sobota, 1 czerwca 2013

Itsumoissho

 Wiem, że mnie za to znienawidzicie, ale muszę was zdołować jeszcze jedną notką. Nie mam nastroju na pisanie wesołego Lęku. Nie miejcie mi tego za złe. Chcę, żeby pisanie było dla mnie naturalne. Jak mam zły humor to piszę coś smutnego, jak dobry, to coś wesołego. Gomen.

Paring: Reituki
Uwagi: Sad end, śmierć.
                                                                           *
          Pamiętam, jakby to było wczoraj. Byliśmy wtedy w liceum. Pierwszy raz, kiedy przyszedłeś do mojego domu.. Była druga w nocy. Wiedziałeś, że moi rodzice wyjechali. Uporczywie i nerwowo dzwoniłeś w dzwonek. Kiedy pół śpiąc otworzyłem drzwi, o mało co nie stratowałeś mnie wbiegając do mojego domu. Powiedziałeś, że twoi rodzice znów się na tobie wyżywali. Sam zauważyłem na twoim policzku ledwo siniejącą plamę i kilka żółtawych na obojczykach. Miałeś łzy w oczach i cały się trząsłeś. Przytuliłem cię mocno i czekałem, aż twój szloch zelży. Powiedziałem, że możesz u mnie zostać. Wiedziałem, że potrzebowałeś wtedy mojej obecności. Zostałeś ze mną. Oglądaliśmy jakiś beznadziejny horror. Zasnąłeś mi na kolanach.
Nie mogłeś wytrzymać z rodzicami. Często uciekałeś, a swój schron znajdywałeś u mnie. Czułem wtedy, że jestem twoją jedyną podporą. Tylko mi mogłeś zaufać.
          Złożyliśmy zespół. Byłeś tak niesamowicie podekscytowany myślą o wspólnej karierze. Ostatecznie wyprowadziłeś się od rodziców. Mieszkaliśmy niedaleko siebie w Tokio. Tak naprawdę, to wszystko robiliśmy razem. Razem chodziliśmy coś zjeść, razem spijaliśmy się na imprezach, razem mieliśmy kaca, razem graliśmy koncerty, razem chodziliśmy do kina, razem pisaliśmy piosenki, razem się wygłupialiśmy i śmialiśmy...
Po nieudanym dzieciństwie twoje życie znowu zaczęło nabierać kolorów. Cieszyłem się, ponieważ po części była to moja zasługa.
Potem oficjalnie powstało the Gazette. Nie zliczę wszystkich twoich fryzur, ale w każdej wyglądałeś wspaniale. Byłeś sercem naszego zespołu . Wszyscy cię kochali. Ale ja najbardziej. Odważyłem się to powiedzieć przed jednym z koncertów. Byłeś taki uradowany. Rzuciłeś mi się na szyję. Stwierdziłeś, że ty kochałeś mnie od momentu, w którym otworzyłem ci drzwi, kiedy wszyscy inni cię odrzucili.
          Nasze koncerty były wspaniałe. Fani nas uwielbiali. Cieszyliśmy się graniem. Z uśmiechami podróżowaliśmy po kraju. Nie liczyły się dla nas nasze zarobki.
Po powrocie z tras koncertowych mieszkaliśmy razem w małym apartamencie w Tokio. Kochałeś nasze mieszkanie. Mówiłeś, że o dokładnie takim kiedyś marzyłeś.
Robiliśmy różne głupie rzeczy. Wydurnialiśmy się. Czasami sąsiedzi nie mogli z nami wytrzymać. 
Piękne były poranki, kiedy budziłeś mnie słodkim pocałunkiem tuląc się do mnie. Robiłeś nam śniadanie, twierdząc, że Kai zapewne zrobiłby to lepiej. Wiedziałeś, że nie lubię jego kuchni i drażniłeś się ze mną.
Nasze życie było idealne. Jak we wszystkich amerykańskich komediach romantycznych.
          Niestety, to była pułapka. Źle się czułeś, więc poszedłeś do lekarza. Kiedy byłeś w gabinecie, czekałem w poczekalni. Wyszedłeś blady i przerażony. Po twoich policzkach strumieniami spływały gorzkie łzy. Próbowałem je zetrzeć, ale one ciągle na nowo napływały do twoich oczu. Spytałem cię co się dzieje. Długo milczałeś zanim odpowiedź przeszła ci przez gardło. Miałeś raka płuc. Równie blady i wystraszony stwierdziłem, że musimy zawiesić działalność zespołu. Sprzeciwiłeś się stanowczo. Nie chciałeś nawet o tym słyszeć. Podjąłeś decyzje o ciągłym śpiewaniu. Wiedziałeś, że to cię wykończy, ale postawiłeś sobie za cel wytrzymanie, jak najdłużej się da.
Patrzyłem jak się męczysz. Z każdym koncertem lub albumem było gorzej. Ledwo śpiewałeś. Nie umiałem znieść mojej bezsilności. Nie raz prosiłem cię żebyś przestał. Uśmiechałeś się łagodnie mówiąc, że nie możesz zawieść chłopaków. A przede wszystkim fanów.
          Trafiłeś do szpitala w opłakanym stanie. Gdzieś w środku oboje wiedzieliśmy, że to koniec. Ale ja nie mogłem przyjąć tego do wiadomości. Byłem zły na siebie, że nie powstrzymałem cię przed kontynuacją kariery. Miałem wyrzuty sumienia. Całe dnie spędzaliśmy w szpitalu. Ty walcząc o życie, ja, wspierając cię. Ciągle mi dziękowałeś za te lata, które spędziliśmy razem. Przepraszałeś, że nie będziemy mogli być dłużej razem, że mnie zostawisz. Nie umiałem nic na to odpowiedzieć. Na szpitalnym łóżku znów zacząłeś się uśmiechać, bo widziałeś koniec tortur. Kazałeś mi obiecać, że będę jeszcze szczęśliwy.
Kiedyś dotknąłeś mojego policzka kościstą, wychudzoną, zimną dłonią, ścierając moje łzy.
          -Nie płacz, kochanie. Jakoś się ułoży.- uśmiechnąłeś się blado. Skóra na policzkach napięła się niebezpiecznie, jakby miała się zaraz przerwać.
Wiedziałeś, że nie będzie dobrze. Dlaczego, więc mnie okłamywałeś?
Pokręciłem przecząco głową nie mogąc wydusić z siebie nawet słowa. Targnął mną szloch. Opadłem na łóżko obok twojej klatki piersiowej, płacząc głośno. Głaskałeś mnie po głowie, jak matka pocieszająca małe dziecko.
Pewnego dnia, bardzo późnym wieczorem przegrałeś walkę z rakiem. Respirator wydobył ostatnie charakterystyczne pikanie. W odruchu wezwałem pomoc.
Patrzyłem jak lekarze próbują przywrócić cię do życia elektrowstrząsami. Twoje ciało przeszło miliardy iskierek, ale nic znaczącego się nie stało. Stałem tam z boku. Trzęsły mną spazmy płaczu. Przed oczami migały mi nasze wspólne szczęśliwe chwile, Twój uśmiech znikał. Wszystko co robiliśmy obróciło się w pył, który odleciał wraz z twoją duszą. Nie umiałem zrozumieć, że ciebie już nie ma. Że zostało tylko to puste ciało. Kochałem je, ale wtedy, kiedy w nim byłeś. Umarłeś. Piękne ciało stało się teraz zwykłą lalką. Wory pod oczami wyglądały jakby były namalowane przez jakiegoś artystę. Całe umęczenie na twarzy wyglądało jak perfekcyjnie zrobiona maska. Nadal miałeś otwarte oczy. Nie było w nich już nawet krzty dawnego blasku. To nie byłeś ty. Nie kochałem już tego pudełka, Nadal było idealne, ale tylko z zewnątrz.
          Parzyłem przez okno w poczekalni na gwiazdy. Zostałem wyprany z jakichkolwiek uczuć. Nic nie czułem po za pustką. Zabrałeś ze sobą moje serce.
Zadzwoniłem do chłopaków z krótką wiadomością : „Ruki nie żyje. Pogrzeb w niedzielę.”.
Lekarze wyszli z sali, w której leżałeś, patrząc na mnie smutno i kiwając głowami. Nawet nie robiłem sobie nadziei, że uda się cię uratować.
          Pogrzeb zgodnie z zapowiedzią odbył się w niedzielę. Nikt z twojej rodziny się nie pojawił. Byłem ja. Stałem tuż obok twojej marmurowej trumny ze złotymi zdobieniami.
Znowu wyglądałeś jak lalka. Tym razem nawet już siebie nie przypominałeś. Wystroili cię w jakiś szary frak. Wyglądało to, jak na ironie, komicznie. Nienawidziłeś fraków.
Zamknęli ci te puste oczy. Miałeś dziwnie ułożone usta, jakby w sarkastycznym, gorzkim uśmiechu, który szczególnie zapadł mi w pamięć.
Za mną stali pozostali członkowie zespołu. Byliśmy całkowicie czarni. Czarne były róże zdobiące kościół,. Czarne było niebo, gdy wychodziliśmy z trumną przed mury kościoła.
Tłum fanów przed nim czekał. Wszyscy płakali. Ja podobno także, ale wtedy myślałem, że to deszcz. Nic nie czułem.
          Nie pamiętam co działo przez późniejszy rok. Wiem, ze Gazette rozpadło się. Organizm nie może funkcjonować bez serca, którym byłeś.
Nic po za tym nie dotarło do mojej świadomości. Nie funkcjonowałem. Przed oczami miałem twój sarkastyczny uśmiech. Wypalił mi myśli. Nie umiałem o nim zapomnieć.
          Próbowałem żyć po twojej śmierci, dotrzymać danego ci słowa. Codziennie odwiedzałem twój grób, wspomnienia zaczynały powoli wracać. Spędzałem na cmentarzu długie godziny. Czasem spotykałem Kaia, Uruhę albo Aoiego. Martwili się, bo nie utrzymywałem z nimi kontaktu.
Z czasem przychodzili coraz rzadziej.
Ja prawie zamieszkałem na cmentarzu. Przed oczami miałem teraz nasze całe szczęśliwe życie. Tonąłem w marzeniach i nikt nie umiał mnie wybudzić z tego transu.
          Teraz siedzę w domu. Cieszę się, bo zaraz do ciebie dołączę. Będziesz zły, że nie dotrzymałem obietnicy, ale potem już się ucieszysz. Będziemy razem.
Biorąc tabletki zamykam oczy. W myślach widzę twoją uśmiechniętą twarz. Wyciągasz ku mnie ręce. Nie jesteś wychudzony, ani chory. Wyglądasz zdrowo. Wiem, że ta myśl jest już rzeczywistością.

Jesteśmy razem. Jeszcze tylko w oddali słyszę agresywne pukanie do drzwi i czyiś rozgniewany głos.  

5 komentarzy :

  1. Przeczytałam z 5 razy i musisz mi zapłacić za chusteczki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wooow.
    Niesamowite.. i jeszcze te opisane uczucia.
    Uwielbiam to opowiadanie, no poprostu uwielbiam..

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko... mało co/kto jest w stanie zmusić mnie do płaczu, a Tobie właśnie się udało. Te uczucia zostały tak pięknie opisane, wszystko było takie realistyczne, smutne... łatwo wczuć się w klimat kiedy tak pięknie piszesz. Ta historia przypomina mi fragmenty mojego życia i mimo że nie są one kolorowe dziękuję Ci, że wywołałaś we mnie te wspomnienia, pisz więcej takich bo po prostu to jest śliczne. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, uważam to opowiadanie, za jedno z moich lepszych. Miło, że podobało ci się. starałam się ( co mało kto docenia.
      Poprawię cię, nie piszę pięknie, ani nawet ładnie. Pisze bardzo przeciętnie.

      Usuń