Witajcie.
Nie wiem czy mam się z wami po co witać. Zasadniczo obojętne.
Mam
dla was nowy rozdział Banglo. Pamiętacie takie opowiadanie jak
„Czerwień”? Otóż, może się wydawać, że one jest jednym z
elementów tego wieloczęściowego opowiadanie, bo w jego nazwie
również jest kolor. Proszę, niech was to nie zmyli. Niedługo
zmienię jego nazwę, bo „Czerwień”, użyję jeszcze raz. Tamta
poprzednia „Czerwień” będzie nazywać się „Seen it all
before”.
Druga
sprawa. Bardzo was proszę, napiszcie
mi w komentarzu pod tym rozdziałem, czy nadal chcecie, żebym dla
was pisała, bo
nie wiem czy nadal jest sens. Z góry dziękuję.
Ode
mnie tyle, teraz zapraszam do lektury.
Zespół:
B.A.P
Paring:
Banglo.
Uwagi:
Okaleczanie się, dużo krwi, przemoc.
Żółto
mi. Tak dziwnie, spokojnie. Złudnie spokojnie. Tak, dokładnie.
Złudnie spokojnie. Spojrzałem na zegarek. Nie dowidziałem, którą
wskazywał godzinę. Zapewne wczesną. Wiedziałem, że jak tylko
wrócę do domu, zastanie mnie piekło, z którego niekoniecznie uda
mi się tak łatwo wydostać jak ostatnio. Wiedziałem, że czeka
mnie tylko zło. Zacisnąłem palce na własnym ramieniu tłumiąc
nerwowe drżenie rąk. Czekał mnie bardzo długi i trudny wieczór.
Już ja to bardzo dobrze wiedziałem i obawiałem się tego. Na samą
myśl skręcało mnie w żołądku, automatycznie powodując odruch
wymiotny. Było mi tak okropnie źle. Jedyne, na co było mnie teraz
stać, to wyjęcie nerwowym ruchem papierosa z paczki. Podkuliłem
nogi pod brodę, wciąż siedząc na kanapie w salonie Himchana. Nie
bacząc na to, że zdenerwuję tym właściciela, podpaliłem
papierosa, zaciągając się najgłębiej jak tylko mogłem. Jak ja
kochałem nikotynę. Była jedyną rzeczą, która była w stanie mi
pomóc.
Po
dłuższej chwili opuściłem dom. Himchana, zostawiając mu
karteczkę w kuchni z informacją, że już wyszedłem. Nie chciałem
go budzić, nie było potrzeby. Wychodząc z jego domu dopaliłem
papierosa i wyrzuciłem peta gdzieś za siebie. Czas stawić czoła
temu, co czeka mnie za murami tak zwanego "domu". Bałem
się niczym gówniarz, który sam wie, że zrobił źle i czeka do
kara. Zasadniczo, niczym się od niego nie różniłem.
Gdy tylko otworzyłem drzwi, zalała
mnie fala różnych wyzwisk i niepotrzebnych krzyków. Twarz kochanka
matki mignęła mi przed moją własną, kierując się w stronę
kuchni. Zaraz potem wrócił do holu, stając tuż przede mną, może
nawet mniej niż na wyciągnięcie ręki. W jednej ręce trzymał
szklaną butelkę z wylewająca się obecnie śmierdzącą wódką.
Zaśmiałem się histerycznie. Maeri nie miał zamiaru, ani zapewne
ochoty mnie dzisiaj oszczędzić, jak robił to mając lepszy humor.
Czuć było od niego alkoholem na dobre parę metrów. Mogłem palić,
ćpać, ciąć się... Ale alkoholu nigdy nie tknę, nawet patykiem.
Czego nie można było powiedzieć o nim. Bałem się. W chuj.
Maeri zaczął iść w moją stronę,
unosząc butelkę na wysokość mojej twarzy. Cała zawartość
wylała się na dywan, tworząc mokry ślad. Wokoło okropnie
śmierdziało. Próbowałem jakoś uciec, ale jedyne co mnie
spotkało, to przeciwległa ściana. Równoważne było to z końcem
wszelkich nadziei na ucieczkę.
Piekło się
zaczęło.
W tym momencie poczułem mocne
uderzenie, zimną i ostrą powierzchnią, w policzek. Odrzuciło mnie
na bok. Upadłem. Dotknąłem opuszkami palców rozciętą skórę na
policzku. Krew zaczęła ściekać mi na wargi, a potem spływać na
brodę. Czułem metaliczny, trochę rdzawawy wręcz smak w ustach.
Maeri chwycił mnie za kołnierz koszulki i podniósł mnie do góry,
uderzając moim ciałem o szafę, a potem o ścianę. Zrobił to tak
mocno, że w pewnym momencie zabrakło mi powietrza i zacząłem się
dusić. Przerażonym wzrokiem śledziłem ruchy jego dłoni. Wciąż
nierozbita butelka uderzyła i moją głowę. Gdy to mu nie
wystarczało, puścił mnie, przez co znowu upadłem, obijając się
o wszelkie możliwe przedmioty i meble na mojej drodze. Potem zaczął
mnie kopać, krzycząc coś bezsensownie.
Raz kopnął mnie tak mocno w brzuch,
że zwymiotowałem. Pozbyłem się wszelkiej godności jaka mi
jeszcze została. Nie przeszkadzało mu to jednakże w dalszym
znęcaniu się nade mną, nawet tylko go podjuszało. Podciągnął
mnie gwałtownie za ramie, ściskając tak mocno mięśnie, że
praktycznie czułem jak tworzą się tam siniaki. Jego żelazny
uchwyt był tak niezwykle mocno zaciśnięty, że niżej prawie nie
dopływała krew. Krzyknąłem mimowolnie. Uśmiechnął się
paskudnie.
- Oh, kochany Hongie...- spojrzał z
obrzydzeniem na moją obitą, obrzyganą twarz. Czułem się
upokorzony, beznadziejny, niczym nic nie warte gówno. - Może w
końcu się nauczysz, że mnie powinieneś słuchać, odkąd tylko
przekroczyłeś próg mojego domu. Zapamiętaj to gówniarzu.
Złapał mnie za włosy i uderzył moją
głową o róg szafki. Polał się kolejny strumień krwi. Myślałem,
że wtedy już będzie koniec. Upuścił moje, niemalże, bezwładne
ciało. Z resztą, nie umiałem niczym ruszyć z bólu. Dawno mnie
nie bił tak mocno jak tym razem.
Zamknąłem oczy ze zduszonym jękiem,
który miał hamować płacz. Leżałem na podłodze nadal, mimo że
on poszedł pieprzyć moją matkę. Nie miałem sił, by oddychać.
Chciałem, żeby ktoś tu przyszedł i mnie dobił, bo nie umiałem
znieść tego okropnego bólu, promieniującego w każdej możliwej
części ciała. Chciałem wyć, jęczeć, umrzeć. Wszystko byleby
nie czuć tego bólu. Każda sekunda była agonią, w każdej
sekundzie umierałem i rodziłem się na nowo. Czułem obrzydzenie do
siebie samego.
Nie wiem ile czasu minęło zanim
ponownie otworzyłem oczy. Dookoła było ciemno i panowała
ogłuszająca wręcz cisza. Nie słyszałem żadnego dźwięku,
zupełnie nic. Porażająca pustka. Spróbowałem się podnieść.
Dość koślawie stanąłem na nogach. Zauważyłem, że na pewno mam
skręconą kostkę. Na resztę nawet bałem się patrzeć. Obijając
się jeszcze bardziej, dotarłem jakoś do pokoju. Powolnym ruchem
wyjąłem z kieszeni spodni telefon. Dziwne, że działał po tym
wszystkim. Nie myśląc o tym, co robię napisałem krótką
wiadomość do Yongguka:
„Potrzebuję pomocy.”
Wycieńczony,
osunąłem się bezwładnie na łóżko. Zdejmując brudne ubranie,
bałem się obejrzeć się jutro.
***
Ciągle walczę,
by być lepszym, najlepszym. Prześcignąć doskonałość i ideały,
które zawsze mną kierowały. Próbuję być perfekcyjnym,
najlepszym, coś znaczącym dla otoczenia, które zżerało ludzi
nieambitnych, przeciwnych do mnie. Ciekawym było, że wyróżniałem
się wśród szarego, równomiernego tłumu, w którym wszyscy zdają
być się tacy sami.
Byłem ponad nimi,
wiedziałem to doskonale, nie musiałem sobie niczego udowadniać.
Wszystko to wiedziałem.
I co z tego? Tak
naprawdę to nic. Musiałem zniżać się do ichniego poziomu, by nie
zostać znienawidzonym.
Wyjąłem
papierosa z prawie pustej paczki. W ciągu niecałych dwóch dni
wypaliłem aż tyle papierosów, jak nigdy. Nie pamiętam, żebym
musiał palić taka ilość wcześniej w życiu.
Nie obchodziło
mnie już nic, to że matka może wejść do pokoju także. Nie
dbałem o zasychające strużki ciemnoczerwonej krwi na policzku,
spływającej na szyję, a potem na klatkę piersiową i ramiona.
Plamiły czerwienią moją bladą skórę, zżółkniętą lekko od
gojących się siniaków na całym ciele.
Nie mogłem się
ruszać, zastanawiałem się, jakim cudem dowlokłem się w nocy po
schodach. Chyba jedynie siłą woli, która pozwalała mi nadal żyć
w tym piekle. Nie miałem pojęcia jak ja nadal to wytrzymywałem. Po
co? Jaki był mój cel? Chciałem sobie coś bezsensownie udowodnić?
Albo komuś? Bezsensowne.
Ale jednak.
Chciałem pokazać wszystkim dookoła, że uda mi się wytrzymać
samemu, bez niczyjej pomocy. Bez koła ratunkowego, które czekało
na mnie w każdym momencie mojego życia w postaci Himchana i
Yongguka. Mogłem liczyć na nich w każdej chwili, ale wolałem
sobie radzić (lub nie) sam, bez ichniej ingerencji. Jak już
mówiłem, chcę być perfekcyjny.
Spróbowałem
podnieść się na ręce, opierając się o ścianę przy łóżku.
Jednakże, nie udało mi się, opadłem na ciemną pościel, na
której moje blade, chude ciało odbijało się kontrastowo. Nadal
trzymałem w drżącej z wysiłku, dłoni nieodpalonego papierosa.
Włożyłem go do ust i z bólem przewróciłem się na poobijane
plecy. Zanim zapaliłem, obejrzałem się najdokładniej jak tylko
umiałem, ledwo podnosząc głowę. Na nadgarstkach miałem
różowiejące już obtarcia od ciągłego szarpania za nie. Na
nagiej klatce piersiowej widziałem duży siniak, sięgający prawie
do końca żeber po lewej stronie. Na kościach miednicy miałem
przecięcia do połowy ud. Były płytkie, więc wiedziałem, że
niedługo się zagoją. Pod łóżkiem miałem małe pudełeczko z
bandażami. Niezręcznie chwyciłem je, by opatrzyć sobie
prowizorycznie nogi. Przy tym zauważyłem, że mam złamane palce,
ale nie było to nowością.
Kręciło mi się w
głowie od środków przeciwbólowych, które zażyłem jeszcze w
nocy. Robiło mi się niedobrze od wszechogarniającego zapachu krwi,
zmieszanego z mdłym zapachem wody utlenionej.
Byłem zażenowany
tą sytuacją, mimo że nie zdarzyło się to po raz pierwszy. Gdybym
mógł, to wyłączyłbym się, albo wyciąłbym ten malutki urywek z
życia. Było mi tak okrutnie źle.
Była już prawie
zima, słońce wschodziło coraz później. Była 4:37 nad ranem.
Dookoła panował mrok i cisza, przerywana jedynie moimi
pojedynczymi, ciężkimi oddechami.
Po pewnym czasie
bezczynnego leżenia i palenia papierosów, jeden za drugim, udało
mi się usiąść.
Nagle usłyszałem
głośne pukanie do drzwi wejściowych. Jakby ktoś pukając chciał
zrobić dziurę w drzwiach, a najlepiej, to je wyważyć. Nie
ruszyłem się z miejsca, mimo że chciałem. Za to, moja matka,
której tupot butów usłyszałem, otworzyła drzwi. Nasz dom
doskonale przenosił dźwięki. Będąc na strychu, nadal słyszałem
to, co działo się w sypialni Maeriego...
-Jest Junhong,
prawda? - usłyszałem głos...Yongguka?! Co, do ciężkiej cholery,
on tu robi o tej porze?!
- Ahhh? No tak...-
powiedziała zdezorientowana kobieta. Bang nie odezwał się więcej,
tylko przeszedł salon i udał się do mojego pokoju. Wiedział gdzie
jest. Przeskakiwał po parę stopni schodów naraz. Na końcu
otworzył drzwi do mojego pokoju.
Najpierw pokazała
się jego głowa, czarne, mokre od deszczu włosy, niepokój w
oczach. Potem cała sylwetka, mokre ciuchy, mokra skóra. Spojrzałem
na niego ze wstydem i upokorzeniem wymalowanym wyraźnie na twarzy
ale równie z błaganiem o pomoc, której tak bardzo się kiedyś
wystrzegałem.
- Junhong? -
spytał, jakby mnie nie poznał. No tak, nadal byłem cały w
pozasychanej krwi.
Podniosłem wyżej
głowę, uśmiechając się wymuszenie. Wyczuł to i usiadł koło
mnie, łapiąc mnie za połamaną dłoń. Syknąłem z bólu,
odruchowo cofając rękę. Ściągnął brwi w grymasie smutku,
graniczącego wręcz z rozpaczą.
- Połamane palce –
powiedziałem cicho. Dziwnie się czułem, siedząc przed nim w
stanie godnym pożałowania. Spuściłem głowę.
- Jak on tak
może...?- syknął przez zęby. Wiedział, że to nie była pierwsza
taka sytuacja. - Junhong, wiem, że ty chcesz sobie sam dawać radę
i nie chcesz mojej pomocy, ale nie zniosę dłużej ciebie w takim
stanie. Po prostu nie mogę!
Siedziałem w
milczeniu. Delikatnie, tak jakbym był z porcelany albo szkła,
dotknął mojego ramienia. Wstał spokojnie. Uniósł mnie na ręce
bez większego problemu.
- Hę? Co ty
robisz? - powiedziałem histerycznie, próbując się wyrwać, co
prawdopodobnie skończyłoby się bolesnym upadkiem. (Nie)stety
trzymał mnie bardzo mocno, prawie kurczowo.
- Zanoszę cię do
łazienki – odpowiedział, akurat otwierając drzwi. Powiało
chłodnym powietrzem, okno w łazience było cały czas otwarte.
Yongguk postawił
mnie na podłodze, ale ja zsunąłem się bezwładnie na podłogę
nie mogąc ustać. Spojrzał na mnie z cierpiętniczym wyrazem
twarzy, a ja tylko spuściłem wzrok.
Wreszcie mogłem
odpocząć. Wcześniej, kiedy byłem sam, nie mogłem sobie na to
pozwolić, w każdym momencie Maeriemu mogło znowu odbić, i mógłby
się znowu na mnie rzucić. Gdybym spał, mógłby posunąć się
znacznie dalej niż to zrobił wieczorem.
Odchyliłem głowę,
opierając ją na lodowatym kancie wanny, który o dziwno, dawał
ukojenie. Tak samo zimne kafelki na podłodze, chłodziły moją
poobijaną skórę.
Yongguk nalał wody
do miednicy, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi, póki nie usiadł
obok mnie. Chwycił delikatnie moją dłoń. Miałem już mu ją
oddać, kiedy nagle otrzeźwiały mi myśli. Przecież Yongguk nic
nie wie o moich bliznach, o tym że się w ogóle tnę. Cofnąłem
szybkim ruchem rękę, tak by nic nie zauważył. Patrzyłem się na
niego ogromnymi oczami, śledząc uważnie każdy jego ruch.
- Jongie? - jego
głos brzmiał ciepło, opiekuńczo. Najchętniej słuchałbym go
godzinami. - Wiesz, że nie jestem nim, nic ci nie zrobię.
Zrobiło mi się
głupio, że pomyślał, że się go boję. Nie mógłbym się go
bać. Nie człowieka, którego kocham najbardziej na świecie, i
gotów byłbym oddać za niego życie. Co prawda, nie była to jakaś
wyjątkowo wysoka cena, ale gotów jestem w każdej chwili ją
zapłacić, by on był szczęśliwy. Komuś takiemu jak ja, powinno
przyjść to wyjątkowo łatwo. Przecież moje istnienie nic nie
znaczyło. Byłem marnym pionkiem, który był ciągle popychany
przez różne czynniki.
- Ja...nie... Bang,
nie myślę o tobie w taki sposób. Wiem, że nie jesteś Maerim, ty
mnie nigdy nie skrzywdzisz – odezwałem się szeptem, kuląc się
jeszcze bardziej w sobie. Nie ma prawa zobaczyć moich blizn, mojej
słabości. Wierzy, że jestem silny i daje sobie sam radę.
- To czemu nie
podasz mi tej ręki? - zmarszczył brwi, przez co jego wzrok nabrał
trochę gniewnej barwy, ale nie bałem się go. Przecież to Yongguk,
on nikogo nie skrzywdzi. - Po prostu daj mi się tobą zająć. No,
dzieciaku, będzie dobrze.
- Gukkie, nie
trzeba, ja...- ja nie wiem co mam wymyślić, żebyś zostawił mnie
teraz. Sam cię prosiłem, żebyś tutaj przyszedł. Ale teraz tego
żałuję.
- Ty masz siedzieć
cicho – powiedział stanowczo, po czym bez uprzedzenia złapał
moje dłonie. Zrobił to jednak zbyt bardzo zamaszyście. Upadł na
plecy, a ja na niego, lądując rękami tuż przed jego oczami.
Minęła sekunda,
minuta, albo godzina. A może i nawet cały dzień, bądź rok. Nie
miałem pojęcia, dla mnie czas się zatrzymał. Yongguk zobaczył
wszystko, co udało mi się ukrywać przez tak długi okres czasu.
Jego źrenice powiększyły się nagle, gdy zapewne zrozumiał
jakiego pochodzenia są te pionowe kreski wzdłuż żył. Zaciągnął
powietrze z głuchym gwizdem. Przyglądał się moim rękom, ale
przeniósł piorunujący wzrok na mnie. Chwilę potem się
zreflektował, patrzył na mnie z nieco cieplejszym wyrazem twarzy,
ale nadal był zdziwiony. I przede wszystkim – rozczarowany.
Rozczarowany mną,
Usiadł, asekurując
mnie przy tym. Ze smutkiem zaczął zmywać krew z moich nagich
łydek. Rozcieńczona wodą substancja skapywała na białe kafelki
na podłodze, ukazując nowsze, głębokie zadrapania, siniaki,
guzy... Potem odłożył gąbkę i zabrał się za rozwiązywanie
prowizorycznych opatrunków na udach, które założyłem w nocy.
Byłe całe przesiąknięte. Nie wiem, czy Yongguk się tego nie
brzydził, ale po jego wyrazie twarzy mogłem się domyśleć, że
zaczyna robić mu się słabo. Gdy zobaczył, co kryły bandaże,
jego twarz pobielała. Ale trzymał się. Obmył wodą utlenioną
nacięcia, otwierając rany na nowo. Zdusiłem mimowolny krzyk,
spojrzał się na mnie przepraszająco. Opatrzył uda na nowo,
bardziej starannie niż ja. Dalej, zostawił moje bokserki w takim
stanie, jakim były. I dobrze. Przesunął się, by siedzieć
naprzeciw mnie. Popatrzyła na moje wystające żebra, bardziej na
lewe, na którym widniała żółto-zielona ogromna plama. Przemył
je tylko, bardzo uważając na każdy ruch. Przeszedł do obojczyków.
Nie wiem czy tam miałem jakiekolwiek obrażenia. Je też umył,
przybliżając się do mnie. Czułem jego zapach, obezwładniający
mnie zupełnie. Teraz, będąc prawie całkowicie bezbronnym, miałem
ochotę wtulić się w jego klatkę piersiową i otulić jego
szerokimi ramionami, gdzie byłbym wreszcie naprawdę bezpiecznym.
Niestety, nie dane mi to było. Nie mi. Szczęściarą będzie ta
kobieta, którą Yongguk pokocha. Będzie najszczęśliwszą kobietą
na świecie, Bang zapewni jej wszystko.
Spojrzał w moje
oczy, wzrokiem przepełnionym goryczą i smutkiem. Ale zarazem
nadzieją i opiekuńczością.
- To nie było
konieczne – odezwał się cicho. Zamknąłem oczy. Przemywał
delikatnymi, krągłymi ruchami moje policzki, natykając się na
coraz nowsze i liczniejsze rany.
- Co takiego? -
odpowiedziałem, nie otwierając ciągle oczu.
- Twoje
ręce, Zelo – nie wiem jaką miał minę. Po tonie głosu,
wnioskowałbym, że się uśmiech, albo próbuje ukryć nadchodzący
płacz. Raczej to drugie było bardziej prawdopodobne.
Otworzyłem oczy,
by spotkać się z jego twarzą tuż przed moją.
Nie jestem w
stanie usprawiedliwić tego co się stało, to większości moja
wina, ale jego również. Nie powstrzymał mnie.
Pocałowałem go.
Zdawkowo, chwilowo, tylko poprzez muśnięcie moimi ustami jego
własnych.
Nie bacząc na
konsekwencje, wstałem. Kulejąc pobiegłem do pokoju, a Yongguk tuż
za mną. Zamknąłem mu drzwi praktycznie przed nosem. W kącikach
moich oczu zebrały łzy, których nie zamierzałem hamować.
Pozwoliłem im opadać na podłogę mojego pokoju. Bang krzyczał
coś, żebym otworzył mu drzwi. Uderzał pięściami o drewno, ale
ja zamknąłem się. Nie byłem w stanie się mu teraz pokazać.
Najlepiej nigdy.
Zaprzestał
dobijania się, za to usłyszałem głuche pojedyncze uderzenie jego
pleców o ścianę.
- Widzisz? -
krzyknąłem, zdzierając sobie gardło.- To wszystko było
konieczne!

Chciałabym móc napisac coś więcej niż to co już Ci mówiłam, ale nic nie przychodzi mi do głowy, ale jestem chora, więc wybaaacz.
OdpowiedzUsuńDla mnie jest to po prostu genialne, cokolwiek Ty sama o tym sądzisz.
I chcę abyś nadal pisała.
Tylko nie kończ z pisaniem, proszę.
OdpowiedzUsuńUwielbiam jak piszesz. Niezależnie co.
"- Twoje ręce, Zelo – nie wiem jaką miał minę. Po tonie głosu, wnioskowałbym, że się uśmiech, albo..." Miało tam być "uśmiecha"? Chyba literówka, nieznacząca.
Pisz dalej. Jesteś świetna.
Maknae popłakałam, ten opis wszystkich uczuć i sytuacji, cierpienie Zelo. Wszystko jak zwykle piękne i nie chce, żebyś przerywala pisanie, bo uwielbiam twoje ff, zawsze je bardzo przeżywam ~
OdpowiedzUsuńNie wiem co mam więcej napisać zatkalo mnie, tak bd cudowny rozdział ~
Przestać? Weź nie pisz mi tu takich głupot.
OdpowiedzUsuńZawsze podziwiam cię za styl, pomysły język. Doceniam. Never give up! No i FIGHTING!
~~
Jak mi się nigdy nie chce, tak ten komentarz zmusił mnie do logowania.
~~
Chyba tyle.
"zostawił moje bokserki w takim stanie, jakim były." Żałuj że nie udało mi się skończyć czytać przy tobie -.- miałabyś cuuuudowną minę do oglądania. I NIE WAŻ SIĘ KOŃCZYĆ PISAĆ
OdpowiedzUsuńBrakuje mi słów, żeby opisać moje wrażenia po tym co przeczytałam. Nie ma pojęcia co napisać. To chyba najbardziej makabryczny rozdział jaki miałam szczęście przeczytać. Maeri? o ile nie przekręciłam. Jak on może robić coś takiego? To sprawia mu jakąś chorą przyjemność? Nienawidzę takich ludzi, nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak Zelo mógł się czuć. Te wszystkie opisy - ciosów, ran. Od samego czytania czułam się skopana i pobita. A matka Junhonga, dlaczego nic nie zrobi? Skoro ten dom przenosi dźwięki to ona chyba wie co się dzieje! Co z niej za matka, że pozwala na takie coś. Okej załóżmy, że jest jej ciężko - do tego stopnia, że została dziwką, ale pozwalać krzywdzić swojego jedynego syna? Chore chore chore.
OdpowiedzUsuńAch czekałam tylko na moment w którym Bang przyjdzie i uratuje Zelo. Szkoda, że wpadł tak późno. Mokry Bang (OMG to musiało fdjghgdk wyglądać xd wybacz, ale musiałam)
I pocałunek Zelo. Hmmm chyba na jego miejscu też zamknęła bym się w pokoju i nie chciała pokazać światu, ale skoro Bang nie przerwał to może coś z tego będzie?
Pisz pisz pisz, nie przerywaj. To jest cudowne. Ani mi się waż kończyć!