Hej! Jak widzicie, wstawiałam nowe
opowiadanie, ale muszę was jednakże ostrzec. Zaczął się rok
szkolny i teraz będę miała mało czasu by pisać, ale postaram się
cokolwiek napisać. W razie czego napiszę notkę informacyjną,
jakbym np. nie mogła dać sobie rady, to wtedy zawieszę na jakiś
czas bloga.
Zespół: B.A.P
Paring: Himup.
Uwagi: Dziwna wola autorki.
29.10., tydzień po „wypadku”
Jongupa.
„B.A.P zawieszają karierę na
czas nieokreślony! Czyżby zmierzch walecznych wojowników?”
Odwróciłem wzrok,
obrzydzony. Żebyście tylko wy, dziennikarze, wiedzieli co tak
naprawdę się stało.
„Wypadek Moon Jongupa z B.A.P.
Wciąż czekamy na szczegóły!”
Zacisnąłem pięści
na okładce kolejnej gazety. Widniało na niej zdjęcie z promocji
Coffee Shop. Uśmiechnięty Up... Tak bardzo mi tego brakuje.
„Szpital nie udziela żadnych
informacji. Lider również nie odpowiada na pytania. Czekamy na
jakiś przeciek.”
Ohydna prasa,
pławiąca się czyimś nieszczęściem. Tak, bo to przecież wielka
okazja by wywołać skandal w mediach. W końcu, B.A.P jest dosyć
znane, prawa? Któż by nie chciał dowiedzieć się czegoś o naszym
prywatnym życiu?
Przejechałem
wzrokiem po pozostałych nagłówkach książek. Wszędzie widniał
ten sam temat - „wypadek” Jongupa. Skręcało mnie na ten widok.
Osunąłem się
głębiej w szarym fotelu, stojącym dokładnie naprzeciw szpitalnego
łóżka. Pod śnieżnobiałą pościelą leżał na wznak nikt inny
jak Uppie. Miał zamknięte oczy, przykryte gęstymi rzęsami. Pod
nimi widniały ciemno granatowo-szare wory. Kości policzkowe
wstawały zza ziemistej skóry, a same policzki zapadały się
nieznacznie. Czarne włosy opadały krótkimi pasmami na poduszkę.
Na ustach miał maskę tlenową, a do jego ciała przyczepione były
kroplówki i inne sprzęty.
Ukryłem twarz w
dłoniach. To wszystko było wyłącznie moją winą. Nikogo innego.
Jak ja mogłem go tak traktować? Gdybym opanował się na czas, coś
takiego nie stałoby się nigdy.
Jongup zapadł w
śpiączkę.
Po nieudanej próbie
samobójczej został natychmiastowo zawieziony do szpitala. Okazało
się, że jakimś cudem przeżył, ale miał mnóstwo poważnych
złamań. A ponadto, nie mógł odzyskać świadomości.
Spojrzałem
ponownie na stos gazet, leżących na stoliku obok fotela. Niedobrze
mi się robiło, gdy widziałem poszczególne hasła. Szturchnąłem
ręką kupkę makulatury, a ta spadła na podłogę, tworząc
kolorową papierową mozaikę.
Otworzyły się
drzwi, a w nich stanął zmartwiony Yongguk.
- Widzę, że już
czytałeś gazety...- wskazał palcem na śmieci, którymi akurat
bawiłem się nogą. Podszedł do mnie powolnym krokiem. Każdy ruch
zdawał się być wiecznością.- Pod szpitalem stoi tłum
reporterów, dziennikarzy, radia... I fanek.
Westchnąłem
przeciągle, przeczesując palcami blond włosy.
- Bang...-
powiedziałem, ochrypłym od płaczu, głosem. Lider spojrzał na
mnie ze współczuciem.- Nigdy mi tego nie wybaczy. Ja sam sobie nie
wybaczę.
Sięgnąłem do
kieszeni, w której ciążyła mi kartka papieru. List, napisany
przez Moona tuż przed niedoczekaną „śmiercią”. Teraz,
rozmywały się na nim poszczególne słowa, czasem nawet całe
zdania. To przez łzy, które skapywały mi z policzków zawsze, gdy
czytałem tekst. Znałem go prawie na pamięć.
- Wiem, że to jest
dla ciebie bardzo trudne, Himchan. Tak, jak dla nas wszystkich. Ale
musimy się jakoś trzymać. Zrobimy sobie przerwę, poczekamy.
Wierzę, że Jongup do nas wróci.- Yongguk uśmiechnął się słabo.
3.11.
Znowu usiadłem w
moim szarym fotelu. Patrzyłem wyczekująco na łóżko młodszego
chłopaka, jakbym mógł go jakoś w ten sposób obudzić. Niestety,
na próżno.
Kiedy tylko udało
mi się przedrzeć z dormu przez tłum różnych natrętnych
reporterów, jechałem do szpitala. Spędzałem tu każdą wolną
chwilę. Tak naprawdę, jedynie wpatrywałem się w skamieniałą
twarz Jongupa.
I tak mijały całe
dni.
22.11
Z trudnością
udało mi się dotrzeć do budynku szpitalnego. Mimo, że od skoku
Jongupa minął już prawie miesiąc, dziennikarze nadal nie mogą
się opanować i zalewają sobą każde miejsce, w którym pojawi się
B.A.P. Nie wiadomo dlaczego, ale mnie zasypują największą ilością
pytań, jakby doskonale wiedzieli co się stało.
To tylko pogarszało
sprawę.
Dotknąłem wargami
chłodnego policzka Jongupa. Z oczy pociekły mi łzy, skapując na
jego twarz. Pochyliłem się nad nim, płacząc rzewnie, niczym małe
dziecko.
11.12
Niedługo będą
święta. Zapewne spędzimy je w szpitalu. Pozostali członkowie
zaczęli się powoli przyzwyczajać do braku Uppiego. Nie rozumiałem
ich. Przecież on też był członkiem zespołu.
W związku z tym,
zmusiłem ich do zgodzenia się, żeby spędzić Wigilię w szpitalu.
W szóstkę, przecież jesteśmy rodziną.
7.01
Mam coraz mniej
czasu, żeby przychodzić do Moona. Yongguk podjął decyzję, że
powinniśmy powrócić. Z Jongupem, albo bez niego. Stawiałem się,
ale z wytwórnią nie miałem szans. Zmusili mnie do nagrywania
nowego albumu, przez co straciłem większość szans, by móc
odwiedzać młodszego chłopaka.
Zmienił się. Jego
mięśnie zmalały ze względu na brak ruchu. Niegdyś wesoła twarz,
teraz poszarzała. Włosy urosły mu mniej więcej do długości
ramion. Wyglądał jak śmierć. Mocno wychudzona śmierć. Gdybym
nie wiedział, że to on, w życiu bym go nie poznał.
4.03
Tracę nadzieję,
że Jongup kiedyś wróci. Nie poznaję sam siebie.
16.05
Siedziałem na
korytarzu przed salą, w której znajdywał się Uppie. W środku
Yongguk miał spotkanie z lekarzem prowadzącym cały czas śpiączki
młodszego.
Chcąc lub nie,
słyszałem ich rozmowę. Przygryzłem wargę, zdenerwowany. Wcale
nie chciałem wiedzieć o czym będą rozmawiać. Ani troszeczkę nie
chciałem.
- Nie możemy go
dłużej tutaj trzymać.- powiedział lekarz bardzo niskim barytonem.
Ciarki przebiegły po moim ciele, kiedy dotarł do mnie sens jego
słów. Zacisnąłem palce na rękawach swetra, który należał do
Jongupa. Lubiem nosić jego ubrania po wypadku. Przypominały mi go.
- Jak to: „nie
możecie”?- odparował Bang zirytowanym tonem.
- Mamy mnóstwo
pacjentów w cięższym przypadku! Oni potrzebują tego leczenia, a
pański przyjaciel nam zajmuje miejsce na oddziale.
Nastała krótka
cisza, przerywana nerwowym oddechem Yongguka.
- Zapłacę, jeśli
zatrzymacie go jeszcze na dwa miesiące.- odezwał się, śmiertelnie
poważny. Niemal widziałem determinacje w jego oczach.
- Ile?- opowiedział
lekarz po chwili.
- Tyle, ile będzie
trzeba.
Nie, nie chciałem,
żeby go odłączali od respiratora. O nie. To oznaczałoby jego
bezpowrotną śmierć. A teraz jest jeszcze jakaś nadzieja. Co z
tego, że nikła. To nieważne. Jest jakakolwiek.
4.06
Nagraliśmy
piosenki do nowego albumu, i niedługo zaczniemy go promować, jako
zespół, z jednym nieaktywnym członkiem. Wytłumaczenie jest
banalne: „problemy zdrowotne”. Po części było to prawdą, nie
mam racji?
Fanki trochę
narzekały, ale się przyzwyczaiły. Mnie też przecież nie było na
promocji One Shota.
27.06
Prawie zapomniano
o tym, że Jongup miał kiedykolwiek jakikolwiek wypadek. Ogólnie,
zapomniano o nim. Jakby przestał istnieć.
A ja nadal
spędzałem każdą wolną chwilę, czekając aż otworzy oczy.
10.07
- Himchan, wiesz,
że jeśli się nie wybudzi w tym tygodniu...- zaczął Bang smutnym,
zgorzkniałym wręcz, głosem. Byliśmy w salonie naszego dormu.
Panowała głucha cisza przerywana pięcioma oddechami. Siedziałem
na kanapie z podkulonymi pod brodę kolanami. Obejmowałem nogi
ramionami. Oparłem na nich czoło i pozwalałem łzom spokojnie
spływać po mojej twarzy. Naprzeciw mnie siedział Yongguk ze
zwieszoną głową, a obok niego pochlipujący cichutko Zelo. Daehyun
stał do mnie tyłem, ale widziałem po ruchach jego pleców, że on
także płacze. Youngjae siedział na podłodze starając się
powstrzymać szloch.
- Naprawdę mi
przykro.- kontynuował Bang.- Wiem, że to dla ciebie szczególnie
trudne i bolesne, ale musisz być silny. Teraz nic już nie zależy
od nas.
16.07
Przyszedłem
zobaczyć się ten ostatni raz z Jongupem. Wstałem specjalnie o
świcie, żeby spędzić z nim ostatni ostatni dzień jego życia.
Chciałem być tam przez cały czas. Wtedy kiedy będą zabierać
jego rzeczy, aż do czasu kiedy odepną od niego maszyny kontrolujące
pracę serca. Chciałem być tam i trzymać go ten ostatni raz za
rękę.
Więc stałem nad
jego łóżko wpatrując się w te wiecznie zamknięte oczy.
Zacisnąłem pięści, powstrzymując się resztkami sił od
histerii. Pokiwałem bezradnie głową.
Na piętrze, na
którym się znajdywaliśmy było wyjątkowo cicho. Jedynie
przerywany dźwięk respiratora mącił cisze. Za oknami zmierzchało
się.
Chwyciłem dłoń
Jongupa. Kościstą i bardzo kruchą, wyglądającą, jakby należała
do wiotkiej kobiety, a nie silnego, wysportowanego mężczyzny,
którym Uppie kiedyś był. Z moich ust wydał się pojedynczy jęk
szlochu.
Nienawidziłem
siebie, za to, że doprowadziłem go do takiego stanu.
Zamrugałem
gwałtownie, bo usłyszałem zmianę rytmu pikania urządzenia.
Podniosłem natychmiastowo głowę, spoglądając na linie EKG. Jej
zakrzywienia zaczęły ukazywać się coraz częściej, prawie
pozbywając się asystoli.
Po moim ciele
rozlało się gwałtownie ciepło, zaczynając od serca. Więc jego
serce zabiło o własnych siłach! Równym, niezmiennym, zdrowym
rytmem. Otarłem przedramieniem oczy, wybierając numer do Banga. Nie
odbierał, więc wysłałem mu wiadomość, żeby przyjechał
najszybciej jak może.
Usiadłem na brzegu
łóżka, czekając na jakiś najmniejszy ruch Jongupa. Dokładnie
śledziłem jego ciało, w szczególności delikatne ruchy klatki
piersiowej sygnalizujące płytkie oddechy. Usłyszałem świst
łapczywie wciąganego powietrza. Momentalnie zwróciłem wzrok ku
twarzy Uppiego. Jego usta uchyliły się, a powieki ścisnęły. Na
twarzy pojawił się wykrzywiony grymas.
Czas się
zatrzymał. Sekundy mogły być godzinami; godziny tygodniami;
tygodnie dekadami. To się nie liczyło. Znowu ujrzałem jego, czarne
jak węgliki, oczy.
Mrużył powieki,
świtało oślepiało go po tak długim czasie. Ścisnąłem mocniej
jego rękę, dając o sobie znać. Spojrzał na mnie nieprzytomnym
wzrokiem, jakby kierowany wyłącznie instynktem.
- G-gdzie ja
jestem...?- wychrypiał suchym głosem. Wybuchłem płaczem, nie
mogąc odpowiedzieć na pytanie, które chłopak mi zadał.
- Himchan?- spytał
tamten, jakby nagle przypomniał sobie kim jestem. Z trudnością
obrócił ku pnie głowę. Widziałem jak przed oczami pojawia się
wszystko co stało się tuż przed tym jak spadł z dachu. List,
który napisał. Ja, stojący przy krawędzi budynku, wyciągający
bezradnie rękę, by go chwycić. Jego uśmiech i spojrzenie w
gwiazdy.
Wpiłem się
łapczywie w usta leżącego chłopaka. Jongup nie mógł się
ruszyć, ale czułem, że ze wszystkich sił próbuje oddać mi
pocałunek z taką samą siłą. Ująłem w dłonie jego policzki. I
przybliżyłem jeszcze bliżej siebie, żeby nasze czoła się o
siebie oparły. Czułem jego nadal słaby oddech. Z moich oczy
wypływały hektolitry łez, które natychmiastowo skapywały na
twarz i włosy Uppiego. Czułem również to, jak próbuje mnie objąć
osłabioną dłonią. Podniosłem go do pozycji siedzącej i oparłem
na swojej klatce piersiowej. Z trudem zmusił wychudzone ręce do
objęcia mnie. Wtulił się głową w miejsce pomiędzy moim
obojczykiem, a ramieniem.
-Patrz, gwiazdy.-
wskazał podbródkiem na niebo za oknem. Nie obchodziło mnie to, co
jest tam na zewnątrz. Liczyło się to, że on znowu tu był.
W tym samym
momencie otworzyły się drzwi od sali, a do środka wparował
Yongguk wraz zresztą zespołu. Stanęli jak wmurowani widząc
siedzącego przy mnie Jongupa. Zamrugali gwałtownie. Pierwszy
otrząsnął się Youngjae. Podszedł do nas i rzucił się nam na
szyje, przewracając nas tym samym na łóżko. Zaraz potem dołączył
do nas Daehyun, a później Zelo. Musieliśmy trochę namawiać
Yongguka, ale on ostatecznie również też się przytulił.
19.09
- Jak miło was
znowu widzieć w pełnym składzie! - zawołała prezenterka show.
Przytaknęliśmy wszyscy z uśmiechami na twarzach.
W ciągu dwóch
miesięcy Jongup odzyskał zupełną sprawność i mógł dalej
występować z nami. Spojrzeliśmy się na siebie dokładnie w tym
samym momencie, dyskretnie łapiąc się za ręce za plecami.
- Nam też miło
znowu występować w pełnym składzie!- odpowiedzieliśmy chórem.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz