niedziela, 20 października 2013

Biel

Nikki jest smutno, bo ani nie odwiedzacie bloga, ani nic nie komentujecie nooo. Ja tu się staram, na biologii pisze, a wy nic :c To okrutne!
A przy okazji – chamska reklama. Zapraszam na drugiego bloga, którego współtworzę --->  http://crooked-young-life.blogspot.com/

Zespół: B.A.P
Paring: Banglo
Uwagi: No nie wiem jakie dać ;;



             Uśmiechnąłem się sam do siebie, widząc wschód słońca przez otwarte na oścież okno. Podniosłem się do siadu, by móc dokładniej oglądnąć wędrówkę słońca bo ciemnym jeszcze niebie. Oparłem się gołymi plecami o zimną ścianę. Natychmiastowo, moje ciało przeszedł dreszcz, ale postanowiłem go zupełnie zignorować. Usadowiłem się wygodniej i skierowałem, zmęczone bezsennością, oczy na okno. Wiał chłodny wiatr. Wdzierał się do mojego małego, ciemnego pokoju, owiewając chłodnym powietrzem moje półnagie ciało. Ziewnąłem szeroko. Brak snu stanowczo mi nie służył. Owinąłem się cienką kołdrą, by móc spokojnie oglądać wschód. Gdybym tylko mógł, zatrzymałbym tą chwilę i trwałbym w niej do końca swojego, oby krótkiego, życia.
Lecz, czas nieubłaganie płynął do przodu, zostawiając daleko za sobą wspaniałe, szczęśliwe, spokojne chwile, przywracając nas do brutalnej rzeczywistość, którą niekiedy bardzo trudno nam znieść. Usłyszałem trzask głośno zamykanych drzwi na dole. Zacząłem się ubierać, bo wiedziałem, co zaraz nastąpi.
- Junhong! Złaź na dół gówniarzu!
Dzień dobry, nazywam się Choi Junhong. Dla przyjaciół Zelo. Mam 17 lat, za cztery dni 18. Mieszkam na obrzeżach Seulu, wraz z matką i jej niewyżytym kochankiem. Ojciec, sprawca nieznany. Nie mam rodzeństwa. Do szkoły powinienem chodzić, ale nie robię tego już od dłuższego czasu. Uzależniony od deskorolki, papierosów i pomidorków koktajlowych.
- Już schodzę – dopowiedziałem na tyle głośno, by matka mnie usłyszała. Ubrałem się w zwykłe dżinsy i ciemną bluzę z kapturem, zasłaniającą doskonale całe poranione ręce. Poczochrałem czerwone włosy i zszedłem na bosaka do kuchni.
To, co tam zobaczyłem, nie zdziwiło mnie już ani troszeczkę. Matka opierała się w rozkroku o blat, a jej kochanek lizał jej szyję i miętosił bezładnie gołe piersi.
Scena jak z każdego mojego poranka. Podszedłem do lodówki, ignorując ich. Lodówka – pusta. Też nic dziwnego.
- Kiedy któreś z was dostanie pensje? - spytałem zaglądając do każdej szufladki po kolei, by znaleźć chociaż trochę jakiegoś jogurtu. Znalazłem, co prawda poziomkowy, no ale może być. Zawsze mam jakieś zapasy jogurtów, bo oni ich nie lubią.
- Hongie- nienawidzę tego przezwiska. Szczególnie, gdy wypowiada je moja rodzicielka. - Gdzieś w salonie powinien być mój portfel. Kup nam coś. I zostaw nas samych, kochanie.
Kochanie... Jak ja jej nie cierpię. Ten jej kochanek... Maeri? Tak mu? Nieważne... W każdym razie, on jej płacił. Za każdy seks. Dosłownie. Była taką dziwką, mieszkającą w jego domu. W dodatku z synem.
Bez słowa wyszedłem z kuchni, zostawiając ich samych sobie. Niech sobie robią co chcą, mnie to nie obchodzi. Wziąłem jeszcze tylko pieniądze z tego zasranego szarego portfela i wyszedłem z domu. Byle mieć to wszystko już z głowy.
W dupę wsadźcie sobie jedzenie. Pieprzyć was. A raczej, pieprzcie się, to bardziej do was pasuje.
Podszedłem do pierwszego lepszego kiosku i kupiłem sobie paczkę papierosów. W tym miejscu nikt nie zważał na to ile masz lat, jeśli tylko chcesz cokolwiek kupić. Bieda, duża bieda. Najwyższy wskaźnik bezrobocia i kryminalności. Jeśli chcesz kupić jakąś używkę, najlepiej zrobić to właśnie tutaj. Najniższe ceny i dostępność praktycznie każdego rodzaju narkotyku, alkoholu albo papierosów.
Wyciągnąłem jednego i podpaliłem, zaciągając się głęboko. Uwielbiałem jak nikotyna przepełzała cierpkim smakiem przez moje podniebienie, po czym uderzała do nosa aromatycznym dymem. Usiadłem na krawężniku jezdni, patrząc na przechodniów. Było mi względnie dobrze. Papierosy w jakimś stopniu odciągały mnie od tego, co działo się u mnie w domu, pozwalały zapomnieć, o tym jak bardzo nienawidzę tam przebywać.
- Ne, młody, strawią ci się płuca, jak będziesz tyle jarał – usłyszałem bardzo dobrze znany mi głos.
Bang Yongguk, lat chyba 23, o ile się nie mylę. Mój najlepszy przyjaciel, znam go od kiedy byłem małym kurduplem. Można by powiedzieć, że po części wychował mnie na osobę, którą jestem teraz. I szczerze, bardzo mu za to dziękuję. Nie wiem kim byłbym bez niego.
I wszyściutko byłoby w najlepszym porządeczku, gdyby nie fakt, że byłem w nim na zabój zakochany. Kochałem jego wieczne roześmiane oczy, mimo wszystkich problemów, które spadły na niego w tak młodym wieku. Jego matka zachorowała parę miesięcy temu na białaczkę, więc Yongguk musiał brać dwa etaty w pracy, by jakoś zarobić na siebie i chorą matkę. Mimo to, znajdywał czas nawet dla mnie, jakiegoś bachora z ulicy.
- Witaj, Gukkie – poklepałem miejsce na krawężniku tuz obok siebie. Przysiadł się. Podałem mu paczkę papierosów, by wziął jednego, mimo iż doskonale wiedziałem, że nie weźmie. Nie palił. - Jak tam mama?
- Jest na razie stabilnie, ale nie wiadomo ile to potrwa – odpowiedział spuszczając wzrok, ze mnie na własne buty. - A u ciebie nadal tak samo?
A, właśnie, zapomniałem powiedzieć. Yongguk wie o mnie wszystko. No dobrze, prawie wszystko, z wyjątkiem dwóch rzeczy. Nie wie, że się tnę i że kocham go nad swoje marne życie.
- Dokładnie – zaciągnąłem się ponownie papierosem. - Ciągle to samo.
- Nie sądzisz, że to cię przytłacza? - zapytał z troską.
- Przytłacza, w chuj przytłacza – opuściłem smętnie głowę. Bang przytulił mnie przyjacielsko ramieniem, czochrając mi przy tym włosy.
- Nie martw się Jelly, jakoś będzie. Obiecuję ci to – powiedział przyciskając mnie jeszcze bliżej siebie. Poczułem zapach jego nowej, mocnej wody kolońskiej. Gdybym mógł, wtulił bym się w niego całym ciałem, żeby czuć się chociaż trochę bardziej bezpieczny. Ale nie mogłem tego zrobić. Nie mogłem zdradzić swoich uczuć, to by mnie tylko pogrążyło.
- Hyung, ty zawsze obiecujesz – powiedziałem, wyrywając się z pozorowaną niechęcią z jego uścisku. Tak naprawdę, mógłbym trwać w nim wiecznie. Ale niestety, nie mogłem. A nie chciałem sobie sprawiać tym dodatkowego bólu. Kontynuowałem wypowiedź. - Ale jeszcze nie spełniłeś żadnej obietnicy.
Spoważniał. Jego oczy posmutniały na chwilę, a z twarzy zniknął tak uwielbiany przeze mnie uśmiech.
- Przepraszam – odezwał się cicho, zupełnie niepodobnym do siebie głosem. Takim dziwnie przepełnionym goryczą. - Wiem, że to są tylko puste słowa, ale uwierz mi, kiedyś jeszcze będzie lepiej.
- Z pewnością – prychnąłem.
Dopaliłem papierosa, i zdeptałem peta. Wstałem, odwracając głowę
- Yongguk-hyung? - zagadnąłem patrząc w ciemne, zachmurzone niebo. Bang również stanął obok mnie. Przyglądał mi się uważnie, co odnotowałem kątem oka. - Sądzisz, że Himchan może mieć coś przeciw mojej wizycie u was dzisiaj?
                                                                                           ***
              Kim Himchan, lat stanowczo 23. Współlokator Yongguka. Często zastępuje mi rodziców. Naprawdę, wychowuje mnie, jakbym nie był jakimś obcym dzieciakiem z ulicy, tylko jego młodszym bratem. Zrobił dla mnie tyle dobrego... Jak dla mnie, mógł spokojnie zastąpić moją „rodzinę”.
I pod jednym względem, ufam mu nieco bardziej niż Bangowi. Himchan wie o mnie dokładnie wszystko. Wie, że się tnę, wie że kocham Yongguka. Ale na moją prośbę nie interweniuje w to drugie. Za to w to pierwsze tak, i to całkiem często.
Weszliśmy do salonu w mieszkaniu jego i Banga. Himchan siedział rozłożony na fotelu i przeglądał znudzonym wzrokiem program telewizyjny. Gdy tylko nas zauważył, jego wzrok ożywił się znacznie. Wstał i od razu podszedł do mnie. Byłem od niego sporo wyższy, jednak nie przeszkadzało mu to w poczochraniu moich czerwonych włosów.
- Jelly! - zawołał rozradowanym głosem, jak babcia, która przez lata nie widziała ukochanego wnuczka. Przytulił mnie, jednakże od razu odsunął się na dobry metr. - Znowu paliłeś, hę?
- Wybacz Hyung, taki nawyk- zaśmiałem się. Zawsze reagował tak samo. Już od kilku lat, dzień w dzień, dokładnie tak samo.
- Ble, ty mi o nawykach nic nie mów – żachnął. Podreptał do kuchni, a ja z milczącym do tej pory Yonggukiem, za nim. Usiedliśmy przy małym stole w rogu podłużnej kuchni, której większość zajmował szary, dosyć stary i wysłużony blat. - Młody jesteś, całe życie przed tobą, a ty mi tu o nawykach gadasz.
Yongguk zaśmiał się przyjacielsko, a ja tylko prychnąłem rozbawiony. Himchan zaczął krzątać się po kuchni, wyjmując z różnych miejsc, coraz to nowsze przedmioty.
- Słuchajcie...- zwróciłem się trochę niepewnie po chwili ciszy. Hyungowie od razu podnieśli głowy zainteresowani- Mogę zostać dzisiaj u was na noc?
- Jasne, nie ma sprawy – powiedział Himchan, zanim zapewne nawet pomyślał. - Prawda, Gukkie?
- Ja i tak mam wieczorem pracę – opowiedział tamten niemrawo. - Wrócę dopiero jutro wieczorem.
Zabolały mnie te słowa. Dziwne. Nie jest mi przykro, gdy widzę matkę pieprzącą się z jakimś facetem, a krzywdzą mnie słowa, które nawet nie miały mnie obrazić. Ba, nawet nie były skierowane do mnie.
Chciałem tylko być przy Yongguku. Śmiać się z nim, po prostu być z nim.
Opuściłem wzrok zmieszany. Bang wyszedł z kuchni, mówiąc cicho, że musi się spakować do pracy. Himchan przyglądał się w ciszy. W końcu stanął przodem do mnie, opierając się o blat. W jego oczach widziałem troskę, która czasem mnie przytłaczała. Czułem, że nie zasługuję, żeby mnie tak traktował.
- Eh, dzieciaku...- westchnął, kręcąc zrezygnowanym gestem głową. Przejmował się mną, za co byłem mu niezwykle wdzięczny. Zastanawiałem się, czy gdyby jego nie było, to ktoś przejmowałby się mną.- Trzeba coś z tobą zrobić, widzę jak się wykańczasz. I nie podoba mi się to.
- Himchan, przepraszam, że musisz się mną przejmować...– zacząłem, ale hyung nie pozwolił mi skończyć.
- Weź nawet nie zaczynaj tej śpiewki od początku!-podniósł głos, ale zaraz opanował się. Zacisnął szczękę, jakby dusił coś, co chciał powiedzieć. Odetchnął głośno. - Powiesz mu kiedyś?
Zaśmiałem się gorzko, opierając głowę o ścianę, przy której stał stolik.
- A jak myślisz? - powiedziałem głosem męczennika.- To chyba oczywiste, że nie.
- To cię wykańcza, młody – znowu odwrócił się tyłem do mnie i zajął się gotowaniem. Takie rozmowy były często przeprowadzane. Himchan prawie zawsze próbował mnie przekonać, żebym coś zrobił. Ale nie miałem zamiaru go słuchać.
- Musisz coś ze sobą zrobić, nie wiem, odciąć się od tamtych ludzi...- mówił bardziej do siebie niż do mnie. Marszczył czoło, zastanawiając się.
-Hyung – odwrócił się, patrząc jakby zaskoczony. - Nie ma co ze mną zrobić. Będzie tak jak jest, i nigdy się nie zmieni. To jest beznadziejna sytuacja, z której nie ma wyjścia. I nieważne, jak bardzo starałbym się, zawsze będzie tak samo. Ktoś, kto został raz zarażony taką biedą i nicością, nigdy się z tego nie wyleczy.
- Zelo-ah...- Himchana zatkało. Podszedł do mnie i zrównał się ze mną wzrokiem. Oczy miał jakby zeszklone. Nagle po jego policzku popłynęła łza, a zaraz za nią mnóstwo następnych. Otarł je wewnętrzną strona dłoni.- Przepraszam, nie powinienem tak na ciebie naskakiwać.
Nie skomentowałem, po prostu uśmiechnąłem się ciepło
                                                                                            ***
- Do jutra! - krzyknął Bang, gdy wychodził. Odpowiedziałem mu niewyraźnym pomrukiem. Czułem się beznadziejnie pusty. Nic nie było dla mnie ważne w tamtym momencie. Siedziałem skulony na kanapie, wpatrując pusto w drzwi, za którymi zniknął Yongguk.
Biało. Jest mi biało. Pusto, nijako, ślepo. Biało. Czułem, że tak naprawdę jestem bezsilny, nic ode mnie nie zależy. Ten dzień był normalny. Biały. Nie wyróżniał się.
Opuściłem głowę, chowając twarz. Płakałem.
Himchan się tylko przyłączył. 
Przysiadł się do mnie, obejmując mnie ramieniem. Próbował mnie jakoś rozweselić, ale kiedy zauważył, że to nie działa, dał spokój. Dokładnie obejrzał moje świeże blizny na nadgarstkach, ja nie miałem siły się bronić. Z resztą, nie było sensu. Nie ma po co bronić się przed hyungiem. Opatrzył rany. Przytulił mnie mocno do siebie, w prawie matczynym geście. Rozryczałem się wtedy. Nie mogłem pohamować szlochu wydobywającego się z moich ust. W końcu, on też się rozpłakał. 
Nadeszła noc. Biała noc.
                                                                                               ***
Dajcie jakiś komentarz Nikki, dobrzee?

9 komentarzy :

  1. Trzeba komentarze pisać, bo nikki która się komentarzami żywi zaraz nam z głodu umrze.
    Kofciam to opko ^^ strasznie mi się podoba. Nie mogę się doczekać następnej części.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja strasznie lubię czytać Twoje opowiadania.
    To wyszło super. Jak zawsze zresztą.
    Weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję, bardzo mi miło. Postaram się pisać jeszcze lepiej, by Cię nie rozczarować.

      Usuń
  3. Płakusiam z Zelusiem
    T^T

    OdpowiedzUsuń
  4. Prawie się popłakałam... ej, smutne to...

    Czemu piszesz smuty... nie lubię ich... chociaż są piękne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudne. Podoba mi się wykreowany przez Ciebie Zelo. Nie mogę się doczekać, co będzie dalej.
    JiHan

    OdpowiedzUsuń
  6. Na wstępie "Ojciec, sprawca nieznany" - to było rozbrajające.
    Zgodzę się z JiHan Kae - Bardzo podoba mi się wykreowany przez Ciebie Zelo. Naprawdę czytałam wiele opowiadań o B.A.P gdzie zazwyczaj Zelo jest małym, słodkim chłopcem. Nawet jeśli inni są źli on i tak jest zagubiony i szuka pomocy.
    A tutaj? Łał nie spodziewałam się. Pali papierosy, jego matka ... ghhh co tu dużo mówić. Można się tylko modlić o to żeby nie mieć takiej rodziny.
    Zapracowany Bang pracujący na chora matkę i troskliwy Himchan - to takie wzruszające i smutne. Zazwyczaj unikam angstów, bo po nich ryczę jak opętana, ale tego naprawdę nie da się nie czytać. Piękne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudne, cudne i jeszcze raz cudne. Jak na chwilę obecną jest to moje drugie opowiadanie z Twojego przewspaniałego bloga. Zabieram się za dalsze czytanie, życzę dużo weny!
    ~Marta

    OdpowiedzUsuń