Wiecie,
tak sobie czasem myślę, czy nie powinnam przestać pisać. Nie
wychodzi mi to tak, jakbym chciała.
No
cóż, ale zapraszam do czytania.
[Narracja
Kai]
Nie
sądziłem, że minął tylko tydzień. Leżałem przez ten cały
czas w szpitalu, ale roznosiło mnie. Nie wiem, czy ze złości,
ponieważ pozwoliłem odejść Takanoriemu, czy z bezradności, bo
byłem udupiony w jednym miejscu, i nie mogliśmy zacząć nagrywać.
Mimo złamanego żebra, wziąłem się za pracę. Poprosiłem Aoiego
za którymś razem, żeby przywiózł mi papiery dotyczące trasy
koncertowej. Nudziło mi się, a planowanie było dość praco i
czasochłonnym zajęciem. Miałem trochę żalu do pozostałych, że
nawet nie zaproponowali pomocy. Inna sprawa, że ja na pewno
odmówiłbym, o ale cóż...
Słyszałem,
że Ruki i Reita zamieszkali razem. Nie mogłem nic na to poradzić.
Już nie. Pogodziłem się z tym, ale wcale nie musiało być mi to
na rękę.
Umówiłem
się w knajpce, sam nie wiem z kim. Jakaś mały klub, w centrum
Tokio. Gość miał mi przynieść amfetaminę. Tak, upadłem na tyle
nisko, żeby musieć zażywać te gówna. Co miałem na to poradzić?
Było
już po zmroku. Światła restauracji i pubów nocnych rozjaśniały
główną ulicę. Zszedłem w boczną dróżkę, prowadzącą do
miejsca spotkania. Byłem pełen obrzydzenia do samego siebie...
Wstąpiłem
do lokalu, i od razu uderzyła mnie fala zapachu alkoholu.
Nienawidziłem alkoholu. Nie piłem. Podszedłem do małego stolika w
kącie i zakryłem szczelnej usta i nos kołnierzem kurtki. Facet
momentalnie mnie zauważył. Usiadł obok mnie, rozglądając się
uważnie dookoła.
-
Co taki przystojny mężczyzna robi sam w gejowskim pubie?- zagadnął
ze wstrętnym uśmiechem. Miał dłuższe czarne włosy, które
opadały mu na oczy.
-
Czekam na towar, więc się lepiej pośpiesz.- odpowiedziałem
lodowatym tonem.
-
Gdzie ci się tak śpieszy, księżniczko? - zaśmiał się gromkim
śmiechem. Przysunął się bliżej mnie, przez co poczułem zapach
jego perfum, mieszających się z wszechobecnym smrodem alkoholu.
-
Weź się wal, koleś. To nie burdel, a ja nie jestem dziwką.-
syknąłem do niego. Popatrzył na mnie zdziwiony. Wyciągnął z
kieszeni małe zawiniątko i podał mi je. Zostawiłem na stoliku
wcześniej odliczoną sumę i wyszedłem z lokalu pośpiesznie.
Wracałem
do domu, nawet nie zauważając po drodze ludzi, których mijałem.
Wszystko zlewało mi się przed oczami. Chciałem tylko znaleźć się
w domu, by móc wreszcie zażyć narkotyk, którego tak mi brakowało
od dłuższego czasu.
Po
wejściu do domu, od razu skierowałem się do salonu, a dokładniej,
do małego szklanego stoliczka na kawę. Wyjąłem z torby pakunek z
amfetaminą i butelkę wody. Usypałem z białego proszku cieniutką
białą kreseczkę. Chwyciłem rurkę i wdychnąłem go.
Natychmiastowo odchyliłem głowę do tyłu, czując gorzkawy zapach
w nosie. Poczekałem chwilkę, po czym wziąłem na oślep butelkę
wody i zacząłem pić ją zachłannie.
Opadłem
na plecy. Zamknąłem oczy w oczekiwanie na działanie. Amfetamina
nie zawiodła mnie, już po chwili poczułem nagłą falę radości,
graniczącej wręcz z euforią. Zacząłem się niekontrolowanie
śmiać. Głuchym, pustym śmiechem.
P
jakimś czasie uchyliłem powieki i usiadłem po turecku.
-
To...znowu...ty....-próbowałem powiedzieć przez nagłe wybuchy
spazmowego śmiechu. Naprzeciw mnie siedziałem ja sam. Wyglądałem
chyba nieco inaczej niż zazwyczaj. Nie uśmiechałem się.
-
Tak, to znowu ja.- prychnąłem kręcąc z politowaniem głową.- A
kogo innego mógłbyś się spodziewać w takim stanie?
-
Wiesz, zacząłem się przyzwyczajać, że tak często mnie
odwiedzasz.- powiedziałem tłumiąc jakoś śmiech.
-
I co? Uważasz, że to dobre?
-
Co takiego?
-
To, co robisz.- wskazałem na siebie palcem, a zaraz potem na w
połowie puste opakowanie po narkotykach.
-
Kto, jak kto, ale ty nie powinieneś mnie oceniać.- uśmiechnąłem
się sięgając po butelkę z wodą. Pokazałem na nią drugiemu
mnie, niemo pytając, czy chciałby się napić. Pokiwał głową,
więc podałem mu butelkę.
-
A to czemu?- uniósł brwi, upijając parę łyków. Oddał mi z
powrotem napój.
-
Bo sam mnie na to namówiłeś.- odchyliłem się i ponownie opadłem
na podłogę.
-
Poobijasz się, nie czując tego, a potem będziesz narzekał, że
cię wszystko boli.-mruknąłem pod nosem.
-Coś
mówiłeś?- uśmiechałem się ironicznie.
Znowu
zacząłem się śmiać, w przypływie następnej fali euforii. Aż
się zakrztusiłem. Położyłem się na boku, próbując się
opanować. Przygryzłem wargę, by zdusić śmiech. Odczekałem
chwilkę i wziąłem parę głębszych oddechów.
-
Już? Skończyłeś? - zlustrowałem siebie, stojąc przy oknie,
patrząc na ruchomą ulicę.
-
Nie uważasz, że cała ta sytuacja jest zabawna? - wciąż leżałem
na podłodze, wpatrując się głupio w nóżki od szklanego stolika.
-
Wybacz, Tanabe, ale niezbyt. - usłyszałem swój własny głos nad
głową. Otworzyłem oczy, wpatrując się we własne rozszerzone
źrenice.
-
A to dziwne, jak na ciebie, słoneczko.- zaśmiałem się sobie
prosto w oczy. - Przecież kiedyś śmieszyło cię wszystko.
-
Jak sam powiedziałeś, kiedyś. - burknąłem siadając obok siebie.
-
Bardzo dobrze wiesz czyja to wina.- odpowiedziałem wpatrując się w
siebie.
-
To nie jego wina. Nie wybierał osoby, w której się zakochuje.
-
Nie oszukujmy się! Oboje wiemy, że to jego wina. Mógł nas
przecież wybrać, ale wolał tego idiotę.
-
Wiem, że trudno ci się z tym pogodzić, ale miłość nigdy nie
wybiera.
Wzdychnąłem
ciężko, patrząc na sufit.
-
Może masz rację...- skierowałem wzrok na siebie. - Ale czemu to
zawsze ja muszę być tym odrzuconym, tym niepotrzebnym. Tym, który
zawsze usuwa się w cień, żeby wszyscy inni byli szczęśliwi.
Czemu to zawsze ja muszę dbać o innych, a nigdy nikt o mnie?
-
Zawsze zadajesz te pytania... a wiesz przecież, że nie znam na nie
odpowiedzi.- uśmiechnąłem się do siebie pocieszająco.- Wiem co
czujesz jak nikt inny...
-
Jakby na to nie patrzeć, jednak jesteśmy ta sama osobą, czujemy to
samo.- powiedziałem.
Nastała
cisza. Podniosłem się i chwyciłem leżącą na kanapie gazetę z
zeszłego tygodnia. Przeglądałem ją znudzonym wzrokiem.
-
Hej... Nie uważasz, że to jakieś dziwne?-podniosłem na siebie
wzrok.
-
Cóż takiego znowuż?- prychnąłem.
-
Nie słyszałem wcześniej nigdy, żeby po amfetaminie pojawiały się
halucynacje.
-
Ehh... Tanabe, my jesteśmy inni. Na nas zapewne wszystko inaczej
działa.
-
Zapewne masz racje...- opuściłem głowę.
Znowu
cisza. Ponowiłem czytanie gazety. Jak zwykle nic ciekawego.
-
Powiedz mi, co ty w nim widzisz?- znowu przerwałem sobie czytanie.
-
Tłumaczyłem ci to już. Poza tym, bardzo dobrze to wiesz.
-
Ale nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego my tak przez niego cierpimy.
-
Bo to miłość.
-
Tylko dlatego?
-
W odpowiednim czasie powiem ci, czym jest miłość. A zasadniczo,
sam to powiesz.
-
Czy to jest pożegnanie?- spojrzałem w swoje czarne tęczówki.
-
Obawiam się, że tak. Trzymaj się jakoś stary. Pamiętaj, że
zawsze jestem z tobą. A raczej, zawsze jestem tobą.- uśmiechnąłem
się.
-
Nie dramatyzuj już tak, oboje wiemy, że zapewne niedługo się
spotkamy.
Pokiwałem
głową. Zamknąłem oczy, opadając z sił. Dowlokłem się do
łóżka, zabierając po drodze torbę. Szedłem jak pijany. Obijałem
się o każdy możliwy mebel, lub ścianę, jeszcze nie czując bólu,
który hamowany był przez amfetaminę. Nie myślałem, że narkotyk
przestanie działać po tak krótkim czasie. Ze mną naprawdę
musiało być coś nie tak, skoro nawet narkotyki nie działały
poprawnie.
***
Kim
chcesz być w przyszłości, synku?
Strażakiem,
mamo.
Krzyczę,
bo nie mogę już tego znieść. Beznadzieja, która nadeszła wraz z
przestaniem działania narkotyku, mnie przytłoczyła. Bardziej niż
kiedykolwiek.
Gdzie
się podziały moje dziecięce marzenia?
Gdzie
podziałem się ja, wiecznie uśmiechnięty, wesoły dzieciak, który
cieszył się każdym drobiazgiem?
Jego
już nie ma. Jest nicość i pożerająca pustka. I tak w nią
wskoczę. Przecież nie mam wyjścia, prawda?
***
Musiałem
się chociaż troszeczkę ogarnąć, ponieważ mieliśmy dzisiaj
zacząć nagrywanie. Oczywiście, sekcja rytmiczna na samym początku.
Nie uśmiechało mi się spędzić paru godzin w studiu razem z
Takanorim i Akirą.
Byłem
zmęczony, nawet podwójnie, dzięki działaniom ubocznym amfetaminy.
Czułem, że uleciały ze mnie jakiekolwiek chęci do życia.
Tuż
po wejściu do studia, skierowałem się do perkusji, nie patrząc na
nikogo, nie witając się z nikim. Znajdowała się w osobnym
pomieszczeniu nagrań, jak wszystkie pozostałe instrumenty. Stała
tam, lśniąc swoją czernią. Kochałem te bębny.
Zasiadłem
na krzesełku, wybijając jakiś chaotyczny rytm. Przetarłem
szorstką dłonią oczy, zatrzymując palce w kącikach. Chciałem
już być w domu. Jak najszybciej. Położyć się, i nie wstać, aż
do następnego dnia.
Przygryzłem
szczypiącą wargę, którą zraniłem sobie ostatnio. Próbowałem
skupić rozbiegany wzrok na przyciemnionej szybie oddzielającą
mnie, od pokoju, w którym był cały sprzęt do nagrywania. Nie
umiałem, więc zacisnąłem powieki i kontynuowałem grę.
Tępo
było zabójcze. Ledwo wytrzymywałem. Prawie się gubiłem w
najprostszych momentach, nie wspominając już o tych, gdzie musiałem
dać z siebie wszystko, by brzmiało to do przyjęcia.
Skończyłem.
Wreszcie.
Zebrałem
się pośpiesznie i wyszedłem, mijając w drzwiach Akirę, który
miał zaraz nagrywać. Potrącił mnie ramieniem, przez co uderzyłem
głową o ścianę. Syknąłem cicho.
-Mógłbyś
trochę uważać jak chodzisz, Kai.- skarcił mnie Reita. Pokiwałem
ledwo zauważalnie głową. Nie obchodziło mnie to, co mówił lub
robił. Nie patrzyłem na niego, bo mój nieprzytomny wzrok
przyciągały drzwi dzielące mnie od wolności. Prawie biegiem
wszedłem ze studia.
***
Czym
różnił się następny dzień? Dla mnie jednym. Przed wyjściem
spojrzałem w lustro. Nie poznałem sam siebie. Matowe włosy opadały
mi bezładnie na czoło i przekrwione oczy. Przymknięte powieki
zasłaniały czarne tęczówki pozbawione dawnego blasku. Również,
bardzo wyraźnie ukazały mi się kości policzkowe. Sine usta już
nie układały się w dawny uśmiech. Zastanawiałem się, czy byłbym
jeszcze kiedyś zdolny się szczerze uśmiechnąć. Pewnie nie.
Popatrzyłem
po swoich ramionach, rękach i dłoniach. Wszędzie pokazały się
kości. Schudłem? I sam tego nie zauważyłem?
W
studiu również zasiadłem do perkusji, nie zwracając na nikogo
uwagi. Pochodząc do instrumentu poczułem chwilowe, bardzo nikłe
szczęście. Tak samo jak wczoraj, siadłem na krzesełku i
rozglądałem się chaotycznie. Grałem, i chyba szło mi lepiej.
Albo zwyczajnie, te utwory potrzebowały mniej wkładu ze strony
perkusji.
Czułem
się jakby lepiej. Ale wstając zrezygnowałem z tego twierdzenia.
Miałem wrażenie, że się zaraz przewrócę, potykając się o
własne nogi, na których ledwo się trzymałem. Podszedł do mnie
Ruki i podał mi ręcznik. Podziękowałem mu skinieniem głowy.
Wytarłem pot spływający mi ze skroni i odgarnąłem do tyłu
włosy.
-
No co?- mruknąłem niewyraźnie. Odkręciłem butelkę z wodą.
-
Czy ty coś jesz ostatnimi czasy?- spytał Takanori, dźgając mnie w
żebro. Nie lubiłem jak tak robił.
-
Jem...- powiedziałem cicho, drapiąc się po głowie. Tak naprawdę,
nie pamiętałem, kiedy spożyłem ostatnio jakiś posiłek.
Amfetamina powodowała dość długi jadłowstręt, więc nawet nie
myślałem, żeby cokolwiek jeść.
-Nie
widać, szczerze mówiąc...-odwrócił wzrok, jakby zakłopotany.-
Pomożesz mi z piosenką?
-
Eh... Ja?- wskazałem na siebie palcem. Niestety, Takanori
potwierdził kiwając głową.- Wiesz, że nie jestem w tym zbyt
dobry...
-
No weź, wystarczy, że powiesz mi, czym jest dla ciebie miłość. -
oparł głowę na ręce, czekając na moją odpowiedź. Rozglądałem
się po pokoju szukając słów.
-
Wiesz, niedawno znalazłem swoją definicje miłości....-
powiedziałem po pewnym czasie, wpatrując się w jakiś punkt nad
Rukim. Przejechałem językiem po zeschniętych wargach. - Miłość
to poświęcenie, ból, cierpienie... Nie da rady bez tego. Miłość
nie jest szczęściem, chociaż zawsze była tak kojarzona. Prawdziwa
miłość jest jednym wielkim smutnym kompromisem... Obie strony
muszą się czegoś zrzec, by dojść kiedyś do szczęścia. Nie
uważam miłości za pozytywne uczucie. Nie odczuwam niczego
pozytywnego od dłuższego czasu. Dlatego wszystkie te gadki o
szczęśliwych miłościach są dla mnie porostu wkurzające, żałosne
i dziecinne...
Ucichłem.
Czyżbym to miał na myśli, rozmawiając ze samym sobą niedawno?
Czy to było odpowiedzią na pytanie, które zadałem sobie ja, nie
Takanori? Poczułem w kącikach oczu łzy.
-
Wybacz, muszę już iść.- wstałem przecierając oczy. Chciałem
wyjść. Znowu. Byle w domu. Gdy miałem wykonać krok, wokalista
chwycił mnie za ramię.
-
Możesz, mi powiedzieć, co ci naprawdę jest?- syknął w moją
stronę.
-
Wybacz, Matsumoto, ale to już nie twoja sprawa.- odpowiedziałem
wyszarpując rękę z chwytu. Wyszedłem, trzepiąc za sobą
drzwiami. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu, zostawiając
za sobą zmartwienia. Tam czekała na mnie kolejna dawka leku na mój
wieczny głód. Tak, tylko tego dzisiaj potrzebowałem.
***
Wybaczcie
mi za wszystkie błędy, które popełniłam pisząc moment zażywania
amfetaminy. Nie wiem jak to jest, ale szukałam parę godzin (dzięki
Mizu) na internetku. Starałam się jakoś to dobrze i w miarę
realistycznie pokazać.
Wybaczcie mi za wszystkie błędy, które popełniłam pisząc moment zażywania amfetaminy. Nie wiem jak to jest, ale szukałam parę godzin (dzięki Mizu) na internetku. Starałam się jakoś to dobrze i w miarę realistycznie pokazać.
Nikki Nikki Nikki, jak ja lubię czytać to, co Ty napiszesz.
OdpowiedzUsuńPodobało mi się. Czekam na następną część.
Weny.
Dziękuję ci, kimkolwiek jesteś. Ale zastanawiam się nad rzuceniem tego. Skoro i tak wszyscy maja to w dupie, to poco ja mam się męczyć, zostawać do późna, by skończyć rozdział. Potem czytać go niewiadomo ile razy i poprawiać. To meczące, a jak widzę, nikt się tym nie przejmuje.
UsuńTo naprawdę bardzo przykre.
Nie rzucaj. Na pewno sporo osób czyta. Wiesz, że ludzie nie lubią pisać komentarzy.
UsuńJak zawsze Twój styl pisania jest po prostu piękny. Czytałam z przyjemnością. Poszukiwania też przyniosły rezultaty. Nie poddawaj się tylko i pisz dalej, bo szkoda by było to zostawić. Weny życzę i komentarzy.
OdpowiedzUsuńOj, co ja bym bez ciebie zrobiła~
UsuńA co do stylu pisania, przesadzasz, i bardzo dobrze o tym wiesz.
JAJAJAJAJAJA! Ja to kocham i masz nie przestawać! To jest cudowne, a przecież lepiej mieć dwóch, trzech wiernych czytelników niż 50, którzy czytają bo nie mają co czytać. W dzisiejszych internetach przy dobrym rozgłosie się nie wybijesz. Mnie to się podoba, jestem ciekawa zakończenia i tego jak potoczą się dalej ich losy. A w szczególności jestem ciekawa Kai x Ruki. Wyobrażam sobie to tak, że on ten tego, a Akira wchodzi do pomieszczenia, nakrywa ich i wtedy zaczyna się prawdziwe piekło z jego strony, w końcu jest chamem. Albo że dotrze do niego iż nie był taki idealny, za jakiego Ruki o miał i sobie zrobi krzywdę! I snów będzie smutne zakończenie. xD Pisz, pisz, pisz. Weny Ci życzę!
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc, mam tylko ogólny zarys końcówki, i nie mam pojęcia jak to wyjdzie.
UsuńBardzo mi miło, że tak sądzisz, ale nie nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek wrócę do tego opowiadania.