ani słówka.
Ja: No wreszcie ktoś mnie tutaj
rozumie!
Hyoseung: kkkkk. Jak ci idzie z tą
książka?
Westchnąłem
przeciągle, rzucając okiem na dwie ostatnie linijki sprawdzonego
ostatnio tekstu.
Skopiowałem je.
Ja: „(...) Nie wiedziałam co mam
zrobić. Nie mogłam uwierzyć w to, że mój ukochany był
wilkołakiem! Nie wyglądał na niego! Nie był nadmiernie
owłosiony!(...)”. Rozumiesz mój ból?
Hyoseung: …
Ja: Dziękuję, naprawdę. Przecież
to nie ja to piszę, ja tylko sprawdzam gramatykę i literówki. No i
ogólny sens książki. Ale obawiam się, że ten ostatni warunek
akurat nie został spełniony...
Hyoseung: Czasem cieszę się, że
jestem tylko asystentką i siedzę w papierkach, to serio łatwiejsze.
Właśnie, szefowa idzie. Muszę zmykać! Annyeong!
Użytkownik Hyoseung jest offline.
Zamknąłem
przeglądarkę dokładnie w tym samym momencie, gdy ku mnie zbliżył
się kelner niosąc moje zamówienie. Postawił przede mną ogromny
przeźroczysty kubek kawy, a obok bardziej lub mniej zidentyfikowany
obiekt, który podobno był ciastem.
Przyjrzałem się
dokładniej twarzy chłopaka, gdy pochylał się nad moim stolikiem,
ustawiając na nim zamówienie. Miał czarne oczy, co już wcześniej
wspominałem, lekko opaloną cerę i miły wyraz twarzy, z której
nie schodził uśmiech. Po lewej stronie grzbietu nosa miał
delikatny pieprzyk. Brązowe, przygolone po bokach, za to przydługawe
na czubku głowy, włosy opadały mu na oczy, skutecznie ograniczając
pole widzenia. Był niewątpliwie przystojny. Wstał, a ja odwróciłem
wzrok od jego twarzy, przenosząc go na plakietkę z jego imieniem.
Warto zapamiętać.
- Dziękuję
bardzo.- uśmiechnąłem się jednym z moich najbardziej czarujących
uśmiechów. Podziałało, on również uśmiechnął się jeszcze
szerzej. Podreptał do barku na środku kawiarni, a ja odprowadziłem
do spojrzeniem. Gdy stanął przed blatem dopadły go jakieś
koleżanki, które chichrając się głupkowato, spoglądały raz na
mnie, raz na niego. Usłyszałem również jego śmiech, perlisty,
powodujący, że po twoim ciele rozlewało się ciepło, a serce
zaczynało bić mocniej.
Potrząsnąłem
głową próbując się jakoś ogarnąć. Himchan, to że ty jesteś
gejem, nie znaczy, że każdy mężczyzna, który cię zainteresuje,
również nim jest. Westchnąłem, powracając do tej durnej książki.
(…) czy to możliwe, że był
postacią z tych wszystkich durnych filmów fantasy, które tak
maniakalnie oglądał mój ojciec i brat? Zastanawiałam się, czy
pełnie księżyca wymykał się z domu i wył, tak jak to robili w
ostatnim filmie, którego wyrywki widziałam. Czy również unikał
srebra? Czy w takim razie, wampiry też istniały? A jeśli tak, to w
jakich byli stosunkach?
Nie mogłem
powstrzymać wybuchu śmiechu, który natychmiastowo wstrząsnął
moim ciałem, po przeczytaniu tych paru pytań retorycznych. Nie
mogłem uwierzyć, że ktoś naprawdę to napisał. Otarłem łzy
śmiechu z policzków, uświadamiając sobie czyjeś spojrzenie na
twarzy. Prawie odruchowo skierowałem wzrok na młodego kelnera.
Wpatrywał się we mnie z powoli rosnącym uśmiechem. Nie byłem
pewien, czy on kiedykolwiek przestawał się uśmiechać.
Nadal nie
kontrolując mojego rozbawienia, chwyciłem mały widelczyk. Ukroiłem
kawałek ciastopodobnego tworu. Przyjrzałem mu się dokładniej.
Wyglądał jakby zwierał w sobie czekoladowe ciasto przełożone
waniliowym, albo śmietankowym kremem. Na wierzchu można było
ujrzeć lukier jogurtowy, nadający ciastku biały kolor. Ponadto w
niektórych miejscach było widać wgniecenia, co przypominało
kratery księżycowe. Włożyłem kawałek do ust. Zamknąłem oczy,
jakbym czekał na uderzenie jakiegoś nieprzyjemnego smaku, co, o
dziwno, nie nastąpiło. Z przyjemnością pochłonąłem całe
ciasto, które miałem na talerzu.
Wyjąłem z torby
mały notatnik, w którym zawsze zapisywałem sobie uwagi dotyczące
tekstu, który akurat tłumaczyłem. Zapisałem koślawym pismem
krótką notatkę:
- Częściej kupować „moon cake”.
- Dowiedzieć się więcej o likantropii
- Dowiedzieć się od Banga, gdzie tu jest sklep.
Zamknąłem zeszyt
i dopiłem kawę. Bateria w laptopie była na ostatnich oparach, więc
nadszedł czas powrotu do domu i kontynuację pracy. Mój ulubiony
kelner (bo tak postanowiłem go sobie nazywać) przyniósł rachunek.
2335 wonów. Mało jak za taką perfekcyjną americano i wyborne
ciasto. Wyciągając portfel, spojrzałem na chłopaka. Patrzył się
na spod lekko przymrużonych powiek. Dałem mu 5000 wonów.
- Reszty nie
trzeba.- odpowiedziałem szybko. Gdy odchodził, rzuciłem jeszcze
okiem na plakietkę na jego lewej piersi, na której zapisane było
jego imię.
Szybkim ruchem
dopisałem kolejny podpunkt do dzisiejszej notatki.
- JONGUP!
***
Po drodze do domu
zapukałem do Banga. Musiałem się dowiedzieć gdzie tu jest
jakikolwiek sklep, bo zacząłem robić się głodny.
Stanąłem przed
drzwiami domu, w których zniknął mężczyzna dzisiaj rano.
Zapukałem trzy razy. Nie musiałem długo czekać, jakiś
wyrośnięty, srebrnowłosy dzieciak otworzył mi po parunastu
sekundach. Zdziwiłem się na jego widok, spodziewałem się, że to
jednak Yongguk mi otworzy.
- Ugh, pan zapewne
do hyunga~- młodszy pokazał równiutkie ząbki.
- No tak, po
części.-odpowiedziałem nieco zakłopotany.
- Gukkie-hyung!
Masz gościa!- wydarł się chłopak. Miał bardzo intensywny głos,
stworzony wręcz do pracy w przemyśle muzycznym.
Zniknął w głębi
domu, zostawiając mnie na progu. Po chwili przyszedł Yongguk.
- No to w czym
potrzebujesz mojej pomocy?- zapytał śmiejąc się. Zawtórowałem
mu.
- Byłoby mi
niezwykle miło, jakbyś pokazał mi, gdzie jest jakiś sklep.
- Tylko tyle?
- Dla ciebie może
tylko, ale ja zaczynam głodować.
Chłopak zaśmiał
się ponownie, i zaprowadził mnie do sklepu. Kupiłem to co uważałem
za niezbędne do życia. Znaczy się, największe opakowanie kawy,
jakie tylko znalazłem, mleko, parę jogurtów naturalnych, chleb i
ser żółty. I zgrzewkę napojów energetycznych, gdyż najlepiej
pracowało mi się w nocy, a na złość, organizm chciał wtedy
spać. Niedoczekanie jego!
Bang pomógł mi
zanieść zakupy do domu.
- Nie uważasz, że
trzeba zmontować jakieś meble prócz kanapy? - wskazał podbródkiem
na kartony stojące pod ścianą.
- Eh... Trzeba
byłoby...-podrapałem się po głowie.- Tylko, jak się jest samemu,
to składanie tych śmieci trwa wieki.
- To czego mnie o
pomoc nie prosisz?- Yongguk pokiwał głową. Zabrał się za
rozpakowywanie kartonu. Los chciał, że trafiliśmy na łóżko.
Z Bangiem składanie
tego wszystkiego szło znacznie szybciej. Przy okazji, dużo
rozmawialiśmy. Dowiedziałem się, że ten chłopak, który otworzył
mi drzwi nazywa się Junhong. Oficjalnie, Yongguk jest jego dalekim
krewnym, a Junhong mieszka z nim dlatego, że w Seulu jest lepszy
poziom edukacji, niż tam, gdzie wcześniej młodszy mieszkał. Ale
ja domyślałem się, że powodem ich wspólnego mieszkania
niekoniecznie musi być edukacja Zelo, bo tak mówiono na młodego.
Może to takie moje małe zboczenie, ale tak coś przewidywałem.
W odwecie
opowiedziałem Yonggukowi o mojej pracy w wydawnictwie. O tym, że
firma się dopiero rozwija i potrzebuje jeszcze dużo czasu i wysiłku
do osiągnięcia zaplanowanego poziomu. Powiedziałem, również o
tym, że redaguję obecnie beznadziejną książkę o wilkołakach.
Dziwnym trafem, skomentował to tylko gromkim śmiechem.
Z jego pomocą,
skończyliśmy składać wszystko do wieczora. Bang opuścił mój
dom zaraz po tym jak skończyliśmy, bo podobno obiecał Zelo, że
postara się wrócić jak najszybciej.
Tak więc, nie
mając nic innego do roboty, zaparzyłem kawę i poszedłem pracować.
***
Przewróciłem się
na lewy bok, nakrywając głowę kołdrą. Nie chciałem wstawać, oj
nie. Wczoraj zabalowałem z tekstem do trzeciej nad ranem, co teraz
dało się boleśnie we znaki w okolicy moich skroni. Nie chciałem
wstawać, ale był jeden powód, dla którego wlokłem się właśnie
do łazienki. Uroczy kelner małej kawiarenki niedaleko parku,
Jongup. Samo wspomnienie jego imienia wywoływało u mnie uśmiech.
Tak więc, umyłem się, ubrałem i wyszedłem z domu, kierując
kroki w stronę przytulnego miejsca pracy chłopaka.
Wszedłem, znowu
słysząc dzwoneczek nad głową. Udałem się do tego samego stolika
co wczoraj. Usiadłem tak, by móc cały czas patrzyć na barek, przy
którym nieustannie kręcili się kelnerzy i kelnerki. Jedna z nich
zauważyła mnie i chciała podejść, ale uprzedził ją Jongup,
wyrywając jej z rąk notatnik i długopis. Podszedł do mnie szybkim
krokiem.
- Dzień
dobry~-usłyszałem jego piękny głos. Mógłbym go słuchać
wieki.- Mogę zebrać zamówienie?
- Mrożona
americano i „moon cake”.-powiedziałem, nie otwierając nawet
menu. Chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Litrowa? -zapytał
spoglądając mi w w oczy. Kiwnąłem potwierdzająco głową.
To było naprawdę
słodkie, że zapamiętał, że wczoraj zamówiłem litr kawy.
Zapewne mają dużo klientów, więc poczułem się wyróżniony.
Obserwowałem
dokładnie każdy jego ruch przy barze. To jak wsypywał ziarna kawy
do ekspresu. Również, gdy sięgał po szklankę. Uśmiechnąłem
się, gdy wyjął z małej lodówki dwa kawałki księżycowego
ciasta. Położył je obok siebie i przez parę dobrych minut
zastanawiał się, który jest większy. Najbardziej rozśmieszające
i rozbrajające zarazem, było jego wielkie skupienie na twarzy. W
końcu wybrał ten po prawej, a drugi schował do lodówki. Kawę
ktoś przygotował za niego, akurat w tym samym czasie, gdy on
wybierał, który kawałek ciasta mi dać. Zebrał to wszystko na
tacę i przyniósł do mojego stolika. Położył talerzyk i szklankę
na drewnianym stoliku.
- Jesteś Jongup,
prawda? - zapytałem, gdy tamten miał już odchodzić.
- Skąd pan wie?-
zdziwił się. Popukałem palcem w metalową przypinkę na jego lewej
piersi.- Ugh, no tak, jaki ja jestem głupi.
- No nie głupi od
razu... Po prostu zamyślony.- zaśmiałem się cicho.- Nie mów do
mnie per pan, nie postarzaj mnie.
- To jak mam mówić?
- Himchan~
Wstałem, by podać
mu rękę. Na siedząco to tak nie ładnie. Okazało się, że jestem
od niego o pół głowy wyższy. Uścisnęliśmy dłonie. Miał
delikatną skórę. Cały czas patrzył się w moje oczy, a ja w
jego. Wydawało mi się, że mógłbym zatonąć w jego czarnych
tęczówkach. W końcu odchrząknął porozumiewawczo, więc z
powrotem usiadłem, a on wrócił do obowiązków pracownika.
Zabrałem się za
jedzenie tego nieziemskiego ciastka. Usiadłem wygodniej na
krzesełku, wciąż obserwując Jongupa. Przemykał między stolikami
zgrabnie, niczym tancerz na scenie. Poruszał się z dziwną gracją,
jakby faktycznie tańczył, a nie roznosił zamówienia. Zauważyłem
się, że uśmiech nie znikał z jego ust, nawet pomimo tego, że był
spory ruch w kawiarni, przez co miał dużo roboty i bieganiny.
Czasem spoglądał na mnie, ale odwracał wzrok za każdym razem, gdy
zauważył, że się w niego wpatruję.
W końcu udało mu
się iść na przerwę. Odwiązał fartuch, który spoczywał na jego
udach i rozpiął pierwszy guzik białej koszuli, która miło
opinała się na jego mięśniach ramion. Podszedł do mojego
stolika.
- Mogę się
dosiąść na czas przerwy? - zapytał nieśmiało.
- Pewnie!-
podszedłem do tej propozycji aż nazbyt optymistycznie.
- Tak więc,
Himchan-hyung...- Jongup wziął w ręce chusteczkę, i zaczął się
nią bawić, zginając ją we wszystkie możliwe strony.- Niedawno
się wprowadziłeś, prawda?
- Em... tak.
Całkiem niedaleko stąd.
- Ha!- chłopak
wydał z siebie okrzyk triumfu.- Wiedziałem. Nigdy wcześniej cię
tutaj nie widziałem, a pracuje w tej kawiarence od dwóch lat.
Pamiętam prawie każdego stałego klienta, mam pamięć wzrokową.
- Ugh miło mi.
Zapamiętałeś nawet moje wczorajsze zamówienie.
- A to dlatego, że
było dość nietypowe.- Jongup zaśmiał się głośno.- Nikt
jeszcze nie zamówił u nas litra kawy. I w dodatku „moon cake”.
-Ehhh? Nie
rozumiem, co takiego jest nie tak w tej nazwie...- ściągnąłem
brwi, sygnalizując tym samym, że mam zamiar myśleć.
- Ty hyung może
nie, ale ja tak.- młodszy wstał, po czy dodał kłaniając się:
Nazywam się Moon Jongup.
- Już rozumiem!-
zakryłem dłonią usta, żeby powstrzymać śmiech.
- Pewnego dnia
kierownik przyniósł nam nowy produkt do sprzedaży, którym właśnie
było to ciasto, ale nikt nie miał pomysłu na nazwę dla niego.-
kelner ponownie usiadł i rozglądał się po pomieszczeniu
kawiarni.- Ciasto nie wyglądało jakoś zachęcająco, ani
nadzwyczajnie. Mi, niestety, przypadło odebranie go cukierni. Po
drodze się trochę poobijało i stworzyły się w nim takie fajne
wgniecenia. Dlatego nazwali to ciastko księżycowym, bo przypomina
kratery na księżycu. No i, na cześć mojego nazwiska oczywiście!
Chłopak śmiał
się sam z siebie. Nie mogłem oderwać wzroku od jego przepięknych
ciemnych oczu. Wiadomo, że czarne oczy są normą w Korei, ale w
jego tęczówkach widziałem coś więcej. Jakieś miłe ciepło i
dobroć, których nie zauważyłem wcześniej u żadnego człowieka.
- Hyung?- Jongup
potrząsnął moją ręką. Zagapiłem się.- Mogę cię o coś
spytać?
- No pewnie.-
przytaknąłem.
- Przychodzisz
tutaj...w jakimś konkretnym celu?- chłopak spytał nieśmiało.
Unikał kontaktu wzrokowego.
- Sam nie wiem...-
odpowiedziałem żartobliwym tonem.- To wszystko zależy od pewnego
czynnika. Ponadto, robicie wspaniałą kawę.
Młodszy spuścił
wzrok, jakby zawiedziony moją odpowiedzią. Tego się nie
spodziewałem. Ale po chwili na jego ustach zawitał uśmiech. Ale
nawet ja umiałem powiedzieć, że był on niezwykle wymuszony.
- Wybacz,
Himchan-hyung. Przerwa mi się kończy.- chłopak wstał, i odszedł.
Zaraz potem uśmiech spełzł z jego twarzy, i stał się
naburmuszony i może trochę przygnębiony. Zajął się pracą i w
ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Zostawiłem na stoliku 5000 wonów,
tak jak poprzednio, i wyszedłem z kawiarni, nie żegnając się
młodszym. Najwyraźniej, nie zauważył nawet kiedy poszedłem.
Wróciłem do domu
i ponownie zanurzyłem się w znienawidzonej lekturze. Jednak zanim
włączył się laptop, poprawiłem notatkę z wczorajszego dnia.
- Częściej kupować „moon cake”
- Dowiedzieć się więcej o likantropii
Dowiedzieć się od Banga, gdzie tu jest sklep.JONGUPMoon Jongup
***
Budząc się rano,
stwierdziłem, że tym razem z łóżka nie wyciągnie mnie nawet
uśmiech Jongupa. Czułem się przeraźliwie, jak na kacu, chociaż
ja tylko przeczytałem parędziesiąt stron jakiegoś marnego
dramatu. Za jakie grzechy dostałem właśnie tę lekturę do
zredagowania? No co ja takiego zrobiłem? Jestem gejem, o to chodzi?
Wybaczcie, że się taki urodziłem.
A no właśnie...
Owa orientacja czasem utrudniała mi życie. Szczególnie, gdy na
przykład zakochałem się w homofobie. To było naprawdę
nieprzyjemne doświadczenie. Bałem się, że coś takiego może się
powtórzyć z Jongupem. Kiedy wyznam... czekaj, co? Znam go dwa dni,
nie mam co wyznawać. Nie jestem napaloną gimnazjalistką, która
swoją największa miłość stwierdza po tygodniu znajomości z
obiektem westchnień. Może nią nie jestem, ale dokładnie się tak
czuję.
Rzuciłem poduszką
w zegarek, który zaczął pikać, ze względu na południe. Nie
obchodziła mnie godzina, ja mógłbym cały dzień przeleżeć.
Czułem się wyjątkowo beznadziejnie, co było u mnie rzadkością.
Chociaż... Gdyby
się nad tym głębiej zastanowić, to często byłem taki przybity.
Może to dlatego, że od dawna mieszkam samotnie? Sam nie wiem.
Postanowiłem, że
z łóżka wstanę dzisiaj tylko pod jakimś niezwykle ważnym
pretekstem, typu jedzenie, albo wizyta w toalecie. Nic mi się
zupełnie nie chciało. Czego nie mogłem powiedzieć o osobie, która
właśnie dobijała się do moich biednych drzwi.
- Himchan-ssi?
Jesteś tam?!- głos Yongguka dobiegł aż do mnie.
- Tak, jestem!-
próbowałem krzyknąć na tyle głośno, żeby mężczyzna mnie
usłyszał.- Drzwi są otwarte, możesz wejść!
Usłyszałem trzask
klamki, a potem stukot butów o drewnianą podłogę. Bang najpierw
sprawdził czy nie siedzę w salonie, potem kuchni.
-
Sypialnia.-powiedziałem na tyle głośno, żeby usłyszał mnie w
łazience, do której właśnie wchodził. Wszedł do mojego pokoju,
nieco zaskoczony stanem, w którym się obecnie znajdowałem. Leżałem
skulony na łóżku, gdyż, za przeproszeniem, napierdalała mnie
głowa, a
tabletek żadnych
nie miałem. Cały byłem jakiś taki... wypluty.
- Dobrze się
czujesz?- zapytał zaniepokojony Bang, kucając przed łóżkiem.
- Nie.- odrzekłem.
- Pomóc ci
jakoś...? No nie wiem, przynieść coś, czy kupić?
- Apap, Yongguk.
Tylko apap.
- Robi się!-
chłopak wyszedł, zostawiając mnie samego. Nie musiałem długo
czekać, wrócił może po parunastu minutach z pudełeczkiem leku w
ręce. Podał mi je, a ja wyjąłem z niego od razu dwie tabletki.
Chwyciłem wodę stojącą na parapecie, i połknąłem lek.
Położyłem się z powrotem i poprosiłem Yongguka, by zaczekał z
rozmową do momentu, kiedy będę w stanie myśleć. Nie protestował.
Zaparzył sobie herbatę i czekał w moim pokoju, czytając jedną ze
zredagowanych przeze mnie książę leżących na półce koło
łóżka.
Kiedy lek zaczął
działać, usiadłem na materacu. A obiecywałem sobie, że nie będę
wstawać...
- Chciałeś mi o
czymś powiedzieć...? A tak przy okazji, wielkie dzięki, umarłbym
bez ciebie.
- Eh, nie ma
sprawy!- chłopak uśmiechnął się swoim szerokim uśmiechem.- Co,
impreza jakaś była?
- Tak, ja i laptop.
Całą noc.- odparłem z przekąsem.
- Człowieku,
zdrowie sobie zniszczysz z tą pracą. Nie lepie przenieść się na
coś bardziej... no nie wiem, regularnego?
- Po studiach
humanistycznych? Nie ma szans, chyba że praca w McDonaldzie.
Zaśmialiśmy się
wesoło.
- Tak więc, co
chciałeś mi powiedzieć?- zagadnąłem po chwili.
- A właśnie.-
Yongguk podrapał się po głowie.- Dzisiaj wieczorem jest festiwal,
na którym młodzież z pobliskiej szkoły prezentuje swoje talenty.
W sensie, nie tylko oni. Zelo bierze w tym udział, i prosił mnie,
żebym przyszedł. Ale nie chce mi się siedzieć samemu, kiedy
tamten będzie się przygotowywał do występu. Miałbyś ochotę
pójść?
- Hm...- udałem,
że się zamyślam.- Tak... jeśli kupisz mi więcej apapu.
- No dobra, przyjdę
po ciebie przed festiwalem, bo ty tam sam nie trafisz zapewne.- Bang
zaśmiał się gromkim śmiechem.
- Bardzo śmieszne,
Yongguk!- odpowiedziałem rzucając w niego poduszką.- Idź już
sobie, bo muszę zacząć się ogarniać!
- Tak, już idę,
spokojnie.- mężczyzna wyszedł, nadal się śmiejąc.
Obiecałem Bangowi,
więc musiałem się jakoś ogarnąć. Zacznijmy więc od zaparzenia
kawy, i zakrycia worów po oczami.
***
Za dużo kolorów,
za dużo ludzi, za dużo hałasu, za dużo wszystkiego. Miałem tego
ciut dość. Siedziałem tu tylko i wyłącznie dlatego, że Bang
mnie o to poprosił. Sam nigdy bym się nie wybrał do takiego
miejsca. W uszach dźwięczała mi chwytliwa melodyjka z prostym
bitem, rozlegająca się na całym terenie festiwalu. Zastanawiałem
się, kiedy Zelo będzie miał występ, i czy uda mi się tutaj
wysiedzieć przez ten cały czas. Yongguk na szczęście kupił mi
jakiś antybiotykowo-nie-wiadomo-co, więc nie czułem się aż tak
źle jak wcześniej.
Teraz niestety to
ja musiałem siedzieć sam, gdyż okazało się, że dzieciak, który
miał wstępować z Junhongiem, nagle się rozchorował, a biedny
chłopak nie miał co zrobić. Tak więc, Bang zaoferował się do
pomocy. Sam dokładnie nie wiedziałem co przygotowali, dlatego
czekałem tutaj, aby zobaczyć efekt ich pracy. Siedziałem na ławce
naprzeciw małej sceny, której reflektory biły mnie po oczach.
Niech oni już, do cholery jasnej, wystąpią!
Jak na zawołanie,
właśnie pokazali się na scenie. Puszczono muzykę i rozległy się
pierwsze słowa rapu Zelo. A nie mówiłem, że chłopak stworzony
jest do branży muzycznej? Ja to mam nos do talentów. A dokładnie
to samo tyczy się Yongguka. Nie miałem pojęcia, że on tak dobrze
rapuje.
Do what you like, like what you do.
Czy to było do mnie?
Piosenka
podobała mi się, wpadała w ucho i w odróżnieniu od pozostałych,
nie wwiercała się w mózg swoją głupotą. Szczerze mówiąc,
byłem z nich dumny. Gdy muzyka ucichła, jako pierwszy zacząłem
klaskać, pobudzając tym innych. Dostali nawet owacje na stojąco.
Zziajani po
występie, podbiegli do mnie. Na twarzy Junhonga malował się
zachwyt, pomieszany z bezgraniczną euforią.
- Jak było hyung?!
Jak, jak, jak?!- młody napadł mnie od razu. - powiedz, prooooszę,
proszę, pliiiiis!
- Ne, Yongguk-
trąciłem ramię starszego chłopaka, w duecie, który postanowiłem
nazwać Banglo.- Co ty mu dałeś przed występem?
- Ja nic, ale być
może sam sobie wziął.- zaśmiał się.
- Hyung, nooo.-
Zelo uwiesił mi się na ręce.- Powiedz!
- Było bardzo
dobrze.- powiedziałem uśmiechając się szeroko.- Wy, tak wy.
Skrywaliście przede mną talenty. Tak się nie godzi! Jam jest łowca
talentów!
Oboje wybuchli
śmiechem. Tak właściwie, było już po ich występie... Mogłem
już wrócić do domu.
Mógłbym, ale
usłyszałem pewien stary kawałek, którego słuchałem lata temu.
Swego czasu, uwielbiałem go. Koordynator festiwalu zapowiedział
właśnie jakąś grupę taneczną. Usiadłem z powrotem na ławeczce.
Szczerze, byłem ciekawy jak zatańczą do Teach me how to dougie. Na
same bity chciało mi się tańczyć, ale nie byłem zbytnio
utalentowany w tym kierunku, więc wolałem pooglądać innych.
Banglo przyłączyło się do mnie.
Na scenie pokazało
się sześciu chłopaków, mniej więcej podobnego wzrostu. Mieli na
sobie czarne bluzy z kapturami i maski na twarzach. Naprawdę bardzo
dobrze się ruszali. Jeden szczególnie. Ten w zielonej masce.
Tańczył najładniej z nich wszystkich, zwracał na siebie uwagę i
dodatkowo doskonale to wiedział. I wykorzystywał. Popisywał się
umiejętnościami. Miał podobny styl do tych ludzi, którzy tańczą
na ulicy. Świetnie to wyglądało. Chłopak bez żadnego problemu
zrobił salto. Był świetny. Ale niestety, piosenka się skończyła.
Zespół skończył tańczyć i ukłonił się. Wtedy zza kaptura
chłopaka, który tak cudownie tańczył ukazały się jasnobrązowe,
przygolone po bokach włosy. Miałem uporczywe wrażenie, że
doskonale je skądś znam. Nie mogłem dopatrzeć się twarzy
chłopaka, byłem za daleko, a mój wzrok nie był jakiś wybitny.
Jednak, męczyło mnie uczucie, że doskonale znam tą osobę.
***
Stałem w
przedługaśnej kolejce do kawiarni. No tak, był weekend, dokładniej
niedziela, ludzie powyłazili z nor. Ale czemu musieli poprzyłazić
do MOJEJ kawiarenki? Innych na tym osiedlu nie ma, czy co? Nie było
wolnych miejsc, więc zostałem zmuszony do wzięcia kawy na wynos.
Mimo, że kolejka
była długa, szła w miarę szybko. Stanąłem przed kasjerką.
Rozglądnąłem się podejrzliwie. Co to, nie ma Jongupa?
- Dzień dobry!
Wybrał pan już zamówienie?- sprzedawczyni uśmiechnęła się
przesadliwie słodko. Automatycznie włączył się u mnie odruch
wymiotny, ale postanowiłem się jakoś powstrzymać.
- Tak, poproszę
cappucino. Na wynos.
- Proszę chwilkę
poczekać.
- Przepraszam...-
zaczepiłem ją, zanim odeszła, by wykonać zamówienie.- Jongupa
nie ma?
Zaśmiała się
cicho, zakrywając dłonią usta.
- Nie, w weekendy
ma zawsze wolne.
- Ah... Dziękuję.-
postanowiłem, że obdarzę ją jednym z moich olśniewających
uśmiechów, tak za fatygę.
Zrobiła kawę i
podała mi ją, razem z rachunkiem. Na jego odwrocie zapisała swój
numer. Ugh, serio?
Wyszedłem
pośpiesznie z kawiarni. Byłem nieco dobity, nie widziałem Jongupa
już ponad dwa dni. Niby nic wielkiego, 48 godzin. Potrafiłem
przeżyć bez niego 23 lata, a nie umiem dwóch dni. Co się dzieje z
tym światem...
Poszedłem okrężną
drogą, nie chciało mi się jeszcze wracać do domu. Robiło się
późno i zaczęło zachodzić słońce. Wyglądało wyjątkowo
ładnie, jako tło dla tych małych, jasnych domków, które pod
wpływem zachodu zmieniły kolor na pomarańczowy.
Byłem w połowie
drogi, kiedy usłyszałem głośną muzykę dochodzącą zza zakrętu.
Oczywiście, poszedłem w jej kierunku, bo nie byłbym sobą gdybym
tego nie zrobił. Okazało się, że na ulicy tańczyła grupa
chłopaków, w około której zebrał się nie mały tłum gapiów.
Bez głębszego zastanowienia dołączyłem do nich. Z tego co
zauważyłem, ludzie naprawdę lubią tu tańczyć. Wmieszałem się
w tłum, i zgrabnie przedarłem się na sam początek widowni, by
mieć najlepszy możliwy widok. Była to ta sama grupa, która
tańczyła wczoraj na festiwalu. Oczy mi się zaświeciły. Miałem
nadzieję, że znowu zobaczę tamtego chłopaka i odkryję kim jest,
i czy faktycznie go znam. Moje życzenia cudem zostały spełnione.
Ten chłopak był naprawdę niesamowity. Stanął na jednej ręce,
trzymając nogi w idealnym pionie. Ruszał się zgodnie z każdym
rytmu. Podobało mi się to, jak się ruszał. Ta, w pewnym sensie,
gracja każdego ruchu, który wykonywał. Biło od niego street
dance'm. Piosenka się skończyła. Nie poszedł się nawet napić,
tylko zaczął tańczyć solo. Jak dla mnie, był znacznie lepszy od
pozostałych tancerzy. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Nawet
najmniejszy gest dłoni był perfekcyjny. Jedyne co mi
przeszkadzało, to fakt, że nie mogłem złapać jego wzroku, ciągle
był w ruchu. Nie zatrzymywał się praktycznie w ogóle, a gdy już
ewentualnie to zrobił, stawał tyłem do mnie. Skończyli występ,
na który dotarłem zapewne, gdy był już w połowie. Żałowałem,
że przyszedłem tak późno... I w dodatku nie udało mi się
dowiedzieć kim jest ten wspaniały tancerz...
- Zdejmijcie
maski!- rozległ się krzyk jakiś nastolatek. W głębi serca,
dziękowałem im. Ja bym tego w życiu nie zrobił, one ułatwiły mi
zadanie. Wszyscy potwierdzili ich propozycję. Grupa tancerzy
namówiła się tyłem do nas. Tłum zamilkł, czekając na ich
decyzję. Po chwili odwrócili się do nas z powrotem.
Ustawili się w
równej linii. Najpierw zdjęli kaptury. Pokazały się włosy tego
chłopaka, i zacząłem znów je z kimś kojarzyć, ale za cholerę
nie mogłem go do nikogo dopasować. Potem zdjęli maski, a ja sam
nie mogłem uwierzyć kogo mam przed oczami. Zamrugałem gwałtownie,
jakby coś wpadło mi do oka. Nie mogłem uwierzyć, że Jongup był
tym nieziemskim tancerzem. Stałem jak wmurowany, wpatrując się w
jego rozbawioną twarz. Wszyscy wokoło wiwatowali wesoło, niektóre
fanki piszczały z zachwytu. A ja stałem tam, i gapiłem się na
niego. To stąd wzięła ta płynność ruchów. Wszystko się
poskładało, jak puzzle. Jongup zauważył mnie, stałem może i
trochę z boku, ale nadal z przodu. Obdarował mnie chyba
najpiękniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek udało mi się zobaczyć
i pomachał do mnie. Odmachałem niepewnie. Pokazał mi na migi,
żebym zaczekał aż tłum się rozejdzie. Nie musiał tego robić,
nigdzie nie miałem zamiaru się wybierać.
Gdy tłum prawie
się rozszedł, chłopak zdjął czarną bluzę, pod którą, jak się
okazało, nie było nic innego. On doprowadzał mnie do szaleństwa!
Jak mógł pokazywać mi ten jego umięśniony tors, barki, ręce,
plecy... Jak mógł? Moje nogi zaprowadziły mnie do niego, trochę
bez kontroli.
- Przeziębisz się,
jak będziesz taki goły łaził.- szturchnąłem go lekko za ramie.-
Ubieraj się, no już!
- Tak tak, hyung.-
młody śmiał się głośno, ale zgodnie z moim poleceniem włożył
na siebie koszulkę.- Skąd ty tutaj?
- Egh, wracam do
domu, tylko tak jakoś na około. Nudziło mi się.
- Mieszkasz daleko?
- Nie jakoś
specjalnie, może pół kilometra stąd.
- Mogę cię
odprowadzić, sam nie mam nic do roboty.
- Nie odmówię.
- To poczekaj
chwilkę, powiem pozostałym, że już idę. Dae, Jae! - krzyknął
podbiegając do dwóch chłopaków stojących przy sprzęcie.
Wymienili kilka zdań, Jongup wskazał na mnie palcem uśmiechając
się, tamci zwrócili na mnie uwagę, również uśmiechając się.
Potem Up pomachał do nich, i wrócił do mnie. Zauważyłem, że owi
DaeJae również zebrali się i poszli. Trzymając się za ręce.
Słodkie.
- Nie wspominałeś,
że tańczysz.- rzuciłem z pretensją w stronę Uppiego. Roześmiał
się.
- Wybacz. Nie
miałem okazji.
Szliśmy w kierunku
mojego domu. Dowiedziałem się, że on mieszka całkiem niedaleko.
Jakieś sto metrów dalej, naprzeciw. Było już ciemno, szliśmy po
chodniku, byliśmy niedaleko domów.
- Wiem, że to może
głupie pytanie...- zacząłem dziwnym głosem.- Ale ci Dae i Jae
są... ekhm, razem?
- Co?- Jongup
zmarszczył brwi, a ja pomyślałem, że palnąłem jakąś
niewyobrażalną głupotę.- A, chodzi ci o Daehyuna i Youngjae? Tak,
są razem. Już jakiś czas.
- Nie przeszkadza
ci to?- spytałem cicho.
- W sensie
homoseksualizm?- upewnił się, na co ja tylko kiwnąłem głową.-
Nie, ani trochę. Jak się kochają, to co mi do tego?
W myślach
odetchnąłem z ulgą. Victory! Momentalnie się rozluźniłem.
- A ty?- spytał
Uppie.- Co sądzisz o homoseksualistach?
Mówiłem, że się
rozluźniłem, prawda? Błąd.
- Emm... Ja w
zasadzie...no... nic nie sądzę...- wydukałem jakoś. Poczułem
jego podejrzliwe spojrzenie. Westchnąłem ciężko, decydując się
na powiedzenie prawdy. W końcu, kiedyś i tak będzie musiał się
dowiedzieć.- Sam nim jestem, mam więc dość dobre zdanie o nich...
- No wreszcie...-
chłopak odetchnął. Łejt... co? Spojrzałem na niego tak, jakby
właśnie oświadczył mi, że Ziemia jest kwadratowa, i w około
niej kręci się cały Układ Słoneczny.- Myślałeś, że nie
widziałem tego, w jaki sposób na mnie patrzysz?
Myślałem, że
zapadnę się zaraz pod ziemię. Moje policzki zapewne biły po
oczach swoją czerwienią, bo czułem jak pieką. Jongup zaśmiał
się słodko, chwytając mnie za dłoń. Spojrzałem na niego
zaskoczony.
- Więc, skoro
jesteś gejem, to nie powinieneś być zły za to, co zaraz zrobię.-
powiedział zatrzymując się na środku chodnika. Stanął na
palcach, by zrównać się ze mną wzrostem. Wpatrywał się w moje
oczy, po czym delikatnie musnął górną wargą moje usta. Chciał
się odsunąć, ale nie pozwoliłem mu na to i przejąłem kontrole
nad pocałunkiem. Nie mogłem pozwolić, żeby chłopak myślał, że
może dominować. Przybliżyłem się do niego bliżej, kładąc
dłonie na jego policzkach. Pogłębiłem pocałunek, przygryzając
lekko wargę młodszego. Poczułem, że uśmiecha się. Nie mógł
dużej utrzymać się na palcach, więc zawiesił sobie rękę na
mojej szyi, przyciągając moją twarz do swojej, powodując, to, że
musiałem się teraz lekko pochylać. Staliśmy pod latarnią, która
słabo oświetlała nasze twarze. Odsunąłem się delikatnie od
Jongupa, by przyglądnąć mu się lepiej. W jego zawsze wesołych
oczach, pojawiło się coś więcej niż zwykłe szczęście. Jakieś
uczucie, którego sam nie potrafiłem opisać, a tym bardziej nazwać.
Dalej wracaliśmy
trzymając się za ręce, gadając o jakiś pierdołach.
Zatrzymaliśmy się przed moim domem.
- Powiedz mi,
Himchan-hyung, odwiedzisz mnie jutro w kawiarni?- spytał młodszy,
gdy staliśmy przed drzwiami od mojego domu.- Jutro ja otwieram
kawiarnię. O szóstej. Nie chcę tam siedzieć sam.
- Pewnie, spróbuję
wstać o tej barbarzyńskiej porze.
- To do jutra!-
zawołał, gdy odchodził. Pomachał mi, a potem pobiegł do domu.
Poczekałem aż zniknął mi z widoku, i dopiero sam dostałem się
do domu.
***
Październik, o
godzinie 5:58 wcale nie jest ciepły. Ani troszeczkę. Niestety, ja
dowiedziałem się o tym trochę za późno, czekając na Uppiego
przed kawiarnią. Za dwie minuty ma otwierać lokal, bo zamarznę!
Na szczęście,
pojawił się w ciągu następnych paru godzin.
- Długo czekasz,
hyung?- zapytał dysząc ciężko. Biegł.
- Nie, parę minut.
- skłamałem. W rzeczywistości ślęczałem tutaj już pół
godziny. Jongup otworzył drzwi kawiarni i wpuścił mnie do środka,
zaraz po tym jak wystukał kod. Poszedł po fartuch, a ja usadowiłem
się na wysokim krześle przy barze, gdzie Jongup zazwyczaj parzył
kawę.
- Nie będziesz
siedział tam gdzie zwykle?- spytał się młodszy wychodząc zza
zaplecza.
- Nie, chcę cię
poobserwować.- zaśmiałem się. Uppie pochylił się nad blatem
baru, i pocałował mnie słodko.
- Jakbyś nie robił
tego i bez siedzenia tuż przede mną. - prychnął żartobliwie.- To
co zawsze?
- Jeśli można.
Z czasem zaczęli
się zbierać pozostali pracownicy, ale nie przeszkadzało nam to
jakoś specjalnie. Nadal zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy byli
razem. Inni postanowili to zwyczajnie ignorować. Nawet napływ
śpieszących się klientów nam jakoś nie zaimponował. Pozostały
personel zajął się tym doskonale. Przesiedziałem tam dobre parę
godzin. Niestety, Jongup zaczął być potrzebny w pracy, ale nadal
przychodził do mnie, gdy tylko znalazł chwilkę wolnego.
Całowaliśmy się właśnie, kiedy poczułem klepnięcie na
ramieniu. Obejrzałem się, a przy mnie stali Bang i Zelo, śmiejąc
się w najlepsze.
- A więc, to tutaj
znikasz na całe dnie.- pokręcił z udawanym rozczarowaniem głową
Yongguk.- Ja myślałem, że ty pracujesz i nie chciałem ci
przeszkadzać, a ty na randki chodzisz!
- A ty to co?-
wskazałem na rękę, która obejmował Junhonga w tali.- Wcale nie
lepszy.
- Gukkie-hyung
może.- Zelo pokazał mi język.
- Nie udzieliłem
młodzieży głosu.- wszyscy roześmialiśmy się.
- Tak więc, co
podać, Yongguk-hyung?- zapytał Jongup.
- Czekaj. To wy się
znacie? - wskazałem palcem najpierw na Banga, a potem na Moona. Oni
tylko się zaśmiali.
***
Może na tym
osiedlu nie było ogromnych galerii handlowych, wielu restauracji czy
też sklepów, ale była taka mała kawiarenka, którą pokochałem.
I w gruncie rzeczy,
ciesze się, że tu mieszkam, w końcu z kimś.
***
Linki do występów, jakby chciał ktoś zobaczyć:
1. Bang&Zelo http://www.youtube.com/watch?v=qLap8kJb8xU
2. Jongup http://www.youtube.com/watch?v=BgUpX6FyAMw
Linki do występów, jakby chciał ktoś zobaczyć:
1. Bang&Zelo http://www.youtube.com/watch?v=qLap8kJb8xU
2. Jongup http://www.youtube.com/watch?v=BgUpX6FyAMw

Przesłodkie <3
OdpowiedzUsuńZ wielką przyjemnością czytałam to opowiadanie a uśmiech nie schodził mi z ust :)
Jest świetne !
Zawsze będę Ci mówiła, żebyś nie przestawała pisać. I... dziękuję. Za to, że jesteś.
OdpowiedzUsuńTo teraz musze Cię trochę skrytykowac... a więc
Jejujejujejciaaaaaaaaaaaa, JAKIE TO BYŁO UROCZE I SŁODKIE I WGL AWWWWWWWWWWWWWWWWWWW
Styl pisania, oczywiście doskonały. Bardzo dobrze mi sie czytało. I zaraz... Czy Ty nie mówiłaś, że to jest nudne? Mówiłaś... Jak mogłas tak kłamac, co? Nie wolno tak... nieładnie Nikki! Ani grama nudy w tym nie było!
Tak sobie myślę.... czy ja Tobie przypadkiem za bardzo nie słodzę? To chyba nie dobrze...
A i tak baaaardzo ładnie piszesz! <3
Jak mówiłam świetnie piszesz i dziękuje za trochę Banglo *cieszy się bardzo*
OdpowiedzUsuńA co do opowiadania to cudowne i słodkie, miło się czytało. Co raz bardziej zaczynam lubieć Himup *o*. Lubię takie codzienne opowiadania, gdzie B.A.P nie jest zespołem, po za tym ciekawe wykorzystanie faktu, że Himchan uwielbia kawe i ten pomysł z ciastem *o* xD
Pisz dalej, chcę więcej!
Ómarłam...
OdpowiedzUsuń♥(
Q.Q tagie piękne że aż mi przeszedł ból ;;
Chce jeszcze jeszcze qq pls potrzeboje tego....
Kurde mam ochotę na kawę qq najlepsze to ta świetna książka XD
★ ÓMARŁAM
Kocham cię za to ♥
Weny/Wena życzę
♥
Ps przeprasza ale pisze to z telefonu i moze popelniam literowki XD i jestem za leniwa by pisac polskie znaki
Sorry sorry :3
No to ja mogę zrobić tylko takie wielkie AWWWWWWWWWWWW ^^
OdpowiedzUsuńDokładnie tak jak się spodziewałam gdy zaczęłam czytać, jest IDEALNIE Pamkętniczku
To opowiadanie było takie słodkie <3
OdpowiedzUsuńTwoje opowiadania czyta się z ogromną przyjemnością~
Ach chcę więcej! Potrzebuję więcej! Uzależniłam się od twoich HimUp X'D
Życzę ci dużo, dużo weny i więcej pomysłów na HimUp'y <3