Wiem, że mnie za to znienawidzicie,
ale muszę was zdołować jeszcze jedną notką. Nie mam nastroju na
pisanie wesołego Lęku. Nie miejcie mi tego za złe. Chcę, żeby
pisanie było dla mnie naturalne. Jak mam zły humor to piszę coś
smutnego, jak dobry, to coś wesołego. Gomen.
Paring: Reituki
Uwagi: Sad end, śmierć.
*
Pamiętam, jakby to było wczoraj.
Byliśmy wtedy w liceum. Pierwszy raz, kiedy przyszedłeś do mojego
domu.. Była druga w nocy. Wiedziałeś, że moi rodzice wyjechali.
Uporczywie i nerwowo dzwoniłeś w dzwonek. Kiedy pół śpiąc
otworzyłem drzwi, o mało co nie stratowałeś mnie wbiegając do
mojego domu. Powiedziałeś, że twoi rodzice znów się na tobie
wyżywali. Sam zauważyłem na twoim policzku ledwo siniejącą plamę
i kilka żółtawych na obojczykach. Miałeś łzy w oczach i cały
się trząsłeś. Przytuliłem cię mocno i czekałem, aż twój
szloch zelży. Powiedziałem, że możesz u mnie zostać. Wiedziałem,
że potrzebowałeś wtedy mojej obecności. Zostałeś ze mną.
Oglądaliśmy jakiś beznadziejny horror. Zasnąłeś mi na kolanach.
Nie mogłeś wytrzymać z rodzicami.
Często uciekałeś, a swój schron znajdywałeś u mnie. Czułem
wtedy, że jestem twoją jedyną podporą. Tylko mi mogłeś zaufać.
Złożyliśmy zespół. Byłeś tak
niesamowicie podekscytowany myślą o wspólnej karierze. Ostatecznie
wyprowadziłeś się od rodziców. Mieszkaliśmy niedaleko siebie w
Tokio. Tak naprawdę, to wszystko robiliśmy razem. Razem chodziliśmy
coś zjeść, razem spijaliśmy się na imprezach, razem mieliśmy
kaca, razem graliśmy koncerty, razem chodziliśmy do kina, razem
pisaliśmy piosenki, razem się wygłupialiśmy i śmialiśmy...
Po nieudanym dzieciństwie twoje życie
znowu zaczęło nabierać kolorów. Cieszyłem się, ponieważ po
części była to moja zasługa.
Potem oficjalnie powstało the Gazette.
Nie zliczę wszystkich twoich fryzur, ale w każdej wyglądałeś
wspaniale. Byłeś sercem naszego zespołu . Wszyscy cię kochali.
Ale ja najbardziej. Odważyłem się to powiedzieć przed jednym z
koncertów. Byłeś taki uradowany. Rzuciłeś mi się na szyję.
Stwierdziłeś, że ty kochałeś mnie od momentu, w którym
otworzyłem ci drzwi, kiedy wszyscy inni cię odrzucili.
Nasze koncerty były wspaniałe. Fani
nas uwielbiali. Cieszyliśmy się graniem. Z uśmiechami
podróżowaliśmy po kraju. Nie liczyły się dla nas nasze zarobki.
Po powrocie z tras koncertowych
mieszkaliśmy razem w małym apartamencie w Tokio. Kochałeś nasze
mieszkanie. Mówiłeś, że o dokładnie takim kiedyś marzyłeś.
Robiliśmy różne głupie rzeczy.
Wydurnialiśmy się. Czasami sąsiedzi nie mogli z nami wytrzymać.
Piękne były poranki, kiedy budziłeś mnie słodkim pocałunkiem
tuląc się do mnie. Robiłeś nam śniadanie, twierdząc, że Kai
zapewne zrobiłby to lepiej. Wiedziałeś, że nie lubię jego kuchni
i drażniłeś się ze mną.
Nasze życie było idealne. Jak we
wszystkich amerykańskich komediach romantycznych.
Niestety, to była pułapka. Źle się
czułeś, więc poszedłeś do lekarza. Kiedy byłeś w gabinecie,
czekałem w poczekalni. Wyszedłeś blady i przerażony. Po twoich
policzkach strumieniami spływały gorzkie łzy. Próbowałem je
zetrzeć, ale one ciągle na nowo napływały do twoich oczu.
Spytałem cię co się dzieje. Długo milczałeś zanim odpowiedź
przeszła ci przez gardło. Miałeś raka płuc. Równie blady i
wystraszony stwierdziłem, że musimy zawiesić działalność
zespołu. Sprzeciwiłeś się stanowczo. Nie chciałeś nawet o tym
słyszeć. Podjąłeś decyzje o ciągłym śpiewaniu. Wiedziałeś,
że to cię wykończy, ale postawiłeś sobie za cel wytrzymanie, jak
najdłużej się da.
Patrzyłem jak się męczysz. Z każdym
koncertem lub albumem było gorzej. Ledwo śpiewałeś. Nie umiałem
znieść mojej bezsilności. Nie raz prosiłem cię żebyś przestał.
Uśmiechałeś się łagodnie mówiąc, że nie możesz zawieść
chłopaków. A przede wszystkim fanów.
Trafiłeś do szpitala w opłakanym
stanie. Gdzieś w środku oboje wiedzieliśmy, że to koniec. Ale ja
nie mogłem przyjąć tego do wiadomości. Byłem zły na siebie, że
nie powstrzymałem cię przed kontynuacją kariery. Miałem wyrzuty
sumienia. Całe dnie spędzaliśmy w szpitalu. Ty walcząc o życie,
ja, wspierając cię. Ciągle mi dziękowałeś za te lata, które
spędziliśmy razem. Przepraszałeś, że nie będziemy mogli być
dłużej razem, że mnie zostawisz. Nie umiałem nic na to
odpowiedzieć. Na szpitalnym łóżku znów zacząłeś się
uśmiechać, bo widziałeś koniec tortur. Kazałeś mi obiecać, że
będę jeszcze szczęśliwy.
Kiedyś dotknąłeś mojego policzka
kościstą, wychudzoną, zimną dłonią, ścierając moje łzy.
-Nie płacz, kochanie. Jakoś się
ułoży.- uśmiechnąłeś się blado. Skóra na policzkach napięła
się niebezpiecznie, jakby miała się zaraz przerwać.
Wiedziałeś, że nie będzie dobrze.
Dlaczego, więc mnie okłamywałeś?
Pokręciłem przecząco głową nie
mogąc wydusić z siebie nawet słowa. Targnął mną szloch. Opadłem
na łóżko obok twojej klatki piersiowej, płacząc głośno.
Głaskałeś mnie po głowie, jak matka pocieszająca małe dziecko.
Pewnego dnia, bardzo późnym wieczorem
przegrałeś walkę z rakiem. Respirator wydobył ostatnie
charakterystyczne pikanie. W odruchu wezwałem pomoc.
Patrzyłem jak lekarze próbują
przywrócić cię do życia elektrowstrząsami. Twoje ciało przeszło
miliardy iskierek, ale nic znaczącego się nie stało. Stałem tam z
boku. Trzęsły mną spazmy płaczu. Przed oczami migały mi nasze
wspólne szczęśliwe chwile, Twój uśmiech znikał. Wszystko co
robiliśmy obróciło się w pył, który odleciał wraz z twoją
duszą. Nie umiałem zrozumieć, że ciebie już nie ma. Że zostało
tylko to puste ciało. Kochałem je, ale wtedy, kiedy w nim byłeś.
Umarłeś. Piękne ciało stało się teraz zwykłą lalką. Wory pod
oczami wyglądały jakby były namalowane przez jakiegoś artystę.
Całe umęczenie na twarzy wyglądało jak perfekcyjnie zrobiona
maska. Nadal miałeś otwarte oczy. Nie było w nich już nawet krzty
dawnego blasku. To nie byłeś ty. Nie kochałem już tego pudełka,
Nadal było idealne, ale tylko z zewnątrz.
Parzyłem przez okno w poczekalni na
gwiazdy. Zostałem wyprany z jakichkolwiek uczuć. Nic nie czułem po
za pustką. Zabrałeś ze sobą moje serce.
Zadzwoniłem do chłopaków z krótką
wiadomością : „Ruki nie żyje. Pogrzeb w niedzielę.”.
Lekarze wyszli z sali, w której
leżałeś, patrząc na mnie smutno i kiwając głowami. Nawet nie
robiłem sobie nadziei, że uda się cię uratować.
Pogrzeb zgodnie z zapowiedzią odbył
się w niedzielę. Nikt z twojej rodziny się nie pojawił. Byłem
ja. Stałem tuż obok twojej marmurowej trumny ze złotymi
zdobieniami.
Znowu wyglądałeś jak lalka. Tym
razem nawet już siebie nie przypominałeś. Wystroili cię w jakiś
szary frak. Wyglądało to, jak na ironie, komicznie. Nienawidziłeś
fraków.
Zamknęli ci te puste oczy. Miałeś
dziwnie ułożone usta, jakby w sarkastycznym, gorzkim uśmiechu,
który szczególnie zapadł mi w pamięć.
Za mną stali pozostali członkowie
zespołu. Byliśmy całkowicie czarni. Czarne były róże zdobiące
kościół,. Czarne było niebo, gdy wychodziliśmy z trumną przed
mury kościoła.
Tłum fanów przed nim czekał. Wszyscy
płakali. Ja podobno także, ale wtedy myślałem, że to deszcz. Nic
nie czułem.
Nie pamiętam co działo przez
późniejszy rok. Wiem, ze Gazette rozpadło się. Organizm nie może
funkcjonować bez serca, którym byłeś.
Nic po za tym nie dotarło do mojej
świadomości. Nie funkcjonowałem. Przed oczami miałem twój
sarkastyczny uśmiech. Wypalił mi myśli. Nie umiałem o nim
zapomnieć.
Próbowałem żyć po twojej śmierci,
dotrzymać danego ci słowa. Codziennie odwiedzałem twój grób,
wspomnienia zaczynały powoli wracać. Spędzałem na cmentarzu
długie godziny. Czasem spotykałem Kaia, Uruhę albo Aoiego.
Martwili się, bo nie utrzymywałem z nimi kontaktu.
Z czasem przychodzili coraz rzadziej.
Ja prawie zamieszkałem na cmentarzu.
Przed oczami miałem teraz nasze całe szczęśliwe życie. Tonąłem
w marzeniach i nikt nie umiał mnie wybudzić z tego transu.
Teraz siedzę w domu. Cieszę się, bo
zaraz do ciebie dołączę. Będziesz zły, że nie dotrzymałem
obietnicy, ale potem już się ucieszysz. Będziemy razem.
Biorąc tabletki zamykam oczy. W
myślach widzę twoją uśmiechniętą twarz. Wyciągasz ku mnie
ręce. Nie jesteś wychudzony, ani chory. Wyglądasz zdrowo. Wiem, że
ta myśl jest już rzeczywistością.
Jesteśmy razem. Jeszcze tylko w oddali
słyszę agresywne pukanie do drzwi i czyiś rozgniewany głos.
Przeczytałam z 5 razy i musisz mi zapłacić za chusteczki.
OdpowiedzUsuńIle? *wyciąga portfel*
UsuńWooow.
OdpowiedzUsuńNiesamowite.. i jeszcze te opisane uczucia.
Uwielbiam to opowiadanie, no poprostu uwielbiam..
O matko... mało co/kto jest w stanie zmusić mnie do płaczu, a Tobie właśnie się udało. Te uczucia zostały tak pięknie opisane, wszystko było takie realistyczne, smutne... łatwo wczuć się w klimat kiedy tak pięknie piszesz. Ta historia przypomina mi fragmenty mojego życia i mimo że nie są one kolorowe dziękuję Ci, że wywołałaś we mnie te wspomnienia, pisz więcej takich bo po prostu to jest śliczne. :*
OdpowiedzUsuńDziękuję, uważam to opowiadanie, za jedno z moich lepszych. Miło, że podobało ci się. starałam się ( co mało kto docenia.
UsuńPoprawię cię, nie piszę pięknie, ani nawet ładnie. Pisze bardzo przeciętnie.