środa, 2 kwietnia 2014

Róż - to czego zwyczajne oczy nie widzą.





Wracam do pisania!
Tym razem już naprawdę obiecuję, że będę w miarę regularnie dodawać posty!
Dziękuję Yume, Yumesiowi, Yumeczkowi itd. za betę i wiarę w me możliwości, Tifie za fangirlowanie, to było urocze, i jednej osobie, która ciągle karze mi się rozwijać, mimo, że czasem jestem bardzo oporna.

Siedmiomilowe buty,
czyli jak przechytrzyć smoka

             Odchyliłem się do tyłu na fotelu, opierając kark o zagłówek. Kichnąłem potężnie, co spowodowało śmiech u CL, siedzącej tuż obok mnie, na szarej, skórzanej pufie. Zawsze twierdziła, że śmiesznie kicham. Jak jeszcze dawno temu byliśmy razem, to śmiała się za każdym moim kichnięciem. Nawet teraz, gdy jest z Taeyangiem, tak reaguje. To chyba jej już zostanie.
Spojrzałem na zgromadzonych zmęczonym wzrokiem. Chaerin, Youngbae, Daesung, nawet Bom, i jeszcze jedna osoba, której nigdy bym się nie spodziewał. Młody chłopak, skrywający swe oczy za fioletowymi szkiełkami okrągłych, staromodnych okularów – Jongup. Bommie została do wszystkiego wciągnięta, mimo iż chciała tylko sprawdzić powierzchownie co u nas, jak żyjemy i takie tam. Można było mówić o niej naprawdę mnóstwo negatywnych rzeczy, ale jej opinia była bardzo ważna, wręcz niezbędna do dużych przedsięwzięć.
- Więc, waszym zdaniem powinienem go tam trzymać, aż nie zacznie przymierać z głodu i smrodu, tak? - uniosłem lewą brew, patrząc na nich spode łba. Bom poprawiła się w krześle, zakładając nogę na nogę, a Jongup oparł ręce o okurzony parapet, Daesung odchrząknął.
- No, myślę, że tak byłoby nam wszystkim najwygodniej – Bae strzelił z palców prawej ręki, kierując głowę w moją stronę. Jego blond włosy były pozaplatane w mnóstwo warkoczyków, co było sprawką siedzącej obok niego Chae. Wyglądał przecudownie, jak na mafiozę przystało.
- A ma być nam wygodnie, czy ma zadziałać? - ziewnąłem, wpatrując się pusto w zasłonięte okno za plecami młodego Jongupa. Spać, sen, łóżko, proszę, już.
- A idźże w cholerę – prychnął Taeyang. Wstał i wyszedł, ciągnąc za sobą Chaerin.- Sam sobie decyduj.
- Wiesz, Jiyong, ja też jestem już zmęczona. Wszyscy jesteśmy – powiedziała Bom, wstając powoli. - Mąż na mnie czeka, obiecałam mu, że wrócę na kolację, a tymczasem już prawie noc. Przepraszam. Jakby co, to zawsze możesz zadzwonić, żebym przyszła.
Nie próbowałem jej nawet zatrzymywać, machnąłem jej tylko zdawkowo dłonią.
- To ja może...-zaczął Daesung.
- Pewnie, dobranoc – przerwałem mu. Zmrużyłem oczy, patrząc jak wychodzi. Został sam młody. – A ty co?
- A ja mam ci zamiar pomóc, szefie – uśmiechnął się tamten.
Wróżę mu wspaniałą przyszłość, sam zadbam żeby taka była.
***
              Wchodząc do obskurnego bunkra, musiałem się wręcz siłą powstrzymywać, żeby nie zwymiotować śniadania, które i tak ledwo przełknąłem. Nie mogłem uwierzyć, że kazałem komuś pracować w takim miejscu. Tu przecież nie dało się normalnie oddychać!
Ale, jak to mówił mój świętej pamięci dziadek, jak trzeba, to trzeba, i nie ma wymigiwań się. Zaśmiałem się gorzko.
Usiadłem na twardym, wyjątkowo niewygodnym, drewnianym krześle. Naprzeciw mnie siedział Seungri, cały oblepiony potem, kurzem, krwią i Bóg wie czym jeszcze. Wyglądał jak niechciane dziecko stróża, absurdalnie brzydko. O dziwo, nawet mnie to nie ucieszyło. No bo to w końcu mój wróg, prawda? Powinienem się cieszyć, że jest z nim źle. Tymczasem, niestety, tak nie było. Może zachorowałem?
             Uniosłem nieco wyżej podbródek, żeby lepiej się przyjrzeć jego oczom. Skurczybyk, miał coś w sobie. Niby ciemne, brązowe oczy, jak na Koreańczyka przystało, ale było w nich coś niezwykle innego. Czarny pierścień przylegał do obwodu tęczówki, a w jego środku błyszczał brąz, pomieszany z miodowym złotem. Tuż przy gwałtownie rozszerzającej i zmniejszającej się źrenicy, wręcz widziałem jakby granatowy płomyk, połykany przez większe, pomarańczowe. Szarawy blask, być może nieznanego mi wcześniej księżyca, zdawał się być zaklętym w jego oczach, niczym złowrogie zaklęcie. Miałem ochotę się mu poddać, ale wtedy zauważyłem kolejną sztuczkę, wręcz złudną, nieprawdziwą zieloną mgiełkę, ledwie pokrywającą okręg źrenicy. Jakże nierealne wydawało mi się posiadanie takich tajemniczych oczu.
Wyglądało to jak najpiękniejszy deser, najbardziej słodki, najbardziej zwodzący.
Cmoknąłem ustami wyrafinowanie, skupiając uwagę raczej na tym co robił, a nie jak wyglądał. Siedział spokojnie, jego klatka piersiowa unosiła się miarowo, może ciut zbyt wolno, ale jak najbardziej przyzwoicie. Był aż nadto spokojny, co mnie nieco niepokoiło. Było w nim coś innego, dziwnego. Wcześniej nie zaobserwowałem tego u żadnej osoby. Każdy kto mnie spotykał, bał się mnie. Tym bardziej, jeżeli przyszło mu rozmawiać ze mną twarzą w twarz. A on nic, spokojny, prawie nawet rozluźniony. Co z nim było nie tak?
Zmrużył powieki, doszukując się czegoś w moich oczach. Emocji, wyjaśnienia... czegokolwiek? Kąciki ust drgnęły mu nieznacznie, jakby powstrzymywał uśmiech. Znalazł coś? Na to wyglądało, ponieważ oparł się bardziej pewny siebie na krześle, krzyżując ręce na piersi.
- Więc, jak mam cię nazywać? - powiedział skrzekliwie. Miał suche gardło i widocznie utrudniało mu to mowę. Wyciągnąłem z mojej skórzanej torby butelkę wody i postawiłem na stoliku. Przyjrzał się jej dokładnie.
- Nie, nie zatrułem jej. Nie mam powodu cię zabijać, przynajmniej teraz – uśmiechnąłem się zdawkowo. Wziął butelkę i wypił chyba z połowę jej zawartości.
- Ponawiam pytanie – odrzekł obojętnym tonem.
- Mów jak chcesz. GD, G-Dragon, Dragon, mi obojętnie - odpowiedziałem wzruszając ramionami.
- A jak masz na imię? - spytał nieoczekiwanie.
- A ty? - podobno niekulturalnie jest odpowiadać pytaniem na pytanie. Ale z drugiej strony, niekulturalnie jest również porywać ludzi, więc w zasadzie bez różnicy.
- Pierwszy spytałem – prawie jak małe dziecko.
- Jiyong – sam nie wiem, czemu mu odpowiedziałem. Może magia zaklęta w jego tęczówkach mnie do tego nakłoniła.
- Seunghyun – powiedział pewnie.
- Seunghyun? - powtórzyłem, bo zdawało mi się, że źle usłyszałem.
- No Seunghyun. Tak, tak samo jak mój brat. Czemu? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że jesteśmy z dwóch różnych ojców, a matce podobało się to imię, cholera ją wie. Po tym babsku można było się dosłownie wszystkiego spodziewać – chłopak był gadatliwy, i doskonale było widoczne, że wspomina matkę dość gorzko i nieprzyjemnie. Ciekawe. - Pozwól jednak, że poproszę cię, żebyś zwracał się do mnie Seungri.
- Seungri, Seunghyun, dla mnie to nie ma większego znaczenia – pokręciłem głową, rozkładając ręce. Ściągnął brwi. - Przychodzę do ciebie z paroma pytaniami.
- A co się takiego wielkiego stało, że aż sam się do mnie pofatygowałeś? - prychnął. - Nikt nie miał cię jak wyręczyć? Czy może jestem aż takim vipem?
- Nie myśl sobie zbyt dużo – barwa mojego tonu przybrała lodowaty wydźwięk. Wiedział, że nie powinien był się tak odezwać, zacisnął pięści ze stresu. - Spokojnie, być może niedługo wrócisz do brata. Chyba tego chcesz?
- A co jeśli nie? - opuścił wzrok, wpatrując się tym razem w swoje zaciśnięte dłonie.
- To mamy oboje problem – westchnąłem. Ten chłopak stanowczo był jakiś inny. Dziwny. - Możesz mi odpowiedzieć na parę pytań. Wtedy cię wypuszczę, albo zabiję. Zależy, co bardziej by mi się opłacało.
- Tak, najważniejszy jest zawsze interes, prawda? - sarknął. - Wy i wasze pierdolone biznesy. Oboje jesteście tacy sami, ty i Seunghyun. Tyle, że ty masz rozmach i klasę. Skurwysyn z zimną krwią.
- Hej, hej, co tak ostro. Ja próbuję po dobroci, a ty mi z takimi tekstami wyłazisz – strzeliłem z palców lewej ręki, kierując na niego przenikliwy wzrok. Cały się gotował w środku, ale próbował się powstrzymywać. Wiedział, że na dobre mu to nie wyjdzie. Zasadniczo, za to co mi powiedział, powinien być już martwy. Zbyt dużo od niego zależy. No i szkoda tak pięknych oczu.
- Po dobroci?! A to?! - wskazał na swoją ranę na policzku, cała zaropiałą. Potem jeszcze na zakrwawione ubranie, a na samym końcu cały bunkier. - To ma być po dobroci?!
- Słońce, nie piekl się, bo ty chyba nie wiesz, co ja potrafię robić z innymi więźniami – uśmiechnąłem się ponuro.
- I chyba nie chcę wiedzieć – splunął na podłogę obok stolika.
- Zapewniam, że nie chcesz – prychnąłem.- Dobra, proponuję taki układ. Wezmę cię stąd do mojego mieszkania, tam opowiesz mi wszystko, a potem cię wypuszczę. Co ty na to?
- A mógłbyś mnie potem zabić? - odezwał się zgorzkniale.
- Mógłbym, ale po co? - uniosłem brwi.
- Tak będzie łatwiej dla nas obojga – westchnął. - Ja nie mam gdzie wrócić.
- A brat? - zapytałem.
- Nie biorę go pod uwagę – uniósł wzrok, wpatrując się we mnie. - Zgodzę się na twoje warunki, jeśli po opowiedzeniu ci wszystkiego, zabijesz mnie. Szybko i bezboleśnie.
- Dla mnie to naprawdę wszystko jedno – chociaż bardzo szkoda tych cudownych oczu. - Nawet, jeśli umrzesz, tak będzie dla mnie lepiej.
- Ale zabić masz mnie ty, nie żaden twój przydupas – powiedział chłodno.
- Jasne – odpowiedziałem.
***
              W moim mieszkaniu byłem prawie gościem. Bardzo rzadko w nim bywałem, moim domem była praca. I bynajmniej, nie było mi z tego powodu przykro. Dawno temu się z tym pogodziłem.
- S'il te plait, monsieur– powiedziałem, otwierając dębowe, dźwiękoszczelne drzwi wejściowe.
- Merci beaucoup – odpowiedział, wchodząc do środka pierwszy. - Powiało szarmancją.
- Francuski jest zbyt pięknym językiem, żeby się go nie uczyć – westchnąłem.
- Więc co, kiedy zaczniesz mnie przesłuchiwać? - zapytał sarkastycznie, siadając na beżowej zamszowej kanapie.
- Pierw się umyj. Cuchniesz na kilometry – stęknąłem, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia od ciągłej formalności.
- Nienaganna uprzejmość, panie Jiyong – stwierdził sarkastycznie.- A masz jakiś ręcznik i cokolwiek nie poplamione krwią?
- Tak, pewnie – odpowiedziałem szybko – Versace, Armani, Scott, Dolce? Boy? Givenchy? Gucci?
Spojrzał na mnie zrezygnowanym wzrokiem.
- Ubranie? -syknął.
- Tańszego niż Boy nic nie mam – wzruszyłem ramionami. Podszedłem do mahoniowej szafki i wyjąłem z niej czarne dresy, chyba jeszcze nigdy przeze mnie nie używane. Nawet mną nie pachniały, zresztą jak całe to mieszkanie. Ono tak po prawdzie chyba nie było moje, byłem tylko tu zameldowany. Wszystko wydawało mi się obce, mimo że tak bardzo dobrze znane. Drogie drewniane meble, których nie powstydziłaby się nawet królowa angielska, nie robiły na mnie już dostatecznie dużego wrażenia, żeby utrzymać mnie przy sobie na dłużej niż jedną noc. Samotna pustka ziejąca z salonu, bardzo często odbierała mi ochotę zajrzenia do niego, nie mówiąc już o straceniu czasu na siedzenie w nim.
Mimo to, dbałem o całkowitą perfekcje i harmonię górującą nad wystrojem mieszkania. Owszem, byłem pedantyczny, nawet bardzo.
Rzuciłem zawiniątkiem w Seungriego. Złapał i odwrócił się na pięcie.
- Wróć, gdzie jest łazienka? - stanął na środku korytarza z opuszczonymi bezradnie rękami.
- Debil – westchnąłem.
- Halo, to nie mój dom – odpyskował.
- Po prawdzie mój też nie – machnąłem ręką. - Chodź za mną.
              Zaprowadziłem go do końca korytarza, na którego ścianach znajdywały się obrazy warte prawdopodobnie tyle samo co cały ten apartamentowiec. Świeżo wypolerowany parkiet, błyszczał się światłem drogiego, brylantowego żyrandola, zawieszonego pod wysokim, staromodnym sufitem. Otworzyłem przeźroczyste drzwi, dzielącymi nas od perłowo-białej łazienki. W samym jej środku, na lekkim podwyższeniu, stała ogromna wanna z kości słoniowej z rustykalnymi złotymi zdobieniami. Trochę z tyłu, przy oknie, zasłoniętym ogromnymi mlecznymi zasłonami, ułożone były dwa fotele z zagłówkami, całe z jasnego zamszu. Na przeciwległej ścianie wisiało ogromne diamentowe lustro, a pod nim dwie umywalki, dookoła których sprzątaczka położyła dwa wazony z kwiatami fioletowego i białego bzu. Nie mam pojęcia skąd ona go miała, ale pachniał pięknie. Dalej, naprzeciw, bliżej okna był prysznic, jedną ścianą oddzielony od toalety, która znajdowała się tuż obok.
- Czy ty musisz mieć przepych nawet w zwyczajnej łazience? - stęknął tamten z nutą zniecierpliwienia.
- Wolisz łazienkę więzienną? Nie ma sprawy, zawsze mogę cię tam zawieźć – nie odpowiedział mi.
Stanął na środku pomieszczenia, nie robiąc nic. Gapił się na mnie, kiedy sobie usiadłem w jednym z foteli.
- Będziesz tu siedzieć? - spytał z niedowierzaniem.
- Pewnie, masz coś do ukrycia? - zaśmiałem się.
- N-nie tylko uczono mnie, że do łazienki wchodzi się pojedynczo – szczególnie zaakcentował ostatnie słowo.
- Czas zmienić przyzwyczajenia, słońce - oparłem się wygodnie w zagłówku, kładąc nogi na malutki stolik, który stał pomiędzy fotelami.
Zaczął się nerwowo rozbierać, chcąc zrobić to jak najszybciej się dało. Zakrwawioną koszulkę ściągnął gwałtownie przez głowę, co nie było najładniejszym widokiem, na który przyszło mi patrzeć. Zaschnięta rana na żebrze dosłownie rozerwała się w pół. Chłopak syknął sucho, ale nie przejął się tym zbytnio. Dziesiątki ciemno purpurowych, czasem sino zielnych siniaków „ozdabiała” jego umięśniony tors, układając się w wyraźnie widoczne pasy. Od karku, aż do zakończenia lewej łopatki miał średni głębokie draśnięcie jakąś tępa bronią. Pokaleczonymi dłońmi zajął się rozsznurowywaniem trampek. Zdjął ubrudzone, nie chcę wiedzieć w czym, buty. Potem spodnie, jednak przy rozporku miał problem, rany na palcach pootwierały się an nowo i każdy ruch sprawiał niezmierny ból i krwawienie, bo jak wiadomo, palce są najlepiej ukrwioną częścią ciała. Poplamił nimi bokserki, które właśnie zdejmował.
               Naszła mnie dziwna fala gorąca. Chłopak był naprawdę dobrze zbudowany, i gdzieś tam, pod tymi wszystkimi obrażeniami i ranami, które mu, co prawda niebezpośrednio, zadałem, był piękny. I to mnie zdziwiło. Nie ukrywałem sam przed sobą, że mężczyźni również potrafią być piękni, ale nie sądziłem, że dotrze to do mnie kiedyś aż w takim stopniu. Zacząłem się niepokoić.
Seungri włączył prysznic, zapewne chłodną wodę, bo nie unosiła się nawet para. Cały brud zaczął z niego spływać, pozostawiając szaro-błotopodobny strumień. Zobaczyłem, jak z jego rany wypływa jasnożółta ropa i czułem, że śniadanie, już drugi raz dzisiaj, podchodzi mi do gardła.
Jego ciało piękniało z każdym spłynięciem wody. Teraz dopiero zauważyłem, że ma naprawdę jasną karnację.
- Wiesz, Jiyong... Moja historia jest trochę pogmatwana. Wygodnie byłoby, gdybyś mi nie przerwał – zaczął dziwnym głosem, bliskim płaczu. - Najlepiej rozpocząć od tego, że ja i mój brat mamy dwóch różnych ojców. Jego rozwiódł się z matką, nim ja się urodziłem. Dlatego, znalazła sobie innego gościa, nadzianego i powiązanego z mafią. Miał mały okoliczny gang, który był tworzony z pokolenia na pokolenie. Ogółem, oboje, on i matka, byli zadowoleni z posiadania jednego syna – Seunghyuna. Niestety dla nich, urodziłem się ja, niechciana wpadka puszczalskiej matki. Wpadła w krótki romans, a potem wmówiła ojcu, że faktycznie jest moim biologicznym. Samo to, że się urodziłem, przekreśliło całe moje życie. Ojciec mnie ignorował, a łajza, w sensie, rodzicielka, jak zwał tak zwał, wykorzystywała jako swojego służącego. Nie liczyli się z moim „ja”. Seunghyun, jako jedyny był w miarę normalny w tej rodzinie, póki ojciec nie umarł na zawał. Zgarnął cały gang, z którym do dzisiaj nie może sobie poradzić, a mną zaczął się posługiwać jak narzędziem. Całe to „opiekowanie się” mną to czysta gra przed samym sobą. Myśli, że jest dobrym bratem, że pozwolił mi żyć.
- A matka? - spytałem ochryple.
- Kazał mi ją zabić – siorbnął, zakręcając wodę.- Zapewne sam bym to zrobił, ale, jak sam już mówiłem, byłem tylko narzędziem. Od zawsze.
Zrobił krótka przerwę, żeby wziąć oddech i przełknąć łzy.
- Dlatego... Mógłbyś mnie już zabić?

2 komentarze :

  1. tak jak mówiłam przeczytałam 'kolory' jeszcze raz odpoczątku i nadal nie mogę wyjść z podziwu (nie, nie przesadzam,ugh). to opowiadanie ma w sobie coś co mi się strasznie podoba, chociaż nadal nie potrafie dokładnie określic co. co do rozdziału to rzeczywiście było na co tak długo czekać i fangirlować jak to ujęłaś >< zaczynam lubieć gri, a jiyonggie jest cudownie wykreawany jak na przywódce gangu przystało. chciałabym mieć takie mieszkanie jak on i jestem zła, bo przerwałaś w takim momencie, że zrobiłaś mi smaka na następny rodział. mam nadzieje, że gd go nie zabije, bo tak pasują do siebie, ne

    nie umiem pisać komentarzy, musisz mi wybaczyć, ale hwaiting i zacznij wierzyć w swoje możliwości. czekam na więcej~~

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudne, cudne... tylko za szybko się skończyło. Chcę więcej! Weeeny Nikki, duuużo weny, no i czasu na pisanie oczywiście.

    ~Mizuri

    OdpowiedzUsuń