niedziela, 8 grudnia 2013

Żółć

Witajcie. Nie wiem czy mam się z wami po co witać. Zasadniczo obojętne.
Mam dla was nowy rozdział Banglo. Pamiętacie takie opowiadanie jak „Czerwień”? Otóż, może się wydawać, że one jest jednym z elementów tego wieloczęściowego opowiadanie, bo w jego nazwie również jest kolor. Proszę, niech was to nie zmyli. Niedługo zmienię jego nazwę, bo „Czerwień”, użyję jeszcze raz. Tamta poprzednia „Czerwień” będzie nazywać się „Seen it all before”.
Druga sprawa. Bardzo was proszę, napiszcie mi w komentarzu pod tym rozdziałem, czy nadal chcecie, żebym dla was pisała, bo nie wiem czy nadal jest sens. Z góry dziękuję.
Ode mnie tyle, teraz zapraszam do lektury.

Zespół: B.A.P
Paring: Banglo.
Uwagi: Okaleczanie się, dużo krwi, przemoc.



             Żółto mi. Tak dziwnie, spokojnie. Złudnie spokojnie. Tak, dokładnie. Złudnie spokojnie. Spojrzałem na zegarek. Nie dowidziałem, którą wskazywał godzinę. Zapewne wczesną. Wiedziałem, że jak tylko wrócę do domu, zastanie mnie piekło, z którego niekoniecznie uda mi się tak łatwo wydostać jak ostatnio. Wiedziałem, że czeka mnie tylko zło. Zacisnąłem palce na własnym ramieniu tłumiąc nerwowe drżenie rąk. Czekał mnie bardzo długi i trudny wieczór. Już ja to bardzo dobrze wiedziałem i obawiałem się tego. Na samą myśl skręcało mnie w żołądku, automatycznie powodując odruch wymiotny. Było mi tak okropnie źle. Jedyne, na co było mnie teraz stać, to wyjęcie nerwowym ruchem papierosa z paczki. Podkuliłem nogi pod brodę, wciąż siedząc na kanapie w salonie Himchana. Nie bacząc na to, że zdenerwuję tym właściciela, podpaliłem papierosa, zaciągając się najgłębiej jak tylko mogłem. Jak ja kochałem nikotynę. Była jedyną rzeczą, która była w stanie mi pomóc.
Po dłuższej chwili opuściłem dom. Himchana, zostawiając mu karteczkę w kuchni z informacją, że już wyszedłem. Nie chciałem go budzić, nie było potrzeby. Wychodząc z jego domu dopaliłem papierosa i wyrzuciłem peta gdzieś za siebie. Czas stawić czoła temu, co czeka mnie za murami tak zwanego "domu". Bałem się niczym gówniarz, który sam wie, że zrobił źle i czeka do kara. Zasadniczo, niczym się od niego nie różniłem.
Gdy tylko otworzyłem drzwi, zalała mnie fala różnych wyzwisk i niepotrzebnych krzyków. Twarz kochanka matki mignęła mi przed moją własną, kierując się w stronę kuchni. Zaraz potem wrócił do holu, stając tuż przede mną, może nawet mniej niż na wyciągnięcie ręki. W jednej ręce trzymał szklaną butelkę z wylewająca się obecnie śmierdzącą wódką. Zaśmiałem się histerycznie. Maeri nie miał zamiaru, ani zapewne ochoty mnie dzisiaj oszczędzić, jak robił to mając lepszy humor. Czuć było od niego alkoholem na dobre parę metrów. Mogłem palić, ćpać, ciąć się... Ale alkoholu nigdy nie tknę, nawet patykiem. Czego nie można było powiedzieć o nim. Bałem się. W chuj.
Maeri zaczął iść w moją stronę, unosząc butelkę na wysokość mojej twarzy. Cała zawartość wylała się na dywan, tworząc mokry ślad. Wokoło okropnie śmierdziało. Próbowałem jakoś uciec, ale jedyne co mnie spotkało, to przeciwległa ściana. Równoważne było to z końcem wszelkich nadziei na ucieczkę.

Piekło się zaczęło.

W tym momencie poczułem mocne uderzenie, zimną i ostrą powierzchnią, w policzek. Odrzuciło mnie na bok. Upadłem. Dotknąłem opuszkami palców rozciętą skórę na policzku. Krew zaczęła ściekać mi na wargi, a potem spływać na brodę. Czułem metaliczny, trochę rdzawawy wręcz smak w ustach. Maeri chwycił mnie za kołnierz koszulki i podniósł mnie do góry, uderzając moim ciałem o szafę, a potem o ścianę. Zrobił to tak mocno, że w pewnym momencie zabrakło mi powietrza i zacząłem się dusić. Przerażonym wzrokiem śledziłem ruchy jego dłoni. Wciąż nierozbita butelka uderzyła i moją głowę. Gdy to mu nie wystarczało, puścił mnie, przez co znowu upadłem, obijając się o wszelkie możliwe przedmioty i meble na mojej drodze. Potem zaczął mnie kopać, krzycząc coś bezsensownie.
Raz kopnął mnie tak mocno w brzuch, że zwymiotowałem. Pozbyłem się wszelkiej godności jaka mi jeszcze została. Nie przeszkadzało mu to jednakże w dalszym znęcaniu się nade mną, nawet tylko go podjuszało. Podciągnął mnie gwałtownie za ramie, ściskając tak mocno mięśnie, że praktycznie czułem jak tworzą się tam siniaki. Jego żelazny uchwyt był tak niezwykle mocno zaciśnięty, że niżej prawie nie dopływała krew. Krzyknąłem mimowolnie. Uśmiechnął się paskudnie.
- Oh, kochany Hongie...- spojrzał z obrzydzeniem na moją obitą, obrzyganą twarz. Czułem się upokorzony, beznadziejny, niczym nic nie warte gówno. - Może w końcu się nauczysz, że mnie powinieneś słuchać, odkąd tylko przekroczyłeś próg mojego domu. Zapamiętaj to gówniarzu.
Złapał mnie za włosy i uderzył moją głową o róg szafki. Polał się kolejny strumień krwi. Myślałem, że wtedy już będzie koniec. Upuścił moje, niemalże, bezwładne ciało. Z resztą, nie umiałem niczym ruszyć z bólu. Dawno mnie nie bił tak mocno jak tym razem.
            Zamknąłem oczy ze zduszonym jękiem, który miał hamować płacz. Leżałem na podłodze nadal, mimo że on poszedł pieprzyć moją matkę. Nie miałem sił, by oddychać. Chciałem, żeby ktoś tu przyszedł i mnie dobił, bo nie umiałem znieść tego okropnego bólu, promieniującego w każdej możliwej części ciała. Chciałem wyć, jęczeć, umrzeć. Wszystko byleby nie czuć tego bólu. Każda sekunda była agonią, w każdej sekundzie umierałem i rodziłem się na nowo. Czułem obrzydzenie do siebie samego.
Nie wiem ile czasu minęło zanim ponownie otworzyłem oczy. Dookoła było ciemno i panowała ogłuszająca wręcz cisza. Nie słyszałem żadnego dźwięku, zupełnie nic. Porażająca pustka. Spróbowałem się podnieść. Dość koślawie stanąłem na nogach. Zauważyłem, że na pewno mam skręconą kostkę. Na resztę nawet bałem się patrzeć. Obijając się jeszcze bardziej, dotarłem jakoś do pokoju. Powolnym ruchem wyjąłem z kieszeni spodni telefon. Dziwne, że działał po tym wszystkim. Nie myśląc o tym, co robię napisałem krótką wiadomość do Yongguka:

„Potrzebuję pomocy.”

Wycieńczony, osunąłem się bezwładnie na łóżko. Zdejmując brudne ubranie, bałem się obejrzeć się jutro.
                                                                 ***
              Ciągle walczę, by być lepszym, najlepszym. Prześcignąć doskonałość i ideały, które zawsze mną kierowały. Próbuję być perfekcyjnym, najlepszym, coś znaczącym dla otoczenia, które zżerało ludzi nieambitnych, przeciwnych do mnie. Ciekawym było, że wyróżniałem się wśród szarego, równomiernego tłumu, w którym wszyscy zdają być się tacy sami.
Byłem ponad nimi, wiedziałem to doskonale, nie musiałem sobie niczego udowadniać. Wszystko to wiedziałem.
I co z tego? Tak naprawdę to nic. Musiałem zniżać się do ichniego poziomu, by nie zostać znienawidzonym.
            Wyjąłem papierosa z prawie pustej paczki. W ciągu niecałych dwóch dni wypaliłem aż tyle papierosów, jak nigdy. Nie pamiętam, żebym musiał palić taka ilość wcześniej w życiu.
Nie obchodziło mnie już nic, to że matka może wejść do pokoju także. Nie dbałem o zasychające strużki ciemnoczerwonej krwi na policzku, spływającej na szyję, a potem na klatkę piersiową i ramiona. Plamiły czerwienią moją bladą skórę, zżółkniętą lekko od gojących się siniaków na całym ciele.
Nie mogłem się ruszać, zastanawiałem się, jakim cudem dowlokłem się w nocy po schodach. Chyba jedynie siłą woli, która pozwalała mi nadal żyć w tym piekle. Nie miałem pojęcia jak ja nadal to wytrzymywałem. Po co? Jaki był mój cel? Chciałem sobie coś bezsensownie udowodnić? Albo komuś? Bezsensowne.
             Ale jednak. Chciałem pokazać wszystkim dookoła, że uda mi się wytrzymać samemu, bez niczyjej pomocy. Bez koła ratunkowego, które czekało na mnie w każdym momencie mojego życia w postaci Himchana i Yongguka. Mogłem liczyć na nich w każdej chwili, ale wolałem sobie radzić (lub nie) sam, bez ichniej ingerencji. Jak już mówiłem, chcę być perfekcyjny.
             Spróbowałem podnieść się na ręce, opierając się o ścianę przy łóżku. Jednakże, nie udało mi się, opadłem na ciemną pościel, na której moje blade, chude ciało odbijało się kontrastowo. Nadal trzymałem w drżącej z wysiłku, dłoni nieodpalonego papierosa. Włożyłem go do ust i z bólem przewróciłem się na poobijane plecy. Zanim zapaliłem, obejrzałem się najdokładniej jak tylko umiałem, ledwo podnosząc głowę. Na nadgarstkach miałem różowiejące już obtarcia od ciągłego szarpania za nie. Na nagiej klatce piersiowej widziałem duży siniak, sięgający prawie do końca żeber po lewej stronie. Na kościach miednicy miałem przecięcia do połowy ud. Były płytkie, więc wiedziałem, że niedługo się zagoją. Pod łóżkiem miałem małe pudełeczko z bandażami. Niezręcznie chwyciłem je, by opatrzyć sobie prowizorycznie nogi. Przy tym zauważyłem, że mam złamane palce, ale nie było to nowością.
Kręciło mi się w głowie od środków przeciwbólowych, które zażyłem jeszcze w nocy. Robiło mi się niedobrze od wszechogarniającego zapachu krwi, zmieszanego z mdłym zapachem wody utlenionej.
Byłem zażenowany tą sytuacją, mimo że nie zdarzyło się to po raz pierwszy. Gdybym mógł, to wyłączyłbym się, albo wyciąłbym ten malutki urywek z życia. Było mi tak okrutnie źle.
               Była już prawie zima, słońce wschodziło coraz później. Była 4:37 nad ranem. Dookoła panował mrok i cisza, przerywana jedynie moimi pojedynczymi, ciężkimi oddechami.
Po pewnym czasie bezczynnego leżenia i palenia papierosów, jeden za drugim, udało mi się usiąść.
               Nagle usłyszałem głośne pukanie do drzwi wejściowych. Jakby ktoś pukając chciał zrobić dziurę w drzwiach, a najlepiej, to je wyważyć. Nie ruszyłem się z miejsca, mimo że chciałem. Za to, moja matka, której tupot butów usłyszałem, otworzyła drzwi. Nasz dom doskonale przenosił dźwięki. Będąc na strychu, nadal słyszałem to, co działo się w sypialni Maeriego...
-Jest Junhong, prawda? - usłyszałem głos...Yongguka?! Co, do ciężkiej cholery, on tu robi o tej porze?!
- Ahhh? No tak...- powiedziała zdezorientowana kobieta. Bang nie odezwał się więcej, tylko przeszedł salon i udał się do mojego pokoju. Wiedział gdzie jest. Przeskakiwał po parę stopni schodów naraz. Na końcu otworzył drzwi do mojego pokoju.
Najpierw pokazała się jego głowa, czarne, mokre od deszczu włosy, niepokój w oczach. Potem cała sylwetka, mokre ciuchy, mokra skóra. Spojrzałem na niego ze wstydem i upokorzeniem wymalowanym wyraźnie na twarzy ale równie z błaganiem o pomoc, której tak bardzo się kiedyś wystrzegałem.
- Junhong? - spytał, jakby mnie nie poznał. No tak, nadal byłem cały w pozasychanej krwi.
Podniosłem wyżej głowę, uśmiechając się wymuszenie. Wyczuł to i usiadł koło mnie, łapiąc mnie za połamaną dłoń. Syknąłem z bólu, odruchowo cofając rękę. Ściągnął brwi w grymasie smutku, graniczącego wręcz z rozpaczą.
- Połamane palce – powiedziałem cicho. Dziwnie się czułem, siedząc przed nim w stanie godnym pożałowania. Spuściłem głowę.
- Jak on tak może...?- syknął przez zęby. Wiedział, że to nie była pierwsza taka sytuacja. - Junhong, wiem, że ty chcesz sobie sam dawać radę i nie chcesz mojej pomocy, ale nie zniosę dłużej ciebie w takim stanie. Po prostu nie mogę!
Siedziałem w milczeniu. Delikatnie, tak jakbym był z porcelany albo szkła, dotknął mojego ramienia. Wstał spokojnie. Uniósł mnie na ręce bez większego problemu.
- Hę? Co ty robisz? - powiedziałem histerycznie, próbując się wyrwać, co prawdopodobnie skończyłoby się bolesnym upadkiem. (Nie)stety trzymał mnie bardzo mocno, prawie kurczowo.
- Zanoszę cię do łazienki – odpowiedział, akurat otwierając drzwi. Powiało chłodnym powietrzem, okno w łazience było cały czas otwarte.
Yongguk postawił mnie na podłodze, ale ja zsunąłem się bezwładnie na podłogę nie mogąc ustać. Spojrzał na mnie z cierpiętniczym wyrazem twarzy, a ja tylko spuściłem wzrok.
             Wreszcie mogłem odpocząć. Wcześniej, kiedy byłem sam, nie mogłem sobie na to pozwolić, w każdym momencie Maeriemu mogło znowu odbić, i mógłby się znowu na mnie rzucić. Gdybym spał, mógłby posunąć się znacznie dalej niż to zrobił wieczorem.
Odchyliłem głowę, opierając ją na lodowatym kancie wanny, który o dziwno, dawał ukojenie. Tak samo zimne kafelki na podłodze, chłodziły moją poobijaną skórę.
Yongguk nalał wody do miednicy, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi, póki nie usiadł obok mnie. Chwycił delikatnie moją dłoń. Miałem już mu ją oddać, kiedy nagle otrzeźwiały mi myśli. Przecież Yongguk nic nie wie o moich bliznach, o tym że się w ogóle tnę. Cofnąłem szybkim ruchem rękę, tak by nic nie zauważył. Patrzyłem się na niego ogromnymi oczami, śledząc uważnie każdy jego ruch.
- Jongie? - jego głos brzmiał ciepło, opiekuńczo. Najchętniej słuchałbym go godzinami. - Wiesz, że nie jestem nim, nic ci nie zrobię.
Zrobiło mi się głupio, że pomyślał, że się go boję. Nie mógłbym się go bać. Nie człowieka, którego kocham najbardziej na świecie, i gotów byłbym oddać za niego życie. Co prawda, nie była to jakaś wyjątkowo wysoka cena, ale gotów jestem w każdej chwili ją zapłacić, by on był szczęśliwy. Komuś takiemu jak ja, powinno przyjść to wyjątkowo łatwo. Przecież moje istnienie nic nie znaczyło. Byłem marnym pionkiem, który był ciągle popychany przez różne czynniki.
- Ja...nie... Bang, nie myślę o tobie w taki sposób. Wiem, że nie jesteś Maerim, ty mnie nigdy nie skrzywdzisz – odezwałem się szeptem, kuląc się jeszcze bardziej w sobie. Nie ma prawa zobaczyć moich blizn, mojej słabości. Wierzy, że jestem silny i daje sobie sam radę.
- To czemu nie podasz mi tej ręki? - zmarszczył brwi, przez co jego wzrok nabrał trochę gniewnej barwy, ale nie bałem się go. Przecież to Yongguk, on nikogo nie skrzywdzi. - Po prostu daj mi się tobą zająć. No, dzieciaku, będzie dobrze.
- Gukkie, nie trzeba, ja...- ja nie wiem co mam wymyślić, żebyś zostawił mnie teraz. Sam cię prosiłem, żebyś tutaj przyszedł. Ale teraz tego żałuję.
- Ty masz siedzieć cicho – powiedział stanowczo, po czym bez uprzedzenia złapał moje dłonie. Zrobił to jednak zbyt bardzo zamaszyście. Upadł na plecy, a ja na niego, lądując rękami tuż przed jego oczami.
Minęła sekunda, minuta, albo godzina. A może i nawet cały dzień, bądź rok. Nie miałem pojęcia, dla mnie czas się zatrzymał. Yongguk zobaczył wszystko, co udało mi się ukrywać przez tak długi okres czasu. Jego źrenice powiększyły się nagle, gdy zapewne zrozumiał jakiego pochodzenia są te pionowe kreski wzdłuż żył. Zaciągnął powietrze z głuchym gwizdem. Przyglądał się moim rękom, ale przeniósł piorunujący wzrok na mnie. Chwilę potem się zreflektował, patrzył na mnie z nieco cieplejszym wyrazem twarzy, ale nadal był zdziwiony. I przede wszystkim – rozczarowany. Rozczarowany mną,
Usiadł, asekurując mnie przy tym. Ze smutkiem zaczął zmywać krew z moich nagich łydek. Rozcieńczona wodą substancja skapywała na białe kafelki na podłodze, ukazując nowsze, głębokie zadrapania, siniaki, guzy... Potem odłożył gąbkę i zabrał się za rozwiązywanie prowizorycznych opatrunków na udach, które założyłem w nocy. Byłe całe przesiąknięte. Nie wiem, czy Yongguk się tego nie brzydził, ale po jego wyrazie twarzy mogłem się domyśleć, że zaczyna robić mu się słabo. Gdy zobaczył, co kryły bandaże, jego twarz pobielała. Ale trzymał się. Obmył wodą utlenioną nacięcia, otwierając rany na nowo. Zdusiłem mimowolny krzyk, spojrzał się na mnie przepraszająco. Opatrzył uda na nowo, bardziej starannie niż ja. Dalej, zostawił moje bokserki w takim stanie, jakim były. I dobrze. Przesunął się, by siedzieć naprzeciw mnie. Popatrzyła na moje wystające żebra, bardziej na lewe, na którym widniała żółto-zielona ogromna plama. Przemył je tylko, bardzo uważając na każdy ruch. Przeszedł do obojczyków. Nie wiem czy tam miałem jakiekolwiek obrażenia. Je też umył, przybliżając się do mnie. Czułem jego zapach, obezwładniający mnie zupełnie. Teraz, będąc prawie całkowicie bezbronnym, miałem ochotę wtulić się w jego klatkę piersiową i otulić jego szerokimi ramionami, gdzie byłbym wreszcie naprawdę bezpiecznym. Niestety, nie dane mi to było. Nie mi. Szczęściarą będzie ta kobieta, którą Yongguk pokocha. Będzie najszczęśliwszą kobietą na świecie, Bang zapewni jej wszystko.
Spojrzał w moje oczy, wzrokiem przepełnionym goryczą i smutkiem. Ale zarazem nadzieją i opiekuńczością.
- To nie było konieczne – odezwał się cicho. Zamknąłem oczy. Przemywał delikatnymi, krągłymi ruchami moje policzki, natykając się na coraz nowsze i liczniejsze rany.
- Co takiego? - odpowiedziałem, nie otwierając ciągle oczu.
- Twoje ręce, Zelo – nie wiem jaką miał minę. Po tonie głosu, wnioskowałbym, że się uśmiech, albo próbuje ukryć nadchodzący płacz. Raczej to drugie było bardziej prawdopodobne.
Otworzyłem oczy, by spotkać się z jego twarzą tuż przed moją.
              Nie jestem w stanie usprawiedliwić tego co się stało, to większości moja wina, ale jego również. Nie powstrzymał mnie.
Pocałowałem go. Zdawkowo, chwilowo, tylko poprzez muśnięcie moimi ustami jego własnych.
Nie bacząc na konsekwencje, wstałem. Kulejąc pobiegłem do pokoju, a Yongguk tuż za mną. Zamknąłem mu drzwi praktycznie przed nosem. W kącikach moich oczu zebrały łzy, których nie zamierzałem hamować. Pozwoliłem im opadać na podłogę mojego pokoju. Bang krzyczał coś, żebym otworzył mu drzwi. Uderzał pięściami o drewno, ale ja zamknąłem się. Nie byłem w stanie się mu teraz pokazać. Najlepiej nigdy.
Zaprzestał dobijania się, za to usłyszałem głuche pojedyncze uderzenie jego pleców o ścianę.
- Widzisz? - krzyknąłem, zdzierając sobie gardło.- To wszystko było konieczne!




6 komentarzy :

  1. Chciałabym móc napisac coś więcej niż to co już Ci mówiłam, ale nic nie przychodzi mi do głowy, ale jestem chora, więc wybaaacz.

    Dla mnie jest to po prostu genialne, cokolwiek Ty sama o tym sądzisz.

    I chcę abyś nadal pisała.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko nie kończ z pisaniem, proszę.
    Uwielbiam jak piszesz. Niezależnie co.
    "- Twoje ręce, Zelo – nie wiem jaką miał minę. Po tonie głosu, wnioskowałbym, że się uśmiech, albo..." Miało tam być "uśmiecha"? Chyba literówka, nieznacząca.
    Pisz dalej. Jesteś świetna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Maknae popłakałam, ten opis wszystkich uczuć i sytuacji, cierpienie Zelo. Wszystko jak zwykle piękne i nie chce, żebyś przerywala pisanie, bo uwielbiam twoje ff, zawsze je bardzo przeżywam ~
    Nie wiem co mam więcej napisać zatkalo mnie, tak bd cudowny rozdział ~

    OdpowiedzUsuń
  4. Przestać? Weź nie pisz mi tu takich głupot.
    Zawsze podziwiam cię za styl, pomysły język. Doceniam. Never give up! No i FIGHTING!
    ~~
    Jak mi się nigdy nie chce, tak ten komentarz zmusił mnie do logowania.
    ~~
    Chyba tyle.

    OdpowiedzUsuń
  5. "zostawił moje bokserki w takim stanie, jakim były." Żałuj że nie udało mi się skończyć czytać przy tobie -.- miałabyś cuuuudowną minę do oglądania. I NIE WAŻ SIĘ KOŃCZYĆ PISAĆ

    OdpowiedzUsuń
  6. Brakuje mi słów, żeby opisać moje wrażenia po tym co przeczytałam. Nie ma pojęcia co napisać. To chyba najbardziej makabryczny rozdział jaki miałam szczęście przeczytać. Maeri? o ile nie przekręciłam. Jak on może robić coś takiego? To sprawia mu jakąś chorą przyjemność? Nienawidzę takich ludzi, nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak Zelo mógł się czuć. Te wszystkie opisy - ciosów, ran. Od samego czytania czułam się skopana i pobita. A matka Junhonga, dlaczego nic nie zrobi? Skoro ten dom przenosi dźwięki to ona chyba wie co się dzieje! Co z niej za matka, że pozwala na takie coś. Okej załóżmy, że jest jej ciężko - do tego stopnia, że została dziwką, ale pozwalać krzywdzić swojego jedynego syna? Chore chore chore.
    Ach czekałam tylko na moment w którym Bang przyjdzie i uratuje Zelo. Szkoda, że wpadł tak późno. Mokry Bang (OMG to musiało fdjghgdk wyglądać xd wybacz, ale musiałam)
    I pocałunek Zelo. Hmmm chyba na jego miejscu też zamknęła bym się w pokoju i nie chciała pokazać światu, ale skoro Bang nie przerwał to może coś z tego będzie?
    Pisz pisz pisz, nie przerywaj. To jest cudowne. Ani mi się waż kończyć!

    OdpowiedzUsuń